To nie jest „Gra o Tron” dla starych ludzi. Recenzja serialu „Przeklęta”

Globalny sukces wyprodukowanej przez HBO epopei dark fantasy rozochocił wiele innych wytwórni, aby ukroić kawałek tego praktycznie nienaruszonego do tej pory tortu. Tyle tylko, że stworzyć drugą Grę o Tron to jedno, a faktycznie osiągnąć ten poziom, to zupełnie inna para karwaszy. O kilku produkcjach mówiono już szumnie, że oto nadchodzi GoT-killer. W kontekście Netflixa były takie głosy co do Wiedźmina. Z powodu ograniczeń budżetowych i pominięcia niektórych ważnych wątków nie udało się. Teraz znowu marzenia odżyły wraz z “przeklętą” Katherine Langford. Czy tym razem słusznie? Niekoniecznie.

Oba pierwej wymienione seriale – zarówno Gra o Tron jak i Wiedźmin – miały to ułatwienie, że były oparte o współczesny materiał źródłowy, który w czasie swojego istnienia w formie literackiej zdążył sobie wyrobić grono wiernych fanów i pasjonatów. Teoretycznie Przeklęta (oryginalny tytuł to Cursed) też ma swój materiał źródłowy w postaci legend arturiańskich, ale po pierwsze: traktuje je bardzo, ale to bardzo luźno a po drugie: opowieści o Królu Arturze jednak mają swój wiek. Trudno tu mówić o jakimś fandomie. No i opowieści te były już wielokrotnie ekranizowane na multum różnych sposobów. W ubiegłym roku premierę miał familijny film o dzieciaku we współczesnym nam świecie, który odkrywa przypadkiem miecz Excalibur (Dzieciak, który został królem, reż. J. Cornish). Dwa lata wcześniej z legendą Króla Artura zmierzył się, w typowym dla siebie cwaniaczkowato-gangsterskim stylu Guy Ritchie (Król Artur: Legenda miecza). W 2004 roku natomiast legenda próbowała – z miernym skutkiem – pokazać się od tej nieco bardziej autentycznej strony, kiedy to Clive Owen wcielił się w rzymskiego centuriona, który został pierwszym Królem Brytanii (Król Artur, reż. A. Fuqua). Wydaje się, że temat jest już nieco zmęczonym materiałem, ale Netflix – jak to Netflix – w poszukiwaniu kolejnej żyły złota nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem. Nawet karkołomnym.

Kopernik była kobietą!

To, co miało wyróżniać ten serial od wymienionych wyżej produkcji i wszelkich innych podejść do starej, dobrej historii, to zmiana osi fabuły. Tym razem zamiast historii o odważnym, młodym chłopaku, który przy pomocy magicznego miecza zdobywa władzę, mamy niejako prequel tych wydarzeń. Już na początku pierwszego odcinka Przeklętej czytamy: nim miecz mocy wybrał Króla, najpierw wybrał Królową. Tą Królową będzie Nimue. Członkini jednej z wielu obecnych w tym świecie starożytnych ras “wróżek” – konkretnie tak zwanego Ludu Nieba. Nimue, trochę niczym legendarny Artur, jest dopiero na przedsionku dorosłości i kompletnie nie planuje być nikim istotnym, nawet w swojej wiosce, co dopiero w całym Królestwie Brytanii. Do tego stopnia, że nasza młoda heroina sprawia wrażenie zbuntowanej nastolatki, która nie chce brać za nic odpowiedzialności, nawet za siebie samą. Jak to zwykle w takich opowieściach bywa, przeznaczenie kroczy własnymi ścieżkami i wkrótce wioska, tak bardzo do niedawna znienawidzona przez Nimue (z sensownych powodów, których nie chcę spoilerować) zostaje zrównana z ziemią przez armię chrześcijańskich fanatyków, których celem jest “oczyszczenie świata za pomocą boskiego ognia”. W praktyce oznacza to palenie wszelkich “wróżkowatych” na stosach (chyba że się nie da, to wtedy po prostu za pomocą miecza i topora). Umierająca Matka Nimue przekazuje w jej ręce pewien wielgachny miecz (ciekawie, co to za miecz…) i ostatnim tchnieniem prosi, aby dostarczyła go niejakiemu Merlinowi.

Wszelkich bojowników z opacznie rozumianą polityczną poprawnością od razu uspokajam: to nie jest tak, że Przeklęta to „legenda o Królowej Arturii”. Legendarny Artur w serialu również występuje, choć jego rola jest drugoplanowa (trochę nazbyt teatralna kreacja początkującego Devona Terrela). Najważniejsza jest podróż Nimue i jej dorastanie do roli, która została jej niejako narzucona okolicznościami. Nimue jest zresztą postacią, która istnieje w oryginalnych legendach arturiańskich (znana także pod przydomkiem „Pani Jeziora”) i zgodnie z ich treścią to właśnie ona przekazuje miecz Excalibur Arturowi. Niektóre zapiski legend przedstawiają ją jako celtycką boginię o bliżej niejasnej funkcji. W serialu przypomina trochę błędnego rycerza, który niby ma miecz, ale w ludobójczym chaosie nie wie za bardzo co z nim zrobić (przynajmniej na początku).

Trzynaście powodów, dla których zostałam Khaleesi

Postaci znanych z legend w serialu jest zresztą więcej. Oprócz wspomnianych Nimue, Artura i Merlina mamy też kilku pierwszych rycerzy okrągłego stołu, mamy Morganę (jeszcze nie „Le Fay”, ale podobnie jak w legendzie źródłowej jest siostrą Artura). Większość z tych postaci poznajemy na początku historii, ale ich prawdziwe imiona, te znane z legend, słyszymy bliżej końca, co pewnie ma wywołać jakiś efekt „wow”. Czasem się udaje, a czasem (zwłaszcza w przypadku najważniejszego chyba rycerza okrągłego stołu) w pewnym momencie tożsamości niektórych „postaci niespodzianek” widz może się domyślić. Wszystko to ma w jakiś sposób pomóc w osadzeniu tej historii w jej legendarnym kontekście, ale ostatecznie fabuła Przeklętej jest od tych legendarnych źródeł drastycznie odmienna.

Tutaj też objawia się pewna, moim zdaniem, niekonsekwencja scenarzystów. Bo z jednej strony mamy wszystkie te elementy fantastyczne, które znamy ze źródłowych legend – wróżki, magię, wiedźmy, miecz mocy, prastare istoty i przepowiednie. A z drugiej mamy świat, który dość nieudolnie próbuje imitować realia społeczno-polityczne na wyspach brytyjskich we wczesnym średniowieczu. Brytania (która nie pada tu nigdy z nazwy, ale wiadomo o które królestwo chodzi) ma już króla. Mało tego, jest cała dynastia królów, której obecnym przedstawicielem jest Uther Pendragon – w legendach ojciec Artura, w serialu… Mamisynek? Królestwo Uthera znajduje się niejako między młotem a kowadłem, bo po jednej stronie jest cały problem ze wspomnianymi fanatykami chrześcijańskimi, którzy z rozkazu samego papieża palą wioski wróżek (królestwo nie jest temu otwarcie przeciwne, ale też masowy mord na terenie Państwa świadczy o jego słabości), a po drugiej stronie – najeźdźcy z dalekiej północy stylizowani pod każdym względem na Wikingów z ich własnym królem pretendującym do tronu Brytanii. W samym środku tego trójstronnego konfliktu pojawia się właśnie Nimue z jej cennym „pakunkiem”, który oprócz wielkiej mocy magicznej, ma też ciekawą właściwość decydowania o tym, kto zostanie kolejnym królem Brytanii. Wobec powyższego, wszyscy trzej – Król Uther, papież i władca „najeźdźców” chcą zdobyć miecz, by za jego pomocą zdobyć władzę.


Może zainteresuje Cię też:


Czy to wszystko brzmi znajomo? W jakimś stopniu na pewno tak. Intryga dworska i system wzajemnego naprzemiennego zawierania sojuszy i wsadzania sobie noży w plecy (albo mieczy w klatkę piersiową) jest całkiem sprawnie wymieszaną mozaiką przywodzącą na myśl wspominaną we wstępie Grę o Tron. Przywodzącą na myśl, ale jednak mijającą się z celem. Scenarzyści chcąc bowiem pogodzić legendy arturiańskie z tym polityczno-wojennym klimatem stanęli trochę w rozkroku, co sprawia, że efekt końcowy jest mocno nierówny i chaotyczny. Niestety, najbardziej na tym traci główny wątek fabularny. Historia Nimue, jej krwawa inicjacja do swoistego przywództwa, to najnudniejsza część serialu – a stanowi co najmniej jego połowę. Dopiero w momencie, w którym Nimue faktycznie staje się królową (bez królestwa), o której informuje nas tekst ukazany w pierwszym odcinku, wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie, a sama Nimue przestaje być zagubioną dziewczyną i zmienia się w wodza z krwi i kości. Plus przydługiego wstępu jest taki, że ta transformacja ze zwykłej wieśniaczki w liderkę ruchu oporu na szczęście jest dość wiarygodna. Nie jest to na pewno znana i uwielbiana „Matka Smoków”, ale jakieś przebłyski podobieństwa da się odczuć. Reklamująca serial wszędzie Katherine Langford wprawdzie początkową zagubioną dziewczynę gra trochę na jedno kopyto, tak jak w swoim przełomowym występie w serialu Trzynaście Powodów, ale potem się rozkręca.

Katherine Langford jako Nimue | Netflix

Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie

Paradoksalnie może serial zyskuje najbardziej właśnie wtedy, kiedy próbuje naśladować telewizyjne opus magnum HBO. Wtedy, kiedy intryga i strategia wojenna odbierają pierwsze skrzypce historii o dorastaniu w niesprzyjających warunkach. Królowie i „świątobliwi” mają swoje racje, których nie chcą odpuszczać, ale ze względów (pozornie) dyplomatycznych rozmawiają ze sobą, co na ekranie tworzy fajną dynamikę napięć politycznych. Zdecydowanie najlepiej w tym wszystkim wypada Merlin, grany przez znanego z Wikingów Gustafa Skarsgarda. Jako zapijaczony, pozbawiony złudzeń nihilista o szlachetnym w gruncie rzeczy sercu (Tyrion Lannister anyone?) wprowadza świetną atmosferę dworskiej intrygi do, bądź co bądź, baśniowej historii. Opanowany fanatycznym uwielbieniem idei wyższości rasy ludzkiej nad każdą inną przywódca wojsk kościelnych Ojciec Carden (świetny Peter Mullan) i jego egzekutor, znany jako “Płaczący Mnich” (Daniel Sharman), tworzą duet przywodzący na myśl Imperatora i Dartha Vadera. Szkoda, że tej strony serialu nie ma więcej, ale bagaż robienia historii osadzonej w uniwersum arturiańskim widocznie skutecznie związał scenarzystom ręce. Niemniej, dosadności znanej z GoT tutaj nie brakuje. Mamy palenie ludzi na stosach, szatkowanie, odcinanie rąk i głów, jest krwawo i ponuro… Ale ciągle jest to poczucie, że „czegoś tu brakuje”, związane zapewne z tym scenariuszowym rozkrokiem między klimatami. Bo znowuż, z jednej strony brutalne realia wojny, a z drugiej melodramatyczna opowieść o nastoletniej miłości. Strasznie się to wszystko ze sobą gryzie.

Może byłoby lepiej, gdyby ten serial po prostu zdecydował się na jedną linię fabularną? Może kontekst legend zawinił? Wydaje się, że Przeklęta chce być Grą o Tron bez bycia Grą o Tron. Efekt jest taki, że właściwie nie wiadomo do końca, czym nowa produkcja Netfliksa właściwie jest. Feministycznym traktatem o sile kobiet w świecie zdominowanym przez męskie intrygi? Też nie, bo choć są takie sygnały, to ostatecznie Nimue mimo swojej magicznej i „mieczowej” mocy przez większość czasu musi polegać na swoich męskich towarzyszach, także mało to feministyczne, zwłaszcza jak na Netflix.

Nie zrozumcie mnie źle. Serial nie jest zły. Szczerze mówiąc mi się nawet podobał i oglądałem kolejne (zwłaszcza późniejsze) odcinki z zaciekawieniem. Z punktu widzenia ewidentnych ambicji tej produkcji trudno jednak jak dotąd mówić o czymś innym niż falstart. Z drugiej strony, to dopiero pierwszy sezon. Nawet przywoływana tutaj już wielokrotnie Gra o Tron po pierwszym, a nawet drugim sezonie nie zdobyła tak wielkiej popularności jak potem, więc – jak to mówią za Uralem – “pażyjom, uwidzim”.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Paweł Kopiński/Netflix

Patos, mrok, tajemnica. Recenzja serialu „W głębi lasu”

Po „1983” polscy twórcy nie mieli zbyt wysoko postawionej poprzeczki. Żeby zadowolić rodzimą publiczność wystarczyło wypuścić coś, co będzie przynajmniej udane. Nie wybitne, nie oszałamiające, nie podbijające międzynarodową widownię. Udane. W głębi lasu dało nam […]