Wojna (fanów) superbohaterów

“Przeklinam cię na trzy pokolenia wstecz!” – krzyknął Tomek, który od dziecka wielbi Iron Mana, po tym, jak jego (do niedawna) przyjaciel Wojtek stwierdził, że alkoholizm Tony’ego Starka to miałki scenariusz w porównaniu z morderstwem rodziców Bruce’a Wayne’a. Śmieszne? Może trochę. Wątpliwe? A skąd. Starcia fandomów na forach internetowych czy konwentach znają bardziej spektakularne dramy, a już zwłaszcza starcie fanów komiksowych/kinowych uniwersów Marvela i DC. Dość powiedzieć, że konflikt komiksowy trwa już parę ładnych dekad. Kto ma rację? Moim zdaniem nikt.

Pamiętam takie spory z własnego podwórka. Często z kolegami kłóciliśmy się o wyższość (w każdym znaczeniu) jednego superbohatera nad innymi. Ja, co podkreślę na starcie, zawsze byłem zatwardziałym fanem komiksów i kreskówek Marvela (nadal jestem, z tym, że doszły do tego filmy). Spośród tego bogatego świata moim ulubieńcem był zawsze Spider-Man. Niemniej, dość szybko zwróciłem uwagę na bezsens takich wojenek podwórkowo-szkolnych fandomów. Uwielbiałem Petera Parkera, ale lubiłem też Batmana, co zrodziło w mojej głowie przełomowe dla pacholęcej wersji mnie pytanie. Cytując nieśmiertelnego Rodneya Kinga: “czy nie możemy się wszyscy po prostu dogadać?” Co z tego, że ktoś preferuje mroczniejszy klimat opowieści o nietoperzym mścicielu nad kolorowy patos najbardziej amerykańskiego Kapitana z kapitanów? O gustach się podobno nie dyskutuje, c’nie? O, słodka naiwności…

W miarę dorastania przekonałem się, że o gustach się dyskutuje, i to z czasem chyba nawet coraz bardziej. Bynajmniej takie dyskusje nie kończą się na placu zabaw. Przeniosły się z nich do Internetu, na panele konwentowe, do knajp czy nawet stref socjalnych w korporacjach. Jest to o tyle zabawne, że przecież tak w gruncie rzeczy tych światów nie da się porównać. Obecnie dzięki kinowym uniwersom, serialom, książkom oraz grom są tak dalece rozbudowane, że właściwie jedyne co je łączy to motyw superbohaterów. A jednak wojna trwa w najlepsze i nie zwalnia. Jeśli cokolwiek, to się wręcz nasila. Z czego się to wszystko bierze?

Wszystko zaczyna się w piaskownicy

Te małe piaskowe areny z punktu widzenia kilkulatka stanowią pole chwały nie mniej istotne niż Koloseum było dla gladiatorów. Na placu zabaw młody człowiek uczy się pierwszych interakcji socjalnych z dala od oczu rodziców i tam zaczynają się pierwsze dyskusje, pierwsze konflikty. Wypowiedzenie własnego zdania na temat – jakże w tym czasie istotny – ulubionych superbohaterów rośnie do rangi debaty oksfordzkiej. Żeby było jasne: wcale się z tego nie naśmiewam, bo nadal pamiętam, jak to było. Oczywiście merytoryczna argumentacja schodziła na dalszy plan i często wszystko sprowadzało się do słów ostatecznych: “bo tak!” To tu rodzi się w wielu dzieciakach upór, by bronić swojego zdania i ulubieńców. Część z tego uporu „wyrasta”, ale dla niektórych wręcz przeciwnie: rozwija się z wiekiem i prowadzi do pełnoprawnego członkostwa w takim czy innym fandomie. Dyskusje nabierają argumentów, zaczynają się porównania komiksów. Dlaczego seria Marvela o Rękawicy Nieskończoności (mówimy o zeszytach wydawanych od lipca do grudnia 1991 roku) to najdoskonalszy cross-over w dziejach? Czy uda się komuś sportretować rys psychologiczny antybohatera lepiej niż Alan Moore, scenarzysta Zabójczego Żartu (marzec 1988), stanowiącego niejako origin story Jokera (to ten zeszyt był jedną z głównych inspiracji scenariusza i postaci Jokera z filmowego Mrocznego Rycerza w reżyserii Christophera Nolana).

Tymczasem twórcy komiksowi zdaje się zapomnieli o tym konflikcie już dawno temu. Pierwszy komiksowy cross-over Marvela i DC został wydany w kwietniu 1996 roku pod tytułem DC versus Marvel Comics (zeszyty #2–3 zatytułowane z kolei Marvel Comics versus DC). Fabuła kręciła się wokół konfliktu dwójki braci o niemal boskiej potędze, którzy stanowili personifikację uniwersów Marvela i DC. W momencie, w którym bracia stają się siebie świadomi, wyzywają się na serię pojedynków, w które angażują bohaterów obu światów. Ten świat, który przegra – przestanie istnieć. Seria była nie tylko przełomowa pod względem połączenia dwóch rzeczywistości, które do tej pory wydawały się niemożliwe do połączenia, ale także pod względem zaangażowania czytelników w rozwój historii. Od czytelników bowiem zależało, jak niektóre starcia braci się skończą, dzięki systemowi głosowania. Pomiędzy tymi starciami były różne pomniejsze walki, ale w sumie superbohaterzy obu światów walczyli ze sobą 11 razy. Między innymi Flash kontra Quicksilver, Superman kontra Hulk, Kapitan Ameryka kontra Batman czy w końcu starcie największych złodupców obu światów: Wolverine kontra Lobo (chyba moje ulubione).

Ostatecznie walki braci nie wyłaniają wyraźnego zwycięzcy. Dwie przepotężne istoty z obu światów (Spectre z DC i The Living Tribunal z Marvela) próbują doprowadzić do kompromisu, poprzez połączenie dwóch uniwersów w jedno. Tak powstaje “świat amalgamatu”, w którym żyją superbohaterzy zmieszani z cech postaci istniejących w DC i w Marvelu (np. Dark Claw – mieszanka Batmana i Wolverine’a). Dzięki współpracy oryginalnego Batmana i Kapitana Ameryki udaje się rozdzielić światy i przywrócić je do normalności. Boscy bracia wtedy stają do walki ze sobą bezpośrednio, ale Batman i Kapitan Ameryka ich powstrzymują, tłumacząc im, że ich konflikt nie ma sensu. Tak jak nietoperz i “Cap” – obaj są unikatowi we własnych wszechświatach. Argumentacja przemawia do braci, który przestają ze sobą walczyć, składają sobie wzajemnie gratulacje i idą we własne strony mówiąc sobie jednocześnie na odchodne “dobra robota”. Tyle historii komiksowej, szkoda, że świat realny – mimo, że teoretycznie mniej skomplikowany – nie potrafi często dojść do równie prostych wniosków.

The fire rises”

W omawianych wyżej latach istniały już, oczywiście, pierwsze kinowe adaptacje komiksowego świata. Trudno jednak mówić o masowym zachwycie tymi mniej lub bardziej skromnymi próbami zapoznania szerszej publiczności z tematyką uznawaną jedynie przez wąskie grono pasjonatów. Były oczywiście przykładowo cztery odsłony Supermana – odpowiednio w latach: 1978 (reż. Richard Donner), 1980 i 1983 (reż. Richard Lester) oraz 1987 (reż. Sidney J. Furie) – z legendarnym Christopherem Reevem w roli tytułowej oraz Genem Hackmanem jako arcywrogiem człowieka ze stali Lexem Luthorem (plus z fenomenalną muzyką Johna Williamsa). Był serial o Batmanie emitowany w latach 1966 – 1968 (klasyk z Adamem Westem w roli głównej) czy o Wonder Woman w latach 1975 – 1979 (niezapomniana ikona ruchu równych praw dla kobiet Lynda Carter). W tym czasie absolutny prym pod względem zarówno popularności jak i jakości wykonania wiodły produkcje ze stajni DC. Marvel teoretycznie też gdzieś tam istniał w kinematografii, ale o pomalowanym na zielono kulturyście Lou Ferrigno jako Niesamowitym Hulku trudno mówić inaczej niż w żartach, co dopiero o jakimkolwiek sukcesie. Kreskówki z superbohaterami świętej pamięci Stana Lee radziły sobie dużo lepiej – czołówki z X-Men (1992 – 1997) czy Spider-Mana (1994 – 1998) pamiętam do dziś, ale w kinie Marvel nie istniał bardzo długo. Zmieniło się to tak naprawdę dopiero wraz z narodzinami MCU (Marvel Cinematic Universe), ale w tamtym czasie nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się przyszłego kosmicznego sukcesu tych filmów.

Wróćmy jednak jeszcze kilkanaście lat wstecz. Filmem, który moim zdaniem wyważył drzwi na salony dla kinowych superbohaterów był Batman Tima Burtona (1989). Główna zasługa w tym reżysera, który prywatnie jest wielkim fanem człowieka-nietoperza i sprawnie przeniósł komiksowy, gotycko-modernistyczny klimat noir na srebrny ekran. Brawa należą się też kreacjom aktorskim. Mimo tematyki w tamtych czasach nadal kojarzącej się raczej z piaskownicą, Michael Keaton jako Batman oraz Jack Nicholson jako Joker stworzyli portrety postaci komiksowych, które robią wrażenie nawet dziś. Zwłaszcza Joker Nicholsona przeszedł do historii kinematografii jako postać ikoniczna (i jednocześnie otwiera panteon kreacji aktorskich tej postaci, w którym obecnie są nieżyjący już Heath Ledger i Joaquin Phoenix – obie role nagrodzone Oscarem). Kolejne części tej serii nie osiągnęły już tak wielkiego sukcesu jak pierwsza. Batman i Robin w reżyserii Joela Schumachera z 1997 roku z George’m Clooney’em w roli tytułowej wydawał się być gwoździem do trumny Batmana i kina superbohaterskiego w ogóle. Nowy rozdział dla kinowego Bruce’a Wayne’a zaczął się dopiero w 2005 roku za sprawą mojego ulubionego reżysera Christophera Nolana. Batman Begins okazał się zaskakującym sukcesem kasowym i artystycznym, zbierając bardzo dobre opinie za zwrot ku realizmowi i głębi postaci w historii, która ma niewiele wspólnego z realizmem czy głębią (z punktu widzenia szarego odbiorcy, fani nietoperza – proszę mnie nie linczować). Jednak dopiero The Dark Knight z 2008 roku ostatecznie rozbił kasowy i krytyczny bank. Przekornie wcale nie zrobił tego sam Batman, lecz książę zbrodni – Joker. Rola, którą Heath Ledger przypłacił życiem, okazała się przełomowa pod każdym względem. O ile w 1989 roku to Batman Keatona wszedł z buciorami do poważnego kina, w 2008 zrobił to Joker Ledgera. Tak czy owak, szlaki ku temu, aby w tym samym roku rozpoczął się superbohaterski fenomen za sprawą kinowego uniwersum Marvela (Robert Downey Junior i jego kultowy dziś Tony Stark w filmie Iron Man)… przecierał superbohater DC. Ironia losu.

Jeżeli czegoś nie można, ale się bardzo chce, to można

Nic nie zapowiadało sukcesu, jakim okazało się MCU. Niewinny z początku pomysł, by rozpocząć nowe uniwersum superbohaterów w świecie kina wybuchł z mocą uderzeń pięści Hulka w nieprzyjemną facjatę jego wroga – Abomination w filmie The Incredible Hulk z 2008 roku. Kolejne filmy opowiadające historie kolejnych superherosów – Thora (kwiecień 2011 reż. Kenneth Branagh) i Kapitana Ameryki (lipiec 2011 reż. Joe Johnston) zaczęły się składać w jedną całość i tak powstała pierwsza część Avengers (kwiecień 2012 reż. Joss Whedon). Oczywiście można debatować nad walorami artystycznymi (tudzież ich brakiem, jeśli iść linią argumentacji np. Martina Scorsese), ale o sukcesie kasowym dyskutować się nie da. Film w czasie jego projekcji w kinach zarobił w sumie ponad 1,5 miliarda dolarów na całym świecie. Dało mu to pierwszą pozycję najbardziej kasowych filmów 2012 roku i trzecią pozycję najbardziej kasowych filmów w historii kina (wyprzedzały go Titanic i Avatar). Od tamtej pory wiele się zmieniło, wyszły inne filmy, które pobiły ten wyczyn. Obecnie pierwsi Avengers są na ósmym miejscu, ale na pierwszym z globalnym wynikiem box office prawie 3 miliardów dolarów (!) jest… Avengers: Endgame, ostatnia odsłona serii. Finalnie trwała 11 lat i składa się z 23 filmów. Wciąż powstają kolejne, ale nie są już zaliczane do głównej serii, która opowiedziała zamkniętą historię Thanosa i kamieni nieskończoności. Krótko mówiąc: MCU okazało się projektem kinowym o bezprecedensowej skali i bezprecedensowym sukcesie. Nie ma się co dziwić, że “druga strona” czując świt kinowych superbohaterów chciała ukroić kawał tortu.

Wieńczący trylogię Christophera Nolana o Batmanie The Dark Knight Rises (2012) nie zebrał już takich laurów jak The Dark Knight, ale został ciepło przyjęty przez widownię, nawet jeśli nie przez krytyków. Początkowo nikt w zarządzie DC nie planował tworzyć własnego uniwersum, ale globalny sukces Marvela otworzył oczy prezesurze na wizję spania na forsie, więc machina ruszyła. Był jednak problem: mamy rok 2012, Marvel ma już za sobą 6 filmów, a DC tylko 3, z czego wszystkie są o Batmanie. Co gorsza: ich twórca nie chciał rozwijać historii w kierunku łączenia jej z innymi. Rozwiązanie okazało się tyleż proste, co (jak się potem okazało) katastrofalne – “po prostu przyśpieszymy całą sprawę”.

W 2013 roku wyszło origin story Supermana, czyli Man of Steel w reżyserii Zacka Snydera – film, który otworzył tak zwane DCEU (DC Extended Universe). Moim skromnym zdaniem, jak dotąd ten pierwszy akord kinowego uniwersum DC był najlepszym i żaden następny nie osiągnął już jego poziomu jakości. Nad przyczynami tego stanu rzeczy można dyskutować, ale dla mnie wszystko sprowadza się do pośpiechu. DC chciało natychmiast własne kinowe uniwersum. Zamiast (jak Marvel) powoli i metodycznie rozwijać indywidualne historie swoich bohaterów w ich własnych produkcjach, od razu powołali do ekranowego życia dwóch nowych superbohaterów – nowego Batmana (w tej roli Ben Affleck) i Wonder Woman (dużo lepsza Gal Gadot) – ścisnęli ich jeszcze z Supermanem w jednym filmie (Batman v Superman: Dawn of Justice, 2016 reż. Zack Snyder) i nazwali to wstępem do odpowiedzi na Avengers, czyli Justice League (2017 reż. Joss Whedon). Po drodze była jeszcze niezła Wonder Woman w reżyserii Patty Jenkins, która broniła się jako odrębna historia, ale właściwie nic nie wnosiła do Ligi Sprawiedliwości, którą bezpośrednio poprzedzała.

Miny Bena Afflecka (odtwórca Batmana) i Henry’ego Cavilla (Superman) mówią wiele o „sukcesie” Batman v Superman: Dawn of Justice

Niestety skutek tego wszystkiego okazał się… nie chcę powiedzieć, że fatalny, ale co najmniej mierny. Nie mówię tego dlatego, że jestem fanem MCU. Niestety, ale liczby mówią same za siebie. Jak podaje portal movieweb.com średnia ocen widzów wszystkich filmów MCU do roku 2018 wynosiła 72% (64.7% wśród krytyków), podczas gdy w przypadku DCEU było to 60.8% (krytycy 58.8%). Różnica w średnich zyskach box office była stosunkowo niewielka: ponad 290 milionów dolarów dla MCU przy blisko 260 milionach DCEU. Jednak różnica w średnim stosunku zysków do strat to przepaść: MCU notowało średnio ponad 460 milionów dolarów zysku, podczas gdy DCEU – nieco ponad 240 milionów. Te dysproporcje w jakiś sposób dolewają oliwy do ognia konfliktu między fanami jednych filmów a drugich, ale obiektywnie rzecz biorąc niestety w kinie DC po prostu przegrywa od samego początku. Pośpiech (i związana z nim chciwość) nigdy nie są dobrymi doradcami biznesowymi, ale wydaje się, że filmowemu uniwersum DC brakuje wizji co do tego, jakie powinno być.

Początkowo wydawało się, że w przeciwieństwie do świata Marvela filmy DC będą bardziej ponure, dosadne, zmierzające ku swoistej psychoanalizie superbohatera. Sprawdziło się to dla Nolana, sprawdziło się to dla Snydera, ale w momencie, kiedy zarząd DC kazał nadepnąć pedał gazu, cały plan posypał się jak domek z kart. Jakby tego było mało, Justice League w wizji Zacka Snydera dostało czerwoną kartkę od producentów, którzy zapatrzyli się w lekki, humorystyczny klimat MCU i chcieli tego samego u siebie. Snyder został zwolniony ze stanowiska reżysera i jego miejsce zajął Joss Whedon, który reżyserował… Avengers. Absurd? Wielu ludzi tak wtedy uważało i ostateczny efekt na ekranie potwierdził te obawy. Film miota się w wymowie bardziej niż politycy na konferencjach prasowych. Wydarzenia gonią się z prędkością Flasha. Jednym słowem: słabo. Niedługo na platformie HBO GO ukaże się wersja Zacka Snydera w czterech odcinkach. Fani wierzą, że ta nowa-stara Liga Sprawiedliwości zwróci filmowi honor (jak dotąd ukazały się jedynie klimatyczne zwiastuny, zapowiadające solidną produkcję).

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci obstawia

W tym wszystkim trochę zaskakujący okazuje się brak jakiejś zauważalnej wojny między fanami Marvela i DC w świecie gier. Na praktycznie każdej platformie do grania od początku ich istnienia pojawiały się co jakiś czas produkcje z bohaterami jednego lub drugiego warsztatu (albo obu). Nie będę się już wbijał w całą historię takich tytułów, bo wyszłaby mi monografia, a nie wpis na blogu. Współcześnie w przypadku DC, podobnie jak w kinie, drzwi tak naprawdę otwiera Batman za sprawą serii Arkham (Arkham Asylum z 2009 roku, Arkham City z 2011 i Arkham Knight z 2015). Twórcy gier, studio Rocksteady, wyrobiło sobie solidną bazę fanów, dzięki skupieniu się na scenariuszu, stanowiącym przekrój przez najsłynniejszych adwersarzy człowieka-nietoperza, oraz tym, że Batman to nie tylko mistrz sztuk walki, ale także (a może przede wszystkim) geniusz detektywistyczny. Niedawno ukazała się zapowiedź kolejnej gry z uniwersum Arkham – Suicide Squad, w której nie pogramy już Batmanem (z tego, co wiemy), tylko zespołem zadaniowym złożonym z jego przeciwników, na czele z byłą dziewczyną Jokera, czyli Harley Quinn. Zwiastun znowu pokazuje pazur w dialogach, a fakt, że naszym celem będzie ubicie Supermana, dodaje całej sprawie pikanterii. Poza grami studia Rocksteady mieliśmy też serię bijatyk Injustice, przygotowanych przez weteranów gatunku – Netherrealm Studios, twórców mojej ukochanej serii Mortal Kombat. Świetny model walk i solidna fabuła przepisem na sukces.

A jak tam Marvel? Tu z kolei peleton prowadzi Spider-Man, który na przestrzeni trzech generacji konsol w różnych odsłonach trzymał solidny poziom wykonania. Ostatnia gra z człowiekiem-pająkiem, czyli Marvel’s Spider-Man wydana w 2018 roku na Playstation 4 to tytuł, który bardzo szeroko zyskał pozytywne reakcje – od akceptacji do uwielbienia. Sam grałem i potwierdzam – to najlepsza odsłona opowieści o Peterze Parkerze od wydanej na Playstation 2 w 2004 roku gry Spider-Man 2, będącej egranizacją bardzo dobrego filmu pod tym samym tytułem z tego samego roku w reżyserii Sama Raimiego. Parę dni temu (4 września) premierę zaliczyła gra Marvel’s Avengers na wszystkie konsole obecnej generacji. Jak dotąd zbiera bardzo pozytywne recenzje, które koncentrują się na dobrej i angażującej gracza fabule. Tu jednak jest pewien zgrzyt, ale na tle wojen konsolowych a nie fandomowych. Posiadacze wersji na PS4 mają bowiem w grze darmowy dodatek w postaci Spider-Mana. W wersji na Xbox One go nie ma. Bardzo słaba akcja. Niemniej, jeśli chodzi o fanów – żadnych konfliktów, żadnych sporów, wszyscy się po prostu cieszą produkcjami o ich ukochanych postaciach. Można? Można.

Moja racja jest mojsza niż twojsza

Gdyby tylko tak się dało zawsze… W tej chwili wydaje się, że główną osią wojen fanów w Internecie są jednak filmy. Widzowie nie zawsze żrą się między sobą, czasami spaja ich zewnętrzny wróg – krytyk, który uznaje w całym swoim majestacie, że filmy superbohaterskie nie mają racji bytu, czy w ogóle nie są kinem, jak to powiedział wspomniany wcześniej Martin Scorsese. Wtórowali mu inni słynni reżyserzy, tacy jak Francis Ford Coppola. Głównym argumentem przeciw tym produkcjom jest, według krytyków, brak głębi, która prowokuje do refleksji. Kategorycznie się z tym nie zgadzam, bo zdecydowana większość filmów zarówno MCU jak i DCEU wzbudzała we mnie różne refleksje i przekrój emocji . “To są emocje takie same, jak w parku rozrywki” – powiedziałby mi Martin. Odpowiedziałbym: tak, dokładnie takie. Czy to sprawia, że są gorsze? Czy moja radość, ekscytacja, łzy wzruszenia, sprawiają, że film nie jest filmem? Bo mi się wydaje, że to właśnie świadczy o mocy dzieła – wzbudzanie emocji. Najgorszym przejawem sztuki to dla mnie sztuka, która jest nijaka. Która nic sobą nie wnosi i nie wzbudza w człowieku niczego. Co do tego chyba wszyscy fani komiksów oraz filmów i gier na ich podstawie się zgadzają. Cała reszta tematów, które wywołują dysputy i spory to już niuanse, szczegóły i szczególiki. Czasami te wojenki są śmieszne, czasami przykre, czy wręcz przerażające (hejt też się zdarza), ale wszystko to tworzy niesamowitą mozaikę barw emocji ludzi, którzy mają pasję. Podzielam tę pasję i choć czasami jest mi za moich “współfanów” wstyd, to przeważnie jestem z nich jednak dumny.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też: