Patos, mrok, tajemnica. Recenzja serialu „W głębi lasu”

Paweł Kopiński/Netflix

Po „1983” polscy twórcy nie mieli zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Żeby zadowolić rodzimą publiczność wystarczyło wypuścić coś, co będzie przynajmniej udane. Nie wybitne, nie oszałamiające, nie podbijające międzynarodową widownię. Udane. W głębi lasu dało nam to, co kochamy w polskich produkcjach: dobrze napisane dialogi, mroczną, niespiesznie prowadzoną historię i wyraźne skoncentrowanie na doświadczeniach polskiego widza.

Paweł Kopiński (w roli dorosłego Grzegorz Damięcki, tego młodszego gra Hubert Miłkowski) jest prokuratorem w Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Śródmieście. Jako ponad 40-letni śledczy stara się za wszelką cenę postawić zarzuty dwójce chłopaków, synów dziennikarza z absolutnego szczytu polskiej śmietanki medialnej, których nastolatka oskarża o gwałt. Prokuratorowi nie brakuje chęci, a twardych dowodów. Ten opis to odległe tło wydarzeń, które dzieją się na pierwszym planie. Piszę o nim na początku, ponieważ tło we W głębi lasu częstokroć przebija się na pierwszy plan – intryga goni tu intrygę, jeden wątek jest komentarzem do drugiego. Opowieść w tle razi niesprawiedliwością, nadaje realizmu temu, o czym naprawdę serial opowiada. Znamy tę historię. Miała na sobie zmywalny tatuaż? Szmata. Krótka spódniczka? Sama się prosiła. Zgwałcili? A pan, panie prokuratorze, nie robił w ich wieku głupot?

Sprawa gwałtu to jednak wyjątek – na skalę całego serialu – w którym Paweł Kopiński wchodzi w buty oskarżyciela. W głębi lasu można podzielić na dwie części: tę, w której wydarzenia dzieją się w czasie współczesnym (rok 2019) i tę, w którym oglądamy retrospekcję (rok 1994). Ta druga to serce wydarzeń. Serial stworzony przez Leszka Dawida (Jesteś Bogiem)i Bartosza Konopkę (Królik po berlińsku) to adaptowana na polskie warunki powieść Harlana Cobena pod tym samym tytułem – a więc kryminał z krwią i koścmi. Od razu się przyznam, żeby uniknąć nieporozumień: pierwowzoru nie czytałem, dlatego nie będę w swoim tekście odnosił się do książki i potraktuję W głębi lasu jako całkowicie autonomiczną produkcję.

Serial, który 12 czerwca wylądował na Netfliksie, to opowieść o morderstwach i tajemniczych zaginięciach podczas letniego obozu w leśnej głuszy w Kochanowie. Życie Pawła – obozowego opiekuna – oraz jego ówczesnej miłości Laury Goldsztajn (dorosła – Agnieszka Grochowska, młoda – fenomenalna Wiktoria Filus) odmienia się całkowicie, gdy z grona ich znajomych dwie osoby zostają zamordowane, a dwie kolejne – giną bez śladu. Wśród tych zaginionych jest siostra Pawła, Kamila. Po 25 latach prokurator zostaje niespodziewanie wezwany przez Policję do identyfikacji zwłok osoby mniej więcej w jego wieku. Nie do końca wierząc własnym zmysłom rozpoznaje w nim jednego z zaginionych chłopaków – o 25 lat starszego niż na obozie – co przywraca w nim nadzieję na odnalezienie siostry żywej.

Fot. Krzysztof Wiktor/Netflix

W głębi lasu epastuje polskością. To nie akcenty i smaczki – to absolutna podstawa otoczenia bohaterów. Co i rusz w retrospekcji twórcy uderzają w nostalgiczne tony dzisiejszych 30- i 40-latków. Młodzieńcze obozowe miłostki i dyskoteki; w głośnikach T.Love, Elektryczne Gitary i Konstytucje Lecha Janerki; ekscytująca przejażdżka Polonezem „na nielegalu” – lata 90. w całej okazałości.

Sielskość jak ostrymi nożycami przerywa tajemnicza śmierć dwójki znajomych. Poznajemy ich bardzo przelotnie w pierwszym odcinku. Niczym w horrorze wszystko zdaje się prowadzić do tego wydarzenia – podejrzane odgłosy, sprzeczki, przygaszone światło. Klimatem W głębi lasu przypomina czasem typowe kino grozy. Akcentuje to również subtelna ścieżka dźwiękowa, zwiastująca nie tylko nadchodzącą tragedię, ale później także pogłębiająca uczucia żałoby, złości, a przede wszystkim bezsilności.

Paweł Kopiński jest właśnie bezsilny. Grający go „stary” Grzegorz Damięcki i „młody” Hubert Miłkowski podkreślają to (z początku) oszczędnością emocji – z wykreowanej przez nich postaci nie da się czytać jak z otwartej księgi. Dopiero w kontekście wydarzeń potrafimy odkryć jego wnętrze. To zmienia się z czasem – Kopiński przechodzi metamorfozę biorąc sprawy w swoje ręce – w głębi jednak pozostaje tym samym Pawłem, który tylko coraz mocniej eksponuje swoje uczucia, otwiera się.

Laura Goldsztajn (ta młoda – Wiktoria Filus) nie pozostawia zbyt wiele złudzeń: opiekuńcza, troskliwa, przerażona, ale z drugiej strony mężna. Filus naprawdę wczuła się w rolę Laury, która z jednej strony próbuje pomóc Pawłowi, a z drugiej musi bronić ojca. Ten ostatni (Jacek Koman w roli Dawida Goldsztajna) po wydarzeniach na obozie staje się ofiarą dzikiego antysemityzmu sąsiadów. Niestety grająca dorosłą Laurę Agnieszka Grochowska wydaje się być nieco „odklejona” od swojej młodej wersji. Dalej przejawia pewne cechy dziewczyny sprzed 25 lat, ale, cóż… Dorosła i dość nijaka względem Pawła – jej życiorys jest jakby poprowadzony kompletnie obok, bez żadnej głębi. Prokurator Kopiński i jego poszukiwania zaginionej siostry zabierają wszystko.

To właśnie tęsknota za Kamilą i niepewność odnośnie tego, co się z nią stało, jest motorem napędowym historii. Kamila, siostra Pawła, której poza pierwszymi scenami z obozu nie widzimy wcale, stanowi oś wydarzeń. Fabularnie W głębi lasu potrafi porwać, wgnieść w fotel, przetrawić, po prostu porządnie wpłynąć na nasze uczucia. Oglądając kolejne odcinki żyłem tą opowieścią, każdym jej aspektem. Nieomal płakałem razem z bohaterami, śmiałem się z nimi, próbowałem rozgryźć zagadkę. Niektórzy piszą, że tę ostatnią łatwo można odkryć, że przez większość serialu wiadomo kto, co, gdzie, kiedy i dlaczego. Może jestem za mało pojętny, ale dla mnie finał był zaskakujący – oczywiście niektórych elementów układanki można domyślać się wcześniej, w końcu o to chodzi w kryminale, żeby poszlaki i tropy odkrywać stopniowo, a dopiero potem złączyć je w całość jak puzzle. Tutaj to się udało.

Za zdjęcia do W głębi lasu odpowiada Paweł Flis (pracował m.in. z Leszkiem Dawidem przy serialu Pakt na HBO) – i przy innych jego dziełach, także i tutaj widać fotograficzne zacięcie. Ujęcia sprawiają wrażenie, jakbyśmy patrzyli przez obiektyw aparatu fotograficznego, a nie kamery. Flis skupia się na twarzach aktorów i na detalach – szczegóły przedmiotów i miejsc są wyniesione wręcz do rangi mistycznych w sporych zbliżeniach. Tajemniczość podkreślana jest przesłanianiem tego, co widzimy, sylwetkami przedmiotów, otoczeniem czy aktorami. Jeśli myślisz, że zobaczysz to, na co patrzy dana postać, często czeka Cię zaskoczenie: kamera ukrywa wydarzenia, a skupia się bardziej na reakcjach bohaterów. Kadry rzadko kiedy są statyczne. Kamera podąża za bohaterem, drży, podgląda z nieoczywistych miejsc (często ujmuje twarze aktorów od spodu, wyolbrzymiając ich i potęgując emocje wskazywane przez mimikę). Sprawia wrażenie, jakby nieustannie szukała innego ujęcia, ale niemal zawsze bardzo surowego, wręcz ascetycznego. I to, według mnie, duży plus, bo kryminał to przecież ciągłe poszukiwanie, niepewność, tajemnica. Zdjęcia to odzwierciedlają.

Zagadka śmierci i zaginięć to jednak nie wszystko. We W głębi lasu właściwie każdy z bohaterów przeżywa jakąś trudną relację – miłosną lub rodzinną. Te relacje są szalenie istotne, choć z drugiej strony niemal każdą streścić można w dwóch-trzech zdaniach. Brakuje im głębi. Twórcy poświęcili scenom związanym szczególnie z relacjami romantycznymi bardzo niewiele czasu.

Nie tylko zresztą romantyzmowi Leszek Dawid i Bartosz Konopka poświęcają niewiele uwagi: jeśli liczycie, że podczas oglądania poważnej, tragicznej, wręcz pełnej patosu historii czeka was jakikolwiek moment odprężenia, chwila oddechu, łyk nadziei, kęs spokoju czy nawet (o, naiwności!) śmiechu – no to tego się nie doczekacie. Nie ma na to czasu. Kolejne wydarzenia mają na tyle ciężki kaliber, że będąc na miejscu bohaterów niejednokrotnie zadawałem sobie pytanie: jakim cudem ten człowiek to wszystko wytrzymuje?

A, i jeszcze dla czytających ten tekst prawicowców dodam, że w serialu występuje epizod homoseksualny i nie dotyczy on dwóch kobiet, więc na wszelki wypadek lepiej nie oglądajcie.

Fot. Netflix

Podsumowując, W głębi lasu to kawał solidnego serialu kryminalnego. 6 odcinków trzyma w napięciu – to wystarczająco dużo, by rozwinąć opowieść, ale jednocześnie nieco za mało (najwidoczniej, bo tego zabrakło), by porządnie rozwinąć wątki romantyczne i rodzinne oraz pozwolić sobie na momenty uspokojenia akcji. Tu jedno wydarzenie goni drugie. Po końcu jednej sceny początek drugiej wprowadza kolejny element układanki. Dla niektórych W głębi lasu może być zbyt mroczne i podniosłe – nie można jednak zaprzeczyć, że dzieło Leszka Dawida i Bartosza Konopki posiada fenomenalny klimat, bardzo dobre zdjęcia i bardzo przyzwoicie zagrane role (przede wszystkim Pawła Kopińskiego), a do tego świetną ścieżkę dźwiękową.

W recenzjach serialu innych autorów czytałem o „kiepskim udźwiękowieniu”, które stało się w polskim kinie nawet nie tyle klasyczną przypadłością, co wręcz memem. Pojawiają się nawet zarzuty o to, że bez włączonych napisów nie słychać absolutnie nic. To nieprawda. Rzeczywiście parę razy przez cały czas trwania serialu nie dosłyszałem tego, co powiedział któryś z bohaterów – to jednak zdarzało się bardzo rzadko. Może więc jestem mniej pojętny (co wskazuję wyżej w akapicie poświęconym fabule), ale najwidoczniej słuch mam lepszy. Szach-mat, krytycy!

Przeczytaj też: