Twerkujące 11-latki w wyuzdanych pozach. Netfliksowi zabrakło wrażliwości

Po opublikowaniu w sieci zapowiedzi filmu Cuties (oryginalny tytuł to Mignonnes, polski – Gwiazdeczki), który trafi wkrótce na Netfliksa, oburzenie widzów sięgnęło zenitu. Rzadko zdarza się, by jakakolwiek premiera filmowa już w momencie wypuszczenia zajawki tak bardzo oburzyła wszystkich od lewa do prawa. Świadczą o tym liczby: oficjalny trailer Cuties ma na YouTubie w momencie pisania tego tekstu ponad 3,5 mln odsłon, 20 tysięcy polubień i aż 650 tysięcy „łapek w dół”.

Film, który do francuskich kin trafił 19 sierpnia, a na Netfliksie pojawi się 9 września, opowiada historię 11-letniej imigrantki z Senegalu – Amy. Dziewczynka mieszka w jednej z najuboższych dzielnic Paryża. Wiedziona fascynacją do pasji swojej sąsiadki – Angeliki – postanawia zacząć trenować twerking, czyli opływający seksapilem „taniec pośladków” kojarzony przecież z dojrzałymi kobietami, a nie z młodziutkimi dziewczynkami. Wkrótce Amy dołącza do twerkującej grupy swojej sąsiadki, tytułowych Cuties i zaczyna odkrywać własne ciało, doprowadzając nieomal do szału konserwatywnych muzułmańskich rodziców.

Pisałem we wstępie o premierze, ale oczywiście wcześniej film można było już obejrzeć na zamkniętych pokazach. Po raz pierwszy dzieło francuskiej reżyserki Maïmouny Doucouré zostało wyświetlone w styczniu tego roku na Sundance Film Festival. To jeden z największych festiwali kina niezależnego na świecie (odbywa się w USA). Krytycy uznali Cuties za jeden z lepszych filmów pokazanych w trakcie wydarzenia i Doucouré wróciła do Francji ze swoją pierwszą nagrodą – dla najlepszego reżysera. Krytycy, którzy mieli okazję obejrzeć już historię o 11-letniej tancerce, również wystawili przychylne opinie. W serwisie Rotten Tomatoes po 17 ocenach recenzentów ocena Cuties wynosi aż 82%, z kolei w serwisie Metacritic ocena filmu wynosi w tym momencie 60/100 punktów. Autorzy opinii chwalą Doucouré za to, że udało się jej stworzyć opowieść poruszającą i uniwersalną (indieWire), dobrze ilustrującą dzisiejsze trudy dorastania (The Wrap). Hollywood Reporter w osobie Davida Rooneya nie szczędzi słów krytyki, ale nadal twierdzi, że jest mnóstwo powodów, by oglądać.

Nic nie zwiastowało więc katastrofy, która nadeszła 18 sierpnia. Wtedy Netflix pochwalił się tym, że Cuties dołączy do oferty VOD. Problemy są dwa – i to kluczowe. Pierwszym okazał się trailer. Drugim – plakat.

Kluczowy w odbiorze historii o Amy jest kontekst, którego w powyższych materiałach promocyjnych zwyczajnie zabrakło. Trailer filmu, którego opowieść dotyczy tak delikatnych tematów jak Cuties, zwyczajnie nie powinien powstać na maszynie taśmowej „amerykańskiej szkoły zajawki”. Zapowiedź to (z grubsza) zmiksowane ujęcia tańczących dziewczynek i wyrwanych z kontekstu fragmentów dialogów, które mają przedstawić pewien obraz bohaterek i ich problemów. Towarzyszy temu dość standardowa dla współczesnych wysokobudżetowych filmów (takim Cuties nie jest) ścieżka dźwiękowa. Tu się wstawi beat, żeby pasowało do cięć, potem coś psuje się w fabule, więc damy utwór bardziej przejmujący, potem apogeum napięcia – i odprężenie, klubowa muzyka, fajerwerki, wszyscy się cieszą. To trochę tak, jakby w trailerze serii o Harrym Potterze wyciąć głównie fragmenty z Dursleyami i całość przedstawić w dwuminutowej zajawce jako rodzinną sagę o chłopcu, który tęskni za rodzicami i próbuje odnaleźć się w nowej szkole. A w tle przygrywałby „The Plan” z filmu Tenet Christophera Nolana.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się więc wydawać, że Cuties jest czymś na kształt kina familijnego – po samym tylko zapoznaniu się z plakatem i trailerem, rzecz jasna. Nic bardziej mylnego. Netflix określił kategorię wiekową Gwiazdeczek jako TV-MA (mature only), czyli wyłącznie dla widzów dorosłych. To przelało czarę goryczy. W mediach społecznościowych „wielki N” dostał niemałe cięgi za promowanie „seksualizacji dzieci”, padały wręcz słowa o „dziecięcym porno” czy o filmie dla pedofili. Z początku, przyznaję, sam zdziwiłem się publikacją takiego trailera oraz plakatu, co więcej oceniłem je dość jednoznacznie negatywnie. Wystarczyło jednak przeszukać Internet w poszukiwaniu większej dawki informacji na temat Cuties i wiem już, że Gwiazdeczki obejrzę z zaciekawieniem, bo najprawdopodobniej to dość ambitne kino, w dodatku oparte na własnych przeżyciach autorki. Dla 35-letniej Maïmouny Doucouré film jest debiutem reżyserskim. Kobieta urodziła się w Paryżu, jej rodzice to senegalscy imigranci. W Mignonnes artystka chciała zawrzeć m.in. swoją historię dorastania w imigranckiej rodzinie w stolicy Francji.

