Przyszła na casting, żeby wesprzeć siostrę w ciąży. Zagrała w jednym filmie i prawie wygrała Oscara

Wielcy artyści dziesiątej muzy latami, często bezskutecznie, starają się o najwyższe w świecie kina wyróżnienie – statuetkę Oscara. Wyobrażam sobie, jak dzień po dniu pucują półkę, na której stanąć ma ich święty Graal, marząc cicho o tym, że na jednym się nie skończy. Wśród niektórych aktorów z wieloletnim stażem nominacje do Oscara pod koniec 2018 roku mogły spowodować migrenę. Yalitza Aparicio zagrała swoją pierwszą – i dotąd jedyną – rolę w życiu i nieomal zdobyła Oscara.

Rola, o której mowa, to Cleo z Romy. Film Alfonso Cuaróna otrzymał na gali Oscarów w 2019 roku aż trzy statuetki, a nominowany był w łącznie 10 kategoriach. W Polsce patrzyliśmy na ten meksykański obraz przede wszystkim przez pryzmat zagrożenia wobec rodzimego pretendenta do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, tj. Zimną Wojnę Pawła Pawlikowskiego. Ogólnoświatową sensacją był jednak fakt, że do nagrody dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej była nominowana wówczas Yalitza Aparicio, która w Romie zagrała pokojówkę Cleo – choć i to nie do końca uznałbym za trafne określenie, bo w rzeczywistości Cleo jest zarazem sprzątaczką, opiekunką do dzieci oraz przyjaciółką domu, mieszkającą razem z rodziną, dla której pracuje.

Yalitza Aparicio podbiła serce Cuaróna, gdy tylko weszła na przesłuchanie. Kobieta powiedziała reżyserowi, że dopiero co skończyła szkołę (bynajmniej nie aktorską) i chciałaby zostać nauczycielką. Gdy ten zaproponował jej rolę Cleo, a więc postaci z pierwszego planu, Aparicio odparła: nie mam niczego lepszego do roboty, więc zgoda. Reżyser Romy wspominał ten moment w 2019 roku, gdy nazwisko Aparicio znalazło się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata według Time: Roześmiałem się. Ale wiecie co? Ona miała to na myśli. To jest piękna rzecz. Ona naprawdę miała to na myśli – pisał Alfonso Cuarón.


Od samego początku ta szczerość była największą zaletą Yalitzy. Ma niezwykle mocno ugruntowane przekonania i nie daje się łatwo zwieść blaskiem i przepychem Hollywoodu. Skupia się na tym, by być motorem zmian i wzmocnieniem dla kobiet ze swojego kraju [Meksyku], dzierżąc symboliczną wartość tego, co zrobiła i nosząc tę odpowiedzialnosć z godnością i wdziękiem – alfonso Cuarón dla Time.


Powtórzmy więc: Yalitza Aparicio weszła na swoje pierwsze w życiu przesłuchanie, zagrała w swoim pierwszym w życiu filmie (dostając od razu rolę pierwszoplanową!) i finalnie za swoją grę została nominowana do Oscara. O statuetkę walczyła m.in. z Lady Gagą i z Olivią Colman (laureatką za rolę w filmie Faworyta J. Lantimosa). Aparicio pojawiła się m.in. w show Jimmy Kimmel Live, w którym stwierdziła, że jedyne aktorstwo, z jakim miała do czynienia, to kłamstewka wobec matki i nauczycieli. Przyznała, że sama nie chciała iść na przesłuchanie, ale skłoniła ją do tego siostra. To ta ostatnia tak naprawdę starała się o rolę w filmie Cuaróna, ale z powodu ciąży poprosiła Yalitzę, by ta poszła przed nią.

