Wiarygodne szaleństwo Emilii Clarke i niewiarygodna pomyłka scenarzystów. Finał „Gry o Tron” na chłodno

To, co wydawało się niemożliwe, stało się niestety faktem. Jeden z najlepiej ocenianych seriali w historii telewizji (obecnie 12. Miejsce w top wszechczasów magazynu Rolling Stone oraz 3. Na Filmwebie) zaliczył upadek podczas sprintu na ostatniej prostej. Siedem sezonów niesłabnącej globalnej popularności i przy ósmym wydawało się, że tylko grom z jasnego nieba może powstrzymać serial przed dołączeniem do panteonu produkcji telewizyjnych. Ja sam się zastanawiałem, z czystej ciekawości, jak można na tym etapie to zepsuć? Czy w ostatniej sekundzie zadziała klątwa Lost? No i cóż… wykrakałem. Tylko czy aby na pewno jest tak źle jak wszyscy twierdzą? Uwaga, spoiler alert!

Na pewno mogło być lepiej. Samo to stwierdzenie nie jest niczym szczególnym – można tak powiedzieć o chyba każdym dziele kinematografii, jakie kiedykolwiek powstało, bo wydaje się, że coś takiego jak “obiektywny ideał” nie istnieje, ale to pytanie do filozofów. Ja, jako zatwardziały fan uniwersum George’a R. R. Martina, oczekiwałem więcej, dosłownie. Nie jestem też zagorzałym wrogiem tego finału i nie ruszyłem razem ze wściekłym tłumem do Internetu, by głosić moje niezadowolenie czy podpisywać petycje o nakręcenie sezonu ponownie, tylko z innymi ludźmi u sterów. Gdzieś w tej całej krytyce pewne rzeczy w moim odczuciu zabrnęły o wiele za daleko. Ale po kolei, pogadajmy najpierw o tym co faktycznie nie zagrało.

Kiedy musisz o 12:00 spalić Królewską Przystań, bo o 16:00 masz umowę z Disneyem

Wiele się mówi o tym, że showrunnerzy Gry o Tron, David Benioff i Daniel B. Weiss, architekci sukcesu tej produkcji, stali się jej niszczycielami. Słowa, jak dla mnie, o wiele zbyt stygmatyzujące, wziąwszy pod uwagę, że przez siedem lat emisji byli uznawani za co najmniej półbogów w branży. Oto dwóch facetów, szerzej nieznanych, nagle wyskakuje z pomysłem realizacji serialu dark fantasy na podstawie serii książek kojarzonych tylko w pewnych kręgach. O ile jeszcze Benioff miał jakieś doświadczenie w scenopisarstwie (debiutował w 2002 roku świetną 25. Godziną a dwa lata później napisał Troję dla legendy Wolfganga Petersena) tak Weiss nie miał – i nadal nie ma – żadnej innej produkcji na koncie. Kto by wtedy uwierzył, że to się może udać? Ja, przy całej mojej “nerdowości”, nawet nie słyszałem o Grze o Tron, póki serial się nie ukazał.

HBO uwierzyło w ten chory pomysł – i chwała im za to. Przez kilka lat GoT było na ustach całego świata. Każdy kolejny sezon prowokował, wzbudzał emocje (głównie pozytywne, nie licząc oczywiście szoku związanego ze zgonami kolejnych kluczowych postaci – coś, co wyróżniało tę historię na tle wielu podobnych i co ostatecznie też zemściło się w sezonie finałowym), a Benioff i Weiss zostali gwiazdami rocka. Sielanka trwała póki był materiał źródłowy, z którym można było jako tako pracować. Potem Panowie musieli wymyślić jakieś własne zakończenie. Idea ,jaka się za tym kryła, była zacna. W 2016 roku, krótko po finale szóstego sezonu Weiss w wywiadzie dla portalu Deadline mówił:


Chcemy odejść w momencie, kiedy wszyscy oglądający ten serial są nadal w niego wkręceni. Wyjść w wysokim punkcie, żeby nie było sytuacji w stylu “Bogu dzięki, że to już koniec.


Wobec faktu, że ówcześnie najgorętszy duet filmowy Hollywood zmierzał ku otwartości na nowe projekty, pytanie wielu brzmiało: czym się teraz zajmą? Odpowiedź przyszła jeszcze przed premierą ósmego sezonu. Świat zelektryzowała informacja, że Benioff i Weiss będą odpowiedzialni za realizację nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. To, co teraz napiszę, funkcjonuje bardziej jako plotka niż fakt, bo nikt tego nigdy oficjalnie nie potwierdził, ale teoria dla mnie osobiście brzmi na wiarygodną. Według anonimowych źródeł Benioff i Weiss byli już zmęczeni Grą o Tron. Mimo ich zapowiedzi o chęci wyjścia z klasą podobno wyczekiwali dnia, kiedy oni sami będą mogli powiedzieć, że “Bogu dzięki, to już koniec”. To miało zbiec się w czasie z propozycją od Kathleen Kennedy, prezeski Lucasfilm, by zajęli się Gwiezdnymi Wojnami. Coś, o czym jeszcze nie tak dawno temu Panowie mogli jedynie pomarzyć. Są ploty, że decyzja by skrócić ósmy sezon do zaledwie sześciu odcinków była podyktowana presją z Disneya, by jak najszybciej skończyć projekt, ale dla mnie to już poziom teorii spiskowej. Poza tym nie tłumaczy to wcześniejszej decyzji, żeby skrócić również siódmy sezon, do siedmiu odcinków. Bardziej wierzę w to, że Benioff i Wiess sami chcieli jak najszybciej ruszyć na nowe wody, bo zarówno HBO jak i niewątpliwie Disney, zgodziliby się na wszystko czego Benioff i Wiess by chcieli. Gdyby chcieli zrobić 10-odcinkowy sezon, miałby 10 odcinków, co do tego jestem pewien. Dlaczego o tym mówię? Bo właśnie w tej decyzji – skrócenia dwóch ostatnich sezonów – upatruję źródło całego zła.

David Benioff i D.B. Weiss | Fot. Mike Coppola/FilmMagic/Getty Images

Za szybcy, za wściekli

Świat oszalał na punkcie GoT z różnych powodów, ale jedną z jego najmocniejszych kart była niewątpliwie narracja. Powolna, budująca napięcie aż do momentu uderzenia pioruna w postaci jakiejś konkluzji, której albo nikt się nie spodziewał, albo która była po prostu bardzo epicka. Pierwsze skrzypce grały tutaj dialogi, relacje między postaciami, subtelności, cięte riposty, obelgi, rozgrywki polityczne. Benioff i Wiess zbudowali swoją potęgę tak naprawdę na scenariuszu, w którym akcji, zwłaszcza w pierwszych sezonach, było jak na lekarstwo. Ta akcja oczywiście się pojawiała, z czasem było jej coraz więcej, ale nawet wobec coraz bardziej epickich scen nie ginęły napięcia relacji między postaciami. Zdaniem wielu fanów to właśnie one nadawały mu wyjątkowości. Sceny batalistyczne i fantastyczne były tylko miłym dodatkiem (bo zrealizowane pierwszorzędnie). Pamiętajmy, że serial stał się hitem już od pierwszego sezonu a tam scen akcji nie było prawie wcale, zwłaszcza jeśli je zestawić ze scenami intrygi politycznej.

Rzecz odwróciła się zupełnie mniej więcej w siódmym sezonie. To było do przewidzenia. Daenerys Targaryen przypłynęła ze swoją armią i smokami do Westeros. Wojna, na którą wszyscy czekali, się rozpoczęła – wiadomo było, że musi być epicko i efektownie. Niestety już w siódmym sezonie było widać, że skrócenie liczby odcinków odbija się na narracji. Widoczne to było zwłaszcza w odcinku piątym, Eastwatch, w którym tempo, z jakim bohaterowie przemierzali w ciągu kilku scen setki kilometrów, stało się źródłem żartów w Internecie. Ba, śmieszność takich decyzji odnotowano już w finale szóstego sezonu (uznawanego przez wielu za najlepszy), kiedy to Varys niemal “magicznie” pojawia się w Westeros, by porozmawiać z nowymi zarządczyniami Dorne o sojuszu, będąc po drugiej stronie morza ledwie dwa odcinki wcześniej. Potem, jak czas pokazał, było tylko gorzej i jakby nie widząc (może celowo?) szkód, jakie to czyni, twórcy GoT postanowili finałowy sezon skrócić jeszcze bardziej, co miało być zrekompensowane dłuższymi odcinkami. Gdzieś tam w głębi duszy już przy tej informacji czułem zaniepokojenie myśląc o tym czy sensowne zamknięcie wszystkich wątków w 6 odcinkach jest możliwe. Ale zaufałem twórcom, że przecież nie zarżną swojego złotego dziecka…


Może zainteresuje Cię również:

Paweł Kopiński/Netflix

Patos, mrok, tajemnica. Recenzja serialu „W głębi lasu”

Po „1983” polscy twórcy nie mieli zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Żeby zadowolić rodzimą publiczność wystarczyło wypuścić coś, co będzie przynajmniej udane. Nie wybitne, nie oszałamiające, nie podbijające międzynarodową widownię. Udane. W głębi lasu dało nam […]


Madness is like gravity. All it takes is a little push!”

Jestem przekonany, że połowa głosów niezadowolenia z ósmego sezonu nigdy by nie zaistniała, gdyby tylko twórcy dali sobie i widzom czas na to, aby troszkę dłużej poobcować z ich bohaterami. Pokazali więcej relacji między nimi, napisali więcej dialogów, które przecież nie kulały i mimo całej fali krytyki, tego raczej nikt się nie czepia. Najlepiej oceniane odcinki z całego finałowego sezonu to pierwszy i drugi – Winterfell i A Knight of the Seven Kingdoms – niemalże w całości “przegadane”. To pokazuje jasno, czego fani oczekiwali. Walki? Wojny? Zniszczenia? Inwazji Króla Nocy? Oczywiście tego też, ale przede wszystkim całej otoczki, więcej scen przygotowania do, jak i więcej scen już po batalii – zbierania się do kupy, rozmów na temat tego, co się wydarzyło, jakichś prób wytłumaczenia obejrzanych przez nas scen przez samych ich bohaterów. To właśnie było siłą tego serialu przez cały czas jego emisji, a potem jakby stało się… niewygodne, zbędne, zrealizowane bardziej z konieczności niż faktycznej potrzeby. Niektóre postaci, na które wielu fanów bardzo liczyło, nie pojawiły się wcale albo dosłownie na chwilę – myślę tutaj o Lyannie Mormont. Wtedy, kiedy takie sceny były, to zwykle kradły serial. Napięte relacje pomiędzy Daenerys i Sansą czy słynna scena rozmowy przy ognisku i pasowania na “rycerza” przed ostateczną bitwą z armią umarłych (jak dla mnie jedna z najlepszych scen w serialu). To było zrobione super i tego było potrzeba więcej. No ale kiedy twórcy zakładają sobie zamknąć historię w oka mgnieniu, to i miejsca na budowanie narracji niechybnie brakuje.

Odbiło się to zresztą nie tylko na dynamice relacji między postaciami, ale też na logice przedstawionego świata. Scenariusz “szalonej królowej”, z którego Benioff i Wiess ostatecznie skorzystali, aby zamknąć całą historię, był do przewidzenia i wielu fanów oraz krytyków go przewidziało. Nawet nasz rodzimy Kuba Popielecki z Filmwebu zastanawiał się w którymś odcinku Serial Killers, czy aby twórcy nie pójdą właśnie w tym kierunku. Sam serial wskazywał na to wielokrotnie, nawet zanim Daenerys przypłynęła do Westeros. Khaleesi była porywcza, mściwa (krzyżowanie czy rzucanie smokom na pożarcie właścicieli niewolników z Meereen), źle znosiła porażki, choć starała się być sprawiedliwa, to akty łaski właściwie zawsze zawdzięczała swoim doradcom. Jej pierwszymi impulsami były zwykle krew i ogień, co pięknie zauważyła Cersei w rozmowie z Tyrionem w finale siódmego sezonu, Tyrion nawet kontruje to stwierdzeniem, że Daenerys zna siebie i wybiera sobie takich doradców, którzy będą szachowali jej najgorsze impulsy. Pada tu subtelne pytanie, co by się stało, gdyby ci doradcy ją opuścili? Do czego byłaby zdolna, gdyby została pozostawiona sama ze swoimi słabościami w obliczu porażki?

Odpowiedzią na to pytanie jest niesławny piąty odcinek ósmego sezonu, The Bells. “Królowa” ma dość tego, że mimo posiadania znacznie większej siły rażenia ciągle ktoś jej każe być “tą mądrzejszą”, przez co spotyka ją plaskacz za plaskaczem. W końcu, mimo że teoretycznie nie było takiej potrzeby, nasza Khaleesi pękła i postanowiła zrównać całą stolicę z ziemią. Jak dla mnie, ten upadek miał sens i był logiczny dla kogoś kto dokładnie śledził rys psychologiczny tej postaci, problem w tym, że to wszystko wydarzyło się o wiele za szybko, i stąd całe nieporozumienie. Cała historia, ta “przemiana” z bohaterki w niszczycielkę (niczym Anakin Skywalker) została po prostu przeszarżowana, bo Daenerys była jeszcze tą bohaterką zaledwie odcinek wcześniej, góra dwa. Więcej scen, więcej przykładów na jej upadek psychiczny i całego problemu by nie było, a odcinek The Bells byłby uznawany za jedną z najpiękniejszych scen masowego zniszczenia i szaleństwa w historii popkultury. Więcej na temat Arii oraz jej znaczenia w kontekście historii uniwersum – dlaczego to jej akurat przypadł zaszczyt zadźgania Nocnego Króla (to ma sens wbrew pozorom, lore przygotowany przez George’a R. R. Martina to wyjaśnia), jej nagły “wyskok z ciemności”, który przecież nie musiał być nagły (bitwę można było jak dla mnie spokojnie rozbić na dwa odcinki). Wszystko to można było nieco bardziej rozciągnąć w czasie, cały sezon zyskałby na tym w oczach fanów, a przecież ten serial był przede wszystkim dla nich.

Fan Wars Epizod któryś: Zemsta Hitów

Niektóre franczyzy z bogatym fandomem żyją i umierają wraz z łaską (bądź niełaską) tego fandomu. I niewątpliwie tak było też w przypadku Gry o Tron. Wielka, ekstatyczna wręcz miłość widzów do produkcji pozwoliła twórcom na różne drobne grzeszki po drodze jak zwroty od książkowych oryginałów w fabule czy pominięcie niektórych wątków. Nawet wspomniane wcześniej “turbopodróże” bohaterów były jeszcze do przełknięcia. Wszystko dzięki temu niesamowitemu kapitałowi fanowskiego zaufania do dzieła, które spotkało się z dawno niespotykanym uwielbieniem. Fandom to jednak obosieczny miecz. Jeśli ktoś zdenerwuje fanów na tyle, aby ich rozjuszyć, to niczym po wizycie Daenerys w Królewskiej Przystani – nie będzie czego zbierać. Tak trochę z innej beczki, ale w temacie, przekonał się o tym TVN, kiedy dziennikarze Dzień Dobry TVN postanowili pożartować sobie z koreańskiego popu. Za ten wybryk fani i fanki K-Pop zrobili TVN-owi PR-owy koszmar jakiego nigdy się nie spodziewał i pewnie długo nie zapomni. Takim samym koszmarem gniew fanów stał się dla Benioffa i Weissa po zakończeniu GoT. Panowie nie spodziewali się tak daleko idącej i tak masowej krytyki. Powstała wspomniana we wstępie petycja. Zrobiło się tak źle, że w obronie showrunnerów stanęli aktorzy serialowi. I to nawet całkiem niedawno – wcielająca się w serialową Melisandre holenderska aktorka Carice Van Houten w wywiadzie dla portalu Insider stanęła w obronie znienawidzonych twórców, nazywając krytykujących ich fanów niewdzięcznikami.

„To coś więcej niż fandom. To ekstremizm. To przerażające. Gdy znasz scenarzystów i wiesz jak ku***sko świetni są, to wiesz, że na to nie zasługują” – Carice Van Houten (na zdjęciu)

Fot. Helen Sloan/HBO

Te słowa padły rok po zakończeniu serialu. Muszę przyznać, że dla mnie tak radykalna reakcja też jest zaskoczeniem. Rozumiem błędy finału, rozumiem niezadowolenie i niedosyt, ale nie rozumiem hejtu. Co by nie mówić o zakończeniu tej historii, to jednak przez osiem lat emisji serialu Benioff i Weiss dokonali czegoś, czego nikt się nie spodziewał i zrealizowali serial, który cieszył się przez te osiem lat tytułem absolutnego króla telewizji. Za sam ten fakt, showrunnerom Gry o Tron należą się, moim zdaniem, podziękowania. Poza tym niektóre argumenty krytyków są nawet nie tyle, że nietrafione, co wręcz żałosne. Ciężko z powagą traktować słynną krytykę trzeciego odcinka The Long Night, który według wielu fanów był za ciemny… No ja przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś kiedyś wychodzi z domu, gdy jest ciemno i akurat w pobliżu nie ma reflektorów to gwarantuję, że widoczność będzie jeszcze gorsza. O taki efekt zresztą chodziło, armia “naszych” miała na wyposażeniu jedynie pochodnie, które dużego światła nie dają, przeciwko hordzie trupów, która “ciemność” miała wypisaną niejako na czaszkach. Utyskując na to ocieramy się o śmieszność.

No i mamy całą krytykę związaną z zastosowanymi rozwiązaniami wątków fabularnych. To dla mnie jest już zupełnym absurdem, kiedy masy fanów zaczynają krytykować serial za coś, za co go wcześniej kochały. Gra o Tron od początku wyrobiła swoją reputację w oparciu o wyrywanie się standardowym rozwiązaniom fabularnym i zaskakiwaniem widzów. W momencie, gdy ci zostali po raz kolejny zaskoczeni, nagle stało się to wadą? Rozumiem, że jeśli scenarzysta nie rozwiąże historii ekranowej tak, jak ktoś sobie wymarzył, to taki ktoś będzie niezadowolony, ale hejtowanie z tego powodu serialu czy twórców jest delikatnie mówiąc dziecinne.

Nic nie może przecież wiecznie trwać

O tym, jak to wszystko miało wyglądać, a jak ostatecznie wygląda, można by jeszcze dużo napisać. Dla mnie jednak kluczowe w ostatecznej ocenie serialowej Gry o Tron i jej twórców jest pamięć o ich dotychczasowym dorobku. Ośmiu latach emocji, ekscytacji, oczekiwania na kolejne odcinki i kolejne sezony, energicznego komentowania kolejnych wydarzeń ze znajomymi, życia i umierania razem z bohaterami tego ciekawego, nietypowego jak na kanon dark fantasy uniwersum. Oczywiście szkoda, że wyszło jak wyszło, co boli podwójnie, bo to przecież był koniec. Przy tym wszystkim i tak muszę pochwalić finał ósmego sezonu, The Iron Throne. Przy całym bagażu błędnej decyzji, jaką było skrócenie liczby odcinków, w ostatnim, na ile to było możliwe, scenarzystom udało się w chyba najlepszy sposób zakończyć wszystkie pozostałe wątki. Ja oglądałem napisy końcowe z poczuciem satysfakcji. Nic w tym dziwnego, bo ostatni odcinek to powrót do tego, co Gra o Tron robiła najlepiej, czyli do relacji między postaciami i political drama z nutką zjadliwego (jak zawsze w wykonaniu Tyriona) humoru. I gdyby tylko było tego więcej…

Gdybanie nic nie zmieni. Oby tylko przyszli twórcy serialowi nauczyli się czegoś z tej krótkiej historii długiego wzlotu i nagłego… Może nie upadku, ale na pewno sporego obniżenia pułapu. Chciałbym też, aby teoria o “prawdziwej” przyczynie skrócenia dwóch ostatnich sezonów i wpływie jaki miała na to wizja umowy z Disneyem była nieprawdziwa. Bo jeśli tak było, to wybory Benioffa i Wiessa mają jeszcze mniej sensu i są jeszcze bardziej krzywdzące – z umowy ostatecznie nic nie wyszło. Oficjalnie Panowie sami zrezygnowali z Gwiezdnych Wojen, tłumacząc ten krok brakiem czasu. To by z kolei oznaczało, że mimo poczynionych wyrzeczeń, które ostatecznie runęły wokół naszego duetu twórców jak mury Królewskiej Przystani, po tym wszystkim oni po prostu… zmienili zdanie. Wprawdzie nie ma tego złego, bo duet podpisał lukratywny kontrakt z Netfliksem, ale coś czuję, że to, co pozostawili za sobą prędko nie zniknie i będzie ciągnęło się za nimi aż do końca ich karier.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też:

Cyberhype 2020

Kiedy myślę o marketingu gier, myślę głównie o materiałach promocyjnych w sieci. Od kilku lat myślę też o reklamach wielkoformatowych na budynkach, bilbordach, pojazdach komunikacji miejskiej, krajowej i tak dalej. Do tej pory nawet te […]