A gdyby tak zrobić z Supermana komunistę?

Przyzwyczailiśmy się, że “superbohater” to pojęcie jednowymiarowe. Jakiś człowiek w mniej lub bardziej krzykliwym kostiumie z mniej lub bardziej krzykliwym przydomkiem, który porusza się – w różny sposób – po świecie i ratuje biednych maluczkich z wszelakiej opresji. Tak superbohaterzy zostali nam przedstawieni u zarania ich dziejów. Tak funkcjonowali przez większość ich historii. Trudno było sobie nawet wyobrazić, żeby te historie toczyły się jakoś inaczej. Prędzej czy później, bohaterzy zawsze wychodzili z nawet najgorszej sytuacji obronną ręką, ale każdy kto śledził ich losy kiedyś musiał pomyśleć – “co by było, gdyby…”.

U mnie taka myśl pierwszy raz pojawiła się, o dziwo, nie w kontekście superbohaterów, ale przy okazji… kreskówek Warner Brothers. Mam na myśli Zwariowane Melodie i serię bajek o Strusiu Pędziwiatrze. Pamiętacie na pewno. Błyskawicznie poruszający się po pustynnych szosach Struś i Kojot, który próbował na setki wymyślnych sposobów Strusia dopaść, upiec i zjeść. Chodziło o kreskówkę, więc oczywiście nigdy mu się to nie udało. Jednakże oglądając chyba któryśsetny odcinek z tej serii zrobiło mi się Kojota autentycznie szkoda. Tyle, prób, tyle pracy, wysiłku… i nic. Biedny futrzak pewnie by dawno zrobił doktorat z inżynierii lądowej, ale Strusia jak nie było, tak nie ma. Gdzie scenarzyści bajki dla dzieci nie pomogli, tam młody ja pomógł sobie własną wyobraźnią. Co by było, gdyby Kojot faktycznie pożarł Strusia? Najadłby się, to pewne. Ale co potem? Kojot całe swoje życie poświęcił jednemu celowi – pochwyceniu Strusia. W momencie, w którym Strusia by zabrakło, to co by zrobił? Poszukał jakiegoś innego strusia? Zmienił pracę? Wziął kredyt? A może… Popadłby w depresję? Okazałoby się, że jedyny cel jego istnienia zniknął i jego życie straciłoby sens? Stoczyłby się w spirali dramatu i uzależnień aż w końcu… Cóż, moja młodzieńcza fantazja brnęła niekiedy zbyt daleko, ale jednak pozostawało zawsze zasadnicze pytanie – dlaczego wszystkie te historie są takie same? Dlaczego bohater jest zawsze dobry, a antybohater zawsze zły? Czy superbohaterzy naprawdę nie mogą być jak zwykli ludzie? Mieć tych samych problemów? We wrześniu 1986 roku okazało się, że mogą. Świat wtedy zwariował.



Quis custodiet ipsos custodes?

Ukazanie się zeszytu komiksowego Watchmen pióra Alana Moore’a i pędzla Dave’a Gibbonsa było rewolucją w klasycznym pojmowaniu tego, jak wygląda “historia superbohaterska”. Zdziwienie było o tyleż większe, że seria została wydana ze stajni DC Comics, skąd pochodzi cała Liga Sprawiedliwości – najbardziej kanoniczni superbohaterzy ze wszystkich. Już sam początek opowieści był szokujący. Zaczynał się od… śmierci jednego z herosów. Edward Blake, pseudonim “Komediant”, zostaje wyrzucony przez okno swojego apartamentu i ląduje na bruku, co kończy się brutalnym zgonem. Wydaje się to naturalne? Tylko dla zwykłych ludzi, przypominam, że mamy do czynienia z pełnoprawnym superherosem w czasach, gdy takowi byli, cóż… de facto nieśmiertelni.