Co stoi za spektakularnym sukcesem niedoszłej nauczycielki nieznającej języka angielskiego? Jej największym atutem jest autentyczność, o której pisałem wyżej. 26-letnia Yalitza Aparicio pochodzi z meksykańskiego miasta Tlaxiaco. To miejscowość położona w stanie Oaxaca, ponad 400 kilometrów od stolicy państwa, Mexico City. W tym ostatnim znajdziemy tytułowe osiedle Roma, podzielone dzisiaj na dwie części – Roma Północna i Roma Południowa. Akcja filmu Cuaróna rozgrywa się właśnie w tym miejscu w latach 70. ubiegłego wieku. Otoczenie oraz życiorysy postaci z Romy w znaczącym stopniu przypominają odbicie otoczenia i życiorysów twórców, w tym naszej debiutantki. Dom, w którym mieszka Cleo, jej przyjaciółka i kucharka rodziny Adela oraz reszta postaci, to odtworzenie rodzinnego domu reżysera. Służące w filmie pochodzą z tej samej miejscowości w stanie Oaxaca, z którego pochodzi również Aparicio oraz grająca Adelę Nancy García – podobnie jak w filmie, obie z tej samej miejscowości, czyli Tlaxiaco. Tutaj jednak należy zwrócić uwagę na jeden szczegół – Cleo oraz Adela rozmawiają między sobą nie tylko po hiszpańsku, ale również w języku mixtec, używanego przez część ludności zamieszkującą południowe krańce Meksyku. Mixtecu Yalitza Aparicio musiała się jednak na potrzeby Romy nauczyć – i zrobiła to doskonale.

W Romie trudno doszukiwać się przypadków. Zacznijmy od doboru kolorystyki. Film zrealizowany został w odcieniach szarości, co – jak mówił Cuarón w wywiadzie dla Variety – ma przedstawiać pewnego rodzaju spojrzenie w przeszłość, sięgnięcie do pamięci, retrospekcję. Historia opowiedziana w filmie to opowieść o jego dzieciństwie, a w szczególności o relacji ze służącą z jego rodzinnego domu. Kluczowy moment jego życia to ten, w którym zaczął zauważać, że opiekunka jest kobietą z własnym życiorysem, ze swoim potrzebami – że to po prostu osoba, a nie narzędzie do usługiwania. Choć nam wydaje się to oczywiste, to dla kilkulatka, który od 9. miesiąca życia miał w domu służącą, było to niemałe odkrycie. Rodríguez – pokojówka Cuaróna – w rozmowie z dziennikarzem po premierze Romy przyznała, że reżyser zadawał jej w ostatnich latach mnóstwo dziwnych pytań (na przykład jak ubierała się, gdy był dzieckiem), by jak najwierniej (choć tego wtedy nie wiedziała) oddać jej postać w filmie. Również w postaciach dziecięcych oscarowego obrazu można dostrzec Cuaróna, bo – jak stwierdziła Rodríguez – małemu Alfonso daleko było do aniołka i często sprawiał kłopoty.

Yalitza Aparicio na okładce Voque Mexico

Dla Yalitzy Aparicio rola wzorowana na tak bliskiej Cuarónowi osobie przysporzyła dodatkowego stresu. Świadom tego reżyser postanowił zaangażować do produkcji jeszcze jedną służącą, prywatnie przyjaciółkę Aparicio, wspomnianą już Nancy Garcíę w roli Adeli. Postać grana przez Yalitzę ma jednak wymiar podwójnie osobisty. Oprócz tego, że jest obrazem Rodríguez, który stworzył Cuarón, to jest też obrazem matki Yalitzy. Aktorka, dla której kwestia równości rasowej oraz płciowej jest szalenie ważna, chciała swoją rolą zaprotestować przeciwko swoistemu systemowi poddaństwa, który wytworzył się w niektórych bardziej konserwatywnych, zamożnych rodzinach.

Od początku traktowałam to jako sprawę osobistą, bo moja matka była pracownicą domową i wydaje mi się, że to ważne, by ona także znała swoje prawa. Zdałam sobie jednak sprawę, że nie była ona jedyną kobietą nieświadomą tego, na co zasługuje z mocy prawa. Myślę, że mamy szansę powiedzieć to głośno i zwiększyć świadomość – mówiła Yalitza Aparicio dla telewizji PBS.

Można więc śmiało stwierdzić, że pomimo iż Aparicio przed przystąpieniem do castingu nie miała żadnego doświadczenia aktorskiego, to swoją rolę potraktowała z całą powagą i na bazie tego występu chce reprezentować swoją rodzimą społeczność na polu międzynarodowym. Chodzi też o to, by pokazać meksykańskim kobietom, że mogą osiągnąć to, o czym tylko sobie zamarzą. Że nie muszą tkwić w rolach społecznych nałożonych na nie przez pokolenia. Yalitza wspomina, że niejednokrotnie pytano ją o to, dlaczego się uczy, skoro jest kobietą i nie ma „odpowiedniego” koloru skóry. Wmawiano jej, że musi zajść w ciążę i stać się kurą domową. Istotny jest tu kontekst rdzennej ludności Meksyku – zaledwie około 20% mieszkańców sąsiadującego z USA państwa określa się w ten sposób (wg raportu ONZ z 2018 roku). Dlatego Aparicio stała się symbolem tej 1/5 społeczeństwa Meksyku, dla której nominacja początkującej aktorki przez Akademię, a także jej nazwisko w setce najbardziej wpływowych osób na świecie oraz fakt, że trafiła na okładkę meksykańskiej edycji Vogue stały się inspiracją do wyrażenia własnego „ja”.

Jak można słusznie podejrzewać, nie każdemu taka walka o równość się podoba. Po nominacji do Oscarów Aparicio na włosku wisiało to, czy Meksykańska Akademia Nauk Artystycznych i Kinematograficznych w ogóle weźmie artystkę pod uwagę w przyznawaniu swoich wyróżnień dla aktorów. Ten cios mógł zaboleć, bo organizacja przyznaje najbardziej prestiżowe w jej rodzimym kraju nagrody – Ariel Awards. Powód wątpliwości? Aparicio, według niektórych, nie jest „prawdziwą” aktorką. W końcu jednak meksykańska akademia odrzuciła pomysły, by Aparicio w jakikolwiek sposób wykluczyć i odcięła się od takiego dyskryminującego zachowania. Dużo bardziej skandaliczne okazały się słowa meksykańskiego „prawdziwego” aktora Sergia Goyriego, który nazwał Yalitzę pie****oną Indianką. Później przepraszał za ten wybuch złości, o którym nawet nie wiedział, że jest nagrywany. Dumny Meksykanin nie może być rasistą – tłumaczył się później prasie.

Czym teraz zajmuje się Aparicio? Najprościej określić ją mianem aktywistki, choć sama przyznaje, że pracuje nad kilkoma innymi projektami jako aktorka. Nie zdradza jednak tytułów czy nazwisk. W ostatnim czasie pisała felietony do New York Timesa:

Dla dziecka dorastającego w Oaxace brak reprezentacji w przemyśle filmowym niósł z sobą negatywny przekaz. Dzisiaj odwracam to do góry nogami. Jeśli nie widzimy ludzi takich jak my w mediach, nie powinniśmy się zniechęcać. Zamiast tego powinniśmy się postawić i zażądać reprezentacji oraz nie pozwalać innym na krytykę naszej kultury czy zakazywać naszego uczestnictwa – pisała Yalitza Aparicio w swoim tekście w New York Times.

Zapewne trudno nam w Polsce zrozumieć fenomen Yalitzy Aparicio, natomiast pokusiłbym się o stwierdzenie, że to kobieta o niebywałej odwadze do przełamywania stereotypów toczących meksykańskie społeczeństwo. Kino to w końcu nie tylko doznania stricte estetyczne, ale często także – a nawet przede wszystkim – manifestacja istotnych dla danej społeczności spraw. Dzięki dziesiątej muzie widzimy świat oczyma innych osób, to jasne i oczywiste. Za sprawą swojego niebywałego sukcesu, o rasizmie i problemach rodzimej ludności Meksyku powiedziała całemu światu. Kilka dni temu opublikowała na YouTube filmik, który ma zacząć jej karierę na platformie. Zamierza opowiedzieć internautom, co robi, co myśli i czego broni. Kim jest.

Przeczytaj też: