Sci-fi, które sprowadza na Ziemię. Recenzja serialu „Away”

Świat nauki w popularnej formule, nowe spojrzenie na kosmos, nawiązania do klasyków literatury i filmu, w końcu mrok otaczającej pustki i pełna napięcia atmosfera wyścigu z czasem i walki z własnymi słabościami. Obce ślady życia, podróże w czasie, badania tego, co wydaje się nie do zbadania. Tego wszystkiego nie ma w nowym seriale Netfliksa, Away (Rozłąka), który ledwo zahaczył o orbitę gatunku science-fiction.

Uwaga! W tekście pojawiają się spoilery. Kilka istotnych pochodzi z pierwszego odcinka, kilka mniej ważnych – z dalszych części. Nie zepsują jednak Twojego doświadczenia, jeśli zamierzasz obejrzeć recenzowany serial.

Rozłąka to nowość, którą Netflix opublikował na swojej platformie – jak zwykle – w całości 4 września tego roku. Pierwszy sezon tworzy zamkniętą całość, choć pozostawia też nieco miejsca na ewentualną kontynuację. W roli głównej nagrodzona dwoma Oscarami i dwoma Złotymi Globami Hilary Swank, znana m.in. z filmów Nie czas na łzy (1999, reż. Kimberly Peirce) i Za wszelką cenę (2004, reż. Clint Eastwood). Obok niej Josh Charles, którego znają przede wszystkim widzowie serialu Żona idealna. Nowość Netfliksa to opowieść o międzynarodowej załodze statku kosmicznego Atlas I. Zespół po długich przygotowaniach wylatuje w podróż na Marsa – ich misja ma trwać 3 lata i w tym czasie kosmonauci mają tam spróbować wyhodować pierwszy marsjański ogród. Tyle teoria. W praktyce wychodzi na to, że 10-odcinkowa opowieść o misji na Marsa z misją na Marsa nie ma wiele wspólnego.

Za Away stoją twórcy ze stosunkowo niewielkim doświadczeniem w produkcji filmowej i telewizyjnej: Jessica Goldberg i Andrew Hinderaker. Wcześniej ta dwójka współpracowała przy serialu Sekta, w którym pierwsze skrzypce grają rodzinne relacje i tajemniczy kult religijny. Tam głównym bohaterem dramatu jest mężczyzna, który nie może poradzić sobie po tragicznej śmierci brata-narkomana. Wykreślmy z tego opisu kult religijny oraz tragiczną śmierć, aby zostawić samą tylko kwestię rodzinnych relacji i radzenia sobie z demonami z przeszłości i otrzymujemy… Away. Podstawą tworu określonego jako science-fiction jest ta sama problematyka, co dramat poświęcony rodzinie. Trafniej nowego serialu nie potrafię opisać niż Kaja z kanału Jakbyniepaczeć, która Rozłąkę określiła jako „space soap operę” czy też „space operą mydlaną”. Od siebie dodałbym, że Away to połączenie Marsjanina z czymś w rodzaju Wielkich kłamstewek, z atmosferą, której bliżej do Orange is the New Black (mowa więc o serialu, który bazuje na relacjach między bohaterkami) niż choćby do filmu Grawitacja Alfonso Cuaróna.

W Away poznajemy piątkę kosmonautów, którzy wyruszają w daleką podróż na Marsa. To stosunkowo niedaleka przyszłość w ramach gatunku sci-fi, według planów NASA pierwsi ludzie mogliby naprawdę postawić stopę na Marsie już za około 15 lat. Serialowi pionierzy na Czerwonej Planecie to rosyjski inżynier i kosmonauta z wieloletnim stażem, Misha Popov, światowej klasy botanik Kwesi Weisberg-Adebayo, pochodzący z Indii sanitariusz i zastępca dowódcy statku Ram Arya, błyskotliwa chemiczka z Chin Lu Wang oraz dowódczyni Atlasa I – Emma Green.

Powiedzmy sobie jasno: Away to opowieść nie tyle o samej misji kosmicznej, co o towarzyszących jej kryzysach emocjonalnych. Serial skupia się wokół postaci Emmy Green i to przeżywana przez nią troska o rodzinę, którą zostawia na Ziemi, stanowi oś fabuły. Obok dowódczyni najważniejszymi bohaterami Away są jej mąż Matt Logan oraz córka Alexis. Matt to absolutny omnibus, jeśli chodzi o budowę statku kosmicznego – zna nieomal każdy jego zakamarek, sam bliski był lotów w wielką pustkę, ale NASA zdyskwalifikowała go przez chorobę genetyczną. Niedługo po rozpoczęciu misji Matt Logan dostaje zresztą udaru i z tego powodu Emma… prawie zawraca załogę na Ziemię.

Kluczem okazuje się to, kto patrzy w stronę Marsa, a kto – w stronę Ziemi.

Away to serial poprowadzony na dwóch płaszczyznach: mniej więcej połowa (no, może 2/3) akcji dzieje się w przestrzeni kosmicznej, pozostała część – na Ziemi. Te dwie rzeczywistości spajają komunikatory NASA, dzięki którym bohaterowie mogą się kontaktować z bazą czy z najbliższymi.

Tu dochodzimy do kolejnego – po gatunkowym rozkroku – poważnego problemu, jaki mam z serialem Away. Załoga Atlasa I jest tak naiwna i nieprzygotowana psychicznie do lotu, że momentami to zarazem przerażające, śmieszne i żenujące. Każda z osób, które zostały wybrane do tej próby dostania się na Czerwoną Planetę mierzy się z nieprzepracowaną traumą życiową. Opowiedzenie o tym aspekcie byłoby zbyt poważnym spoilerem, więc poprzestanę na porównaniu: wysłanie tej piątki na Marsa przypomina wpuszczenie chirurga po pogrzebie żony na salę operacyjną. Teoretycznie przygotowanie i ocena zdolności astronautów trwała kilka lat, a tuż po starcie wydaje się, że ci ludzie nigdy w życiu nie widzieli na oczy statku kosmicznego, w dodatku list przyjmujący do programu kosmicznego znaleźli w paczce chipsów. Bohaterowie wpadają w histerię, obrażają się na siebie jak dzieci, dzielą się na „paczki” (ten trzyma z tamtym, tamten z kimś innym). Szczytem absurdu jest moment, w którym jedna z roślin znajdujących się na statku nie umiera pomimo braku wody, a jeden z najbardziej uznanych na świecie botaników (!), ultrawierzący Żyd Kwesi, tłumaczy to boską ingerencją i określa jako cud (sic!). Jeśli tak wygląda przyszłość nauki, to może lepiej przeznaczmy pieniądze z programów kosmicznych na zamiatanie Sahary czy coś.

Żeby nie było, że tylko narzekam. Rosyjski astronauta Misha Popov (Mark Ivanir) to zdecydowanie najlepsze, co czeka Was w „Away”.

Scenarzyści najwięcej miejsca w serialu poświęcili temu, jak Emma Green spełnia się jednocześnie jako matka i jako astronautka. Kobieta próbuje znaleźć pewne wyważenie pomiędzy życiem rodzinnym, które stara się zachować pomimo odległości (stąd tytuł) a misją, którą ma do wykonania. Zamartwia się o swoją córkę Alexis, która w tym czasie stara się opiekować chorym ojcem, boi się o los matki, a także przeżywa swoją pierwszą miłość. W tym wszystkim niemało miejsca poświęcono także jej… ocenom. Tak, Emma Green, dowódczyni międzynarodowej misji kosmicznej, na którą zwrócone są oczy całego świata, rozmawia ze swoją córką przez komunikator NASA o tym, że dziewczyna dostała 3+, a zawsze dostaje 5. Mój komentarz?

Kolejnym problemem Away jest kompletnie niewiarygodna relacja, jaka łączy członków załogi. Mimo że powinni znać się nawzajem jak własną kieszeń, brudy postanawiają prać już gdzieś pomiędzy Ziemią a Księżycem. O ich dziecinnych zachowaniach wspomniałem już wyżej, do tematu fabuły dodam jeszcze jeden pstryczek w nos: jest po prostu przewidywalna do bólu. Spadek poziomu, który w innych serialach widzimy na przestrzeni kilku sezonów, tu widoczny jest z odcinka na odcinek. Bardzo dobra scena wyjścia poza statek, by naprawić jeden z modułów, to jedna z ostatnich rzeczy, która sprawi, że serce podchodzi do gardła. Każdy problem, z jakim muszą zmierzyć się astronauci, jest rozwiązywany niemalże na przestrzeni jednego odcinka, a ciąg następujących po sobie wydarzeń potrafiłby odgadnąć średnio rozgarnięty dwunastolatek.

Są jednak rzeczy, które w Rozłące się udały. To choćby dość głęboka, bardzo dobrze zagrana postać Rosjanina Mishy Popova. Ukraiński aktor Mark Ivanir jest niesamowicie przekonujący, jego rodzinna i zawodowa historia – wciągająca (mimo że dość banalna) i angażująca emocjonalnie. To człowiek, który w kosmosie ma największe doświadczenie ze wszystkich członków załogi – i udaje mu się to pokazać. Będąc brutalnym wobec reszty: Popov po prostu nie jest nudny. Nudna jest Emma Green, co boli, bo winą za to obarczyć należy scenariusz – Swank dała z siebie naprawdę wiele. Nudna jest cała reszta załogi, nieziemsko (lub nawet marsjańsko) nudny jest Matt Logan i nastoletnia Alexis. Udały się niektóre sekwencje związane z technikaliami podróży kosmicznej, czasem – na początku – napięcie wylewa się z ekranu, ale cóż z tego, gdy opada ono za każdym razem, gdy bohaterom wszystko, dosłownie wszystko się udaje?

Być może ten mój brak zainteresowania historiami bohaterów i powyższe zarzuty wynikają bardziej z tego, że przygotowany byłem na głębsze doznania płynące z fantastyki naukowej, a nie obyczajowego aspektu produkcji. Być może właśnie jest tak, że powinno się patrzeć na Away jak na próbę podjęcia tematyki sci-fi od nowej strony? Być może Rozłąka to właśnie serial, którego potrzebują widzowie mniej zafascynowani techniką, kosmosem i przekraczaniem kolejnych granic ludzkości, a stawiają zamiast tego na przeżywanie relacji między bohaterami i odnajdywanie swojego wewnętrznego „ja”? Być może, bo pomimo zawodu, jaki ogólnie odczuwam po obejrzeniu Away, obejrzałem ten serial do końca i nie mogę powiedzieć, że czas ten zmarnowałem. No, ale może to dlatego, że w kosmosie czas płynie inaczej?

Przeczytaj też:

Wojna (fanów) superbohaterów

“Przeklinam cię na trzy pokolenia wstecz!” – krzyknął Tomek, który od dziecka wielbi Iron Mana, po tym, jak jego (do niedawna) przyjaciel Wojtek stwierdził, że alkoholizm Tony’ego Starka to miałki scenariusz w porównaniu z morderstwem […]