Blake nie odlatuje, nie odbija się od ziemi, nie zatrzymuje się w żaden niesamowity sposób – po prostu ginie. Samo w sobie już mocno zaskakujące, a to dopiero początek. Komediant był częścią zespołu superbohaterów – tytułowych Watchmen (strażnicy) – którzy po otrząśnięciu się z szoku śmierci swojego kolegi, próbują odkryć kto i dlaczego go zabił. Po drodze okazuje się między innymi, że superbohaterzy też mogą zabijać albo przynajmniej dotkliwie ranić swoich przeciwników. Watchmen pokazało, prawdopodobnie jako pierwszy superbohaterski zeszyt w historii komiksu, że jeśli wyszkolony we wschodnich sztukach walki człowiek ubrany w supernowoczesny egzoszkielet (cześć Batman!) mocno uderzy zwykłego człowieka w okolice ramienia to najpewniej skończy się to złamaniem otwartym w kilku miejscach. Krew będzie się lała obficie a sam pechowiec już nigdy nie podniesie tą ręką choćby kubka z herbatą. Dowiadujemy się też, że superbohaterzy nie walczą tylko z superzłoczyńcami, ale też czasami tropią seryjnych morderców, którzy porywają dzieci i rzucają ich szczątki psom na pożarcie. Przy okazji superzłoczyńców – nie wszyscy do końca życia próbują podbić świat, niektórzy idą na “emeryturę” i umierają w samotności na raka, karmiąc się wspomnieniami o dawnej chwale. Komiks pokazuje nam też świat, w którym działalność supebohaterska nie jest rozdzielna od polityki. Okazuje się, na przykład, że Komediant zamordował Prezydenta Kennedy’ego a potem walczył w Wietnamie (akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, ale głównie w latach 80.). I w końcu dowiadujemy się rzeczy najbardziej szokującej ze wszystkich – że superbohater wcale nie musi zawsze być “tym dobrym”, że ostatecznym zwyrodnialcem może być właśnie ktoś, kto ma nadludzkie zdolności i na ich podstawie wychodzi z założenia, że reszta ludzkości jest czymś gorszym, niegodnym rządzenia światem. Z perspektywy czasu było to punktem zwrotnym w narracji tego typu opowieści.

W 2009 roku premierę miała filmowa adaptacja Watchmen w reżyserii Zacka Snydera. Zawierała wszystkie te brutalne i mroczne elementy, o których napisałem wyżej wpisane w wiarygodnie odegrany scenariusz a przy tym świetne zdjęcia i rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. Do dzisiaj uważam, że to jeden z najlepszych filmów superbohaterskich w ich historii. Scenariusz śledził dokładnie wydarzenia opisane na kartach komiksowych, które nigdy nie doczekały się oficjalnej kontynuacji. Film się jednak doczekał, w postaci serialu HBO, którego pierwszy sezon miał premierę rok temu. Jego historia, podobnie jak pierwowzór, koncentrowała się na mrocznej stronie bycia kimś “super” w świecie, w którym odmienność wcale nie jest fajna. Mamy więc wątki rasistowskie i seksistowskie, słowem – nienawiść. To wszystko wymieszane w mozaice kanonu tego typu opowieści, bo nadal mamy tutaj ludzi ze szczególnymi zdolnościami, ubierających się w kostiumy i nazywających się na przykład “Siostra Noc” albo “Czerwony Strach”. Teoretycznie nikt nigdy nie powiedział, że superbohater musi zawsze walczyć ze złem spersonifikowanym w jakieś innej postaci. Po prostu zawsze tak było, więc tak przyjęliśmy. A zło przecież, w tym realnym wymiarze, jest subtelne. Objawia się w czymś tak prostym jak bezczynność wobec czyjegoś okrucieństwa. Czy to powinno pozostać poza nawiasem? Czy może jednak takie “zwykłe” zło, to najgorszy super-antybohater ze wszystkich?

Sojuz nieruszymyj riespublik swabodnych

Superbohater w urealnionym świecie to tylko jedna z odsłon takich historii w krzywym zwierciadle. Kolejną jest wzięcie klasycznego superbohatera i wrzucenie go w zupełnie inne realia od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Chyba wszyscy się zgodzimy, że Superman (znany także jako Clark Kent albo Kal-El) to archetyp i protoplasta wszystkich superbohaterów. Od niego właściwie zaczęła się definicja tego terminu. Postać tak bardzo jednowymiarowa, że dla mnie osobiście aż za bardzo – dlatego podobają mi się wszelkie próby “zmiany paradygmatu”. Podobało mi się jego origin story w filmie Man of Steel (2012 reż. Zack Snyder) gdzie młody Superman cierpi za to, że jest odmieńcem w swoim otoczeniu a ojczym kosmicznego przybysza przestrzega go, aby nigdy nie wykorzystywał swoich zdolności, bo ludzkość nie jest gotowa na taki szok. Ale najbardziej podobała mi się zupełnie alternatywa historia Kal-Ela autorstwa Marka Millara z 2003 roku.

Superman: Red Son to już klasyczny przykład odpowiedzi na pytanie “co by było, gdyby”. W tym wypadku pełne brzmienie pytania to: co by było, gdyby kapsuła kosmiczna Kal-Ela, zamiast na farmie w Kansas wylądowała na terenie kołchozu w Związku Radzieckim? Otóż w wizji Millara Superman staje się symbolem walki ludu klasy robotniczej z opresją kapitalizmu. Prowadzi niekończącą się batalię w imię Józefa Stalina, socjalizmu i rozrostu Układu Warszawskiego. Jego charakterystyczny symbol “S” na klacie jest zastąpiony sierpem i młotem, a jedynych zwykłych ludzi, jakich wyciąga z opresji, to pasażerowie zepsutego wagonu moskiewskiego metra. Przy czym takie akcje zdarzają mu się rzadko, raczej istnieje po to, aby wspierać “wujka Stalina” i szerzyć globalną rewolucję komunistyczną. Jego ludzkie imię jest tajemnicą państwową, a on sam – najdoskonalszą bronią przeciwko demokracji. Gdy Stalin w 1953 roku ujawnia Supermena światu (zamiast umrzeć, tak jak uczy nas nasza historia) wywołuje to panikę w Stanach Zjednoczonych, które przesuwają środki przeznaczone na prowadzenie Zimnej Wojny z badań nad bronią nuklearną do badań nad superludźmi. Lex Luthor nadal jest odwiecznym wrogiem Supermana, ale jednocześnie jest bohaterem i nadzieją “wolnego świata” a jego najlepszy przyjaciel to Prezydent John Kennedy. Innym wrogiem Czerwonego Supermana okazuje się być zamaskowany terrorysta Batman, którego rodzice nie zginęli w wyniku postrzelenia na tyłach teatru w Gotham City, tylko z głodu w gułagu.

Żeby było ciekawiej, pomysł na całą tę historię zrodził się w głowie Marka Millara jeszcze gdy był dzieckiem. Wtedy scenariusz wyglądał nieco inaczej. Superman nie wylądował w ZSRR tylko na wodach międzynarodowych Oceanu Spokojnego i siły zbrojne obu supermocarstw ścigały się, aby dotrzeć do pływającej kapsuły z superniemowlakiem. Jak pisze sam autor serii w eseju na temat “Czerwonego Syna”: będąc dzieciakiem dorastającym w cieniu Zimnej Wojny, myśl o tym co by się stało, gdyby to Sowieci pierwsi do niego dotarli mnie fascynowała. Swoje pierwsze pomysły próbował przedstawić kierownictwu DC Comics, gdy miał zaledwie 13 lat. Wtedy tęgie głowy przemysłu komiksowego nie był pod wrażeniem, ale ostatecznie pomysł, który pojawił się w głowie 6-latka stał się faktem. Jak widać pytania takie, jakie ja sam sobie stawiałem oglądając Zwariowane Melodie mogą wykiełkować w pełnoprawną alternatywną rzeczywistość.

Nie ma złych korporacji, jest tylko kiepski PR

Po bohaterach w realnych warunkach i bohaterach w alternatywnych rzeczywistościach docieramy w końcu do mojej ulubionej odsłony “superbohaterów inaczej”. Historie, w których to superbohaterzy są antagonistami. Kiedy okazuje się, że jak dać ludziom nadludzką moc, to zamiast uznać zgodnie z zasadą noblesse oblige, że powinni ją wykorzystywać dla dobra ogółu, mogą uznać, że wykorzystają ją, aby sobie podporządkować świat. Wszak, jeśli nikt nie może przeciw nam wystąpić, bo pociski z broni palnej odbijają się od nas jakby były z gumy, a rakiety łapiemy w locie i rzucamy z powrotem, to co właściwie stoi na przeszkodzie, aby uczynić ze świata nasz prywatny plac zabaw? Z podobnego założenia wyszli twórcy komiksowi Garth Ennis i Darick Robertson, gdy w 2006 roku dali światu serię The Boys.

W tej opowieści herosi są teoretycznie tak samo heroiczni jak wszędzie – media przedstawiają ich jako zbawców, którzy walczą z porywaczami, gangsterami, terrorystami i tak dalej – ale diabeł tkwi tam, gdzie oko nie patrzy. Otoczka wykreowana wokół superbohaterów jest jedynie medialną i marketingową machiną transgranicznej korporacji Vought, która z bliżej niejasnych powodów jako jedyna zrzesza najpotężniejszych herosów w supergrupie “Siódemka”. Każda osoba z superzdolnościami chce być częścią Siódemki, nie wiedząc, że to banda zdegenerowanych nihilistów, którzy zdawszy sobie sprawę z ich nienaruszalnej potęgi robią właściwie co im się podoba pod parasolem ochronnym swojego korpo-pracodawcy. Piją hektolitry alkoholu, biorą narkotyki, uprawiają hazard, organizują orgie, ale też niejednokrotnie dopuszczają się gwałtów czy morderstw zupełnie bezkarnie. To ostatnie stanowi punkt wyjścia dla całej historii. Jeden z bohaterów Siódemki, obdarzony super szybkością niejaki A-Train “przypadkiem” wbiega na ulicy w dziewczynę głównego bohatera – Hughie Campbella – robiąc z niej dosłownie plamę na asfalcie. Sprawa staje się medialna, ale wszystko zostaje przedstawione jako wypadek przy pracy superbohaterskiej, w dodatku z winy samych pokrzywdzonych, którzy mieli być w złym miejscu, w złym czasie. Tymczasem, jak się potem okazuje, A-Train był w momencie śmiertelnego biegu zwyczajnie naćpany, a cała sprawa jest dla niego źródłem żartów z kolegami. Hughie szybko się dowiaduje, że ofiar “bohaterów” jest znacznie więcej, a on sam zostaje wciągnięty do grupy specjalistów stworzonej przez byłego agenta CIA (tytułowi The Boys) mającej tylko jeden cel – zniszczyć wszystkich superbohaterów.

Historia oczywiście z czasem okazuje się być bardziej skomplikowana. Nie wszyscy superludzie są superzwyrolami, niektórzy rzeczywiście chcą pomóc, ale nawet te rzadkie przykłady szczerej chęci heroizmu giną w trybach korporacyjnej machiny zmierzającej do pełnego monopolu amerykańskiej firmy nad superpotęgą. Monopolu, który zresztą ma ostatecznie prowadzić do kontraktów wojskowych etc. Nie chcę zdradzać więcej, mogę jedynie polecić wszystkim zarówno komiksy jak i serial aktorski Amazon Prime, którego drugi sezon jest obecnie w emisji. Pierwszy kupił mnie w całości. Opowieść bowiem nie tylko pokazuje w ciekawy sposób starą dobrą maksymę, że absolutna władza korumpuje absolutnie, ale też przybliża patologie związane z późnym kapitalizmem. W skrajnych przypadkach duża firma nie różni się niczym od państwa feudalnego – biedna i bezsilna większość istnieje po to, aby potężna mniejszość żyła w dostatku. Prezesi konglomeratów nie mają supermocy? Cóż, Bruce Wayne też nie miał. Miał “tylko” górę pieniędzy i traumę.

Realtywizm moralny

Wiele z tych alternatywnych historii to w zasadzie próby odpowiedzi na pytanie, jak wyglądałby nasz świat, gdyby faktycznie istnieli w nim superbohaterzy. Dominująca teoria (czy raczej nadzieja) jest taka, że żyłoby się lepiej, bezpieczniej, ciekawiej. Podobnie jak w komiksowej rzeczywistości Spider-Man pewnie miałby miliony followersów na swoim Twitterze. Tony Stark opracowałby system ekologicznego odnawialnego źródła energii, Batman siałby postrach wśród drobnych (i nieco większych) przestępców. Ale nawet oni w swoich światach już od dawna są znani od tej bardziej ludzkiej strony. Też mają swoje demony, z którymi trudno było im wygrać, albo nadal z nimi walczą. Peter Parker w kilku odsłonach swoich przygód pokazał, że nigdy do końca nie pogodził się ze śmiercią wujka i z tego powodu właściwie do końca swoich dni zmagał się z poczuciem bezsilności – co wydaje się absurdalne, ale jednak ludzkie. Tony Stark nie mogąc pogodzić się z tym, że jego publiczna persona doprowadziła do wielu tragedii za sprawą różnych prób przejęcia kombinezonu Iron Mana ostatecznie wpadł w alkoholizm. O Batmanie nie będę nawet zaczynał, bo tragedia i trauma w ogóle zrodziły tę postać. Niemniej to też pokazuje nam, że dobre chęci mogą prowadzić do złych skutków. Na szczęście, w drugą stronę działa to tak samo i już Bułhakow przedstawił nam bardzo klasyczną dla historii ludzkości postać w zupełnie innym świetle – jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.

Na końcu tych wszystkich historii są rozważania o istocie człowieczeństwa, które nabierają szczególnego wymiaru, gdy “człowiek” przestaje być tylko człowiekiem, a staje się czymś więcej. Powstaje pytanie “czym?” No właśnie, trudno powiedzieć. Niby większość zwykłych ludzi wyobraża sobie, że mogąc latać i rzucać lokomotywami pewnie chcielibyśmy być jak Superman. Ale tu powstaje kolejne pytanie “po co?” Żeby ratować słabszych od nas i cieszyć się szacunkiem (zakładając, że tym ludzkość by się odwdzięczyła), czy żeby pławić się w sławie i chwale, bogactwie i rozpuście? Wbrew pozorom to bardzo ważne pytania dla każdego z nas. Moim zdaniem każdy powinien sam sobie odpowiedzieć jakim superbohaterem chciałby być, bo wtenczas dowie się jakim powinien być człowiekiem.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też: