Polowanie na czarodzieja

Pamiętacie, jak w kwietniu ubiegłego roku przy jednym z gdańskich kościołów doszło do spalenia “przedmiotów związanych z okultyzmem”? Obok parafii NMP Matki Kościoła i św. Katarzyny Szwedzkiej katolicki ksiądz wraz z grupką wiernych owieczek uznał, że trzeba spopielić kilka rzeczy związanych z innymi religiami, ale też popkulturą. Zdaniem gorliwego duchownego przedmioty owe nawoływały ludzi do praktykowania magii, przywoływania demonów itp. No i tak – niczym wiedźmy – na stos trafiły między innymi afrykańska maska, hinduistyczna figurka, parasolka Hello Kitty czy podręcznik do Feng Shui. Były też książki fabularne – Zmierzch Stephenie Meyer oraz kilka egzemplarzy Harry’ego Pottera.

Początkowo nikt w to nie chciał wierzyć, bo do radosnego ogniska doszło dokładnie pierwszego kwietnia. Wszyscy – ja też – myśleli, że to żart na prima aprilis. Ogólnopolskie media rozwiały wątpliwości, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze oficjalne doniesienia i reportaże. Najpierw krajowe, a później zagraniczne (o sprawie informowało między innymi BBC). Świat był w szoku. Oto ksiądz w dużym i jednak progresywnym światopoglądowo mieście europejskim, urządza palenisko przywodzące na myśl fantastycznonaukowe wizje Raya Bradbury’ego o zakazanych księgach. Gdyby jeszcze chodziło o takie dzieła jak Biblia Szatana czy inne demoniczne grymuary, być może nie zrobiłoby to na nikim aż takiego wrażenia (a może nawet dla niektórych wierzących miałoby to sens), ale spłonęły książki zasadniczo dla dzieci i młodzieży.

Akcja spotkała się z powszechną krytyką niezależnie (o dziwo) od opcji politycznej. Rybnicki Alarm Smogowy nawet zawiadomił gdańską prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa na tle zanieczyszczania