Zalew negatywnych komentarzy pod adresem Netfliksa po kontrowersyjnej zapowiedzi Gwiazdeczek jest przede wszystkim sygnałem, że zawiódł marketing. Osoby, które o filmie nie mają bladego pojęcia, krytykują go z taką mocą i za pomocą tak ciężkich oskarżeń jak te o kinie rzekomo pedofilskim, że powinno to dać dystrybutorowi sporo do myślenia. Wystarczy spojrzeć na oryginalny plakat Mignonnes, by zauważyć, jak mocno różni się on od tego zaproponowanego przez Netfliksa:

Bohaterki te same, pstrokatość miejscami podobna, a jednak kontekst i przekaz kompletnie inne. Można podejrzewać, że Netflix swoją wersją plakatu próbował zszokować. Jeśli tak, to to się udało – ale czy na pewno o taki efekt chodziło? Rozumiem, że mariaż sztuki z biznesem niesie z sobą wielkie wyzwania, ale czy właśnie nie powinniśmy od firmy tak znaczącej jak Netflix wymagać szczególnej społecznej odpowiedzialności za swoje działania? Zrozumiałe jest, że autorzy plakatów i zwiastunów kierują się wypracowanymi przez lata i sprawdzonymi schematami, że korzystają z dorobku swoich poprzedników, ale nie można przecież robić tego bezmyślnie. To jednak dopiero pierwsza kwestia.

Druga dotyczy internetowych hejterów, którzy na Cuties rzucili się we wściekłym ataku bez znajomości faktów lub nawet (o zgrozo!) już po ich poznaniu. Ignorancja jest jedną z tych rzeczy, które szczególnie mnie bolą w dobie błyskawicznego dostępu do informacji. Weźmy na przykład fragment wywiadu Maïmouny Doucouré dla Cineuropa:

[Jako dziecko] Często zadawałam sobie pytania dotyczące mojej własnej kobiecości, dorastania pomiędzy dwoma kulturami – pomiędzy moimi senegalskimi korzeniami, które mam po rodzicach, a zachodnią kulturą – mówiła Doucouré.

W tym samym wywiadzie czytamy też, że reżyserka rozmawiała w Paryżu z wieloma dziewczynkami i ich rodzicami, by jak najwierniej oddać realia dorastania w dzisiejszym świecie (a nie w latach 90. – bo takie doświadczenia ma przecież Doucouré). Co tu dużo mówić, najlepiej określił to już Michał Piechowski w swoim tekście na Filmawce: historia przedstawiona w filmie ma swoje źródła w autobiograficznych doświadczeniach reżyserki dorastającej w biednej dzielnicy Paryża i poparta została możliwe jak najbardziej wnikliwą analizą zarówno motywów stojących za zafascynowanymi tańcem 11-letnimi bohaterkami, jak i poziomu ich świadomości w związku z seksualnością tej formy ekspresji. A to wszystko w akompaniamencie rozważań na temat granicy pomiędzy religijnym trzymaniem się tradycji i ucieczką we współczesność oraz technologie, prowadzonych przez twórczynię doskonale w tym temacie obeznaną.

Finalnie trzeba powiedzieć, że do premiery zostały jeszcze dwa tygodnie i do obejrzenia tego filmu, moim zdaniem, warto się wcześniej nieco przygotować i poczytać o kontekście tej produkcji. To jednak głównie dlatego, by znaleźć przeciwwagę dla pełnych sfrustrowania komentarzy opublikowanych wcześniej w sieci na temat Cuties, posądzających Netfliksa o wspieranie dziecięcej pornografii, które – delikatnie mówiąc – mijają się z prawdą. Nie pozwólmy, by kino niezależne stało się ofiarą nietrafionej promocji i wściekłości, którą poczuć można po pierwszym obejrzeniu zwiastuna lub plakatu. Dyskutujmy o kinie tak, jak na to zasługuje, a nie tak, jak narzucają nam media społecznościowe i korporacyjna machina marketingu.