Now(sz)e szaty bonda

Cary Fukunaga może mieć w zanadrzu arcydzieło kina akcji. Reżyser pierwszy raz ma do czynienia z niezmieszanym Martini, ale jego wizja może wstrząsnąć tasiemcem o agencie MI6. Pikanterii dodaje fakt, że dla Daniela Craiga No Time to Die to prawdziwe grande finale.

Ojciec Japończyk, matka Szwedka, urodzony w Oakland, Kalifornia. Publiczności znany głównie dzięki serialowi Detektyw (True Detective), za który otrzymał nagrodę Emmy. Rzadziej kojarzony ze świetnym filmem Beasts of No Nation (2015) i z miniserialem Maniac (2018). Wkrótce nazwisko Fukunaga poznają miłośnicy wybuchów, samochodów segmentu premium i garniturów Toma Forda, w które ubiera się James Bond.

Jak obudzić w dziecku bestię

W Beasts of No Nation Cary Fukunaga pokazał, że potrafi budować dojrzałą historię i odkryć na nowo potencjał kina wojennego. W 2015 roku poznaliśmy Agu – kilkuletniego chłopca żyjącego w afrykańskiej wiosce, który z dnia na dzień traci dom i rodzinę, a wkrótce także dziecięcą niewinność. Po tym, jak w strefie buforowej, w której mieszka Agu, rozpętuje się piekło, chłopak trafia w sidła bojówki, stając się wiernym żołnierzem rebelii i fałszywego wyzwolenia. Zaślepiony żądzą zemsty na mordercach jego rodziny oraz przepełniony gniewem, podsycanym przez komendanta paramilitarnej jednostki, Agu nie cofa się przed niczym. Z nieporadnego tragarza amunicji szybko staje się zbrodniarzem wojennym. Pod koniec filmu sam mówi o sobie: bestia. Film Beasts of No Nation nie przeszedł bez echa, choć moim zdaniem zasługiwał na więcej: m.in. dwa zwycięstwa w Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, dwie statuetki Film Independent oraz po jednej nominacji do Złotych Globów i BAFTA (obie dla drugoplanowego aktora Idrisa Elby). Ciężko więc powiedzieć, że Fukunaga został obsypany nagrodami – ale Beasts of No Nation to produkcja, która powinna zająć wyeksponowane miejsce w filmotece miłośników dojrzałego kina. Zanim dotrzemy do Bonda, warto przypomnieć sobie także 10-odcinkowy serial z gatunku sci-fi, który ze wspomnianym wyżej filmem dzieli filozoficzne zacięcie.


„DLA MNIE, JAKO SCENARZYSTY I REŻYSERA, KLUCZOWYM BYŁO PONOWNE ODKRYCIE BONDA. GDZIE ZNAJDUJE SIĘ PO PIĘCIU LATACH EMERYTURY, KIM SIĘ STAŁ? […] ŚWIAT SIĘ ZMIENIŁ. ZASADY WALKI NIE SĄ JUŻ TAKIE SAME JAK WCZEŚNIEJ, ZASADY SZPIEGOSTWA SĄ MROCZNIEJSZE W ERZE ASYMETRYCZNEJ WOJNY” – Cary Fukunaga.


Czyli co, bez wybuchów?

Nie no, gdzie tam znowu. Prawda, 42-letni reżyser od początku deklaruje, że Nie czas umierać to coś zupełnie nowego. Powiedzmy sobie jednak wprost: nie ma co przewidywać, że James Bond na dobre rozstanie się ze swoim kobieciarstwem, gadżetami i pewnością siebie – oraz że nagle przestanie być kuloodporny. Prawdopodobnie postać samego Bonda nabierze pewnej nowej głębi, ale miłośnicy kina akcji w bardziej klasycznym, sprawdzonym wydaniu, nie powinni się martwić. Reżyser zapowiedział w wywiadzie dla The Upcoming, że w No Time to Die będzie „kontynuował tradycję”. Na pewno pojawią się widowiskowe wybuchy, nie zabraknie dłuższych sekwencji typowych dla gatunku – pościgów czy strzelanin. Pewne jest jednak również to, że Fukunaga włoży do 25. Bonda cząstkę siebie i to bez względu na różnice, jakie mogłyby wyniknąć między nim a producentem (MGM). W 2012 roku reżyser zaczął pracę nad scenariuszem filmu To (2017), bazującym na obszernym horrorze Stevena Kinga o tym samym tytule. Skracając historię do minimum: po 3 latach Fukunaga odszedł z ekipy, bo przedstawiciele studia nie chcieli zgodzić się na jego artystyczną wizję. Poszło w szczególności o znalezienie „perfekcyjnego aktora, który zagrałby Pennywise’a”. Wkrótce po tym, jak rolę przerażającego klauna, znanego szeroko głównie dzięki „memogennej” scenie z odpływem deszczówki, dostał Will Poulter, Fukunaga trzasnął drzwiami i wymiksował się z projektu. Jego miejsce zastąpił Andy Muschietti, który został z Tym… z To… z produkcją do końca. Z tej historii płynie więc wniosek, że reżysera No Time to Die niełatwo kontrolować – i, jak pokazał nam już kilkukrotnie, to akurat dobra wiadomość.

W No Time to Die możemy spodziewać się kilku długich, mocnych, wybrzmiewających jak echo wybuchu ujęć. Kamera w kluczowych dla postaci Jamesa Bonda momentach będzie wpatrywać się w niego jak natchniona. To coś, co obserwowaliśmy przy metamorfozie Agu w Beasts of No Nation oraz w serialu Maniac, a także element, którym Fukunaga zainspirował się oglądając dzieła swojego idola – Stanleya Kubricka. Na myśl od razu przychodzi długa scena z Lśnienia, którą genialny reżyser kazał kręcić od nowa tyle razy, aż zagrana będzie perfekcyjnie. Wyszło 127 prób.W 2016 roku głośno zrobiło się zresztą o projekcie nakręcenia jednego z niezrealizowanych Kubricka – Napoleona. Na krześle reżysera miał zasiąść Steven Spielberg, a za scenariusz odpowiadać miał właśnie Cary Fukunaga – wyraźnie podekscytowany tym, że może w takiej inicjatywie wziąć udział. Napoleon miał być miniserialem wyprodukowanym dla HBO GO, tyle że finalnie nigdy nie powstał. No chyba że o czymś nie wiem.

Prawdziwy agent nigdy nie kończy

Za pewną przemianą Jamesa Bonda w swojej 25. odsłonie przemawia także to, że główną rolę po raz ostatni zagra Daniel Craig. Było to początkowo niemałe zdziwienie, bo aktor już po premierze Spectre wspominał, że więcej się w kultowego agenta Jej Królewskiej Mości nie wcieli. Jak powiedział kiedyś Leszek Miller, prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy (czy jakoś tak), więc Craig zagra Bonda po raz ostatni dopiero teraz.


„Gdybym faktycznie odszedł wcześniej, świat nie przestałby się kręcić, a i mnie nic by się nie stało. Ale jakoś czułem, że musimy to doprowadzić do końca. Jeżeli skończyłbym na SpectrE, miałbym z tyłu głowy głos mówiący: Żałuję, że nie zrobiłem jeszcze jednego filmu. Zawsze miałem w głowie coś w rodzaju własnej, sekretnej wizji tego wszystkiego, co chciałem z tym zrobić. W Spectre tego nie było, ale wydaje mi się, że przy [No Time to Die] to widzę” – Daniel Craig w wywiadzie dla magazynu „Empire”.


Sporo jest jeszcze niewiadomych, ale hej: to jest chyba najciekawsze w kinie, że nigdy nie wiemy, co nas do końca czeka, prawda? Przypomnę jeszcze: zapowiadana premiera No Time to Die (czyli w Polsce Nie czas umierać) to na świecie 12 listopada 2020 roku. Jeśli nie możecie się doczekać, to przed premierą możecie na przykład posłuchać opublikowanej w lutym piosenki No Time to Die od Billie Eilish. To główny motyw muzyczny nadchodzącej „dwudziestki piątki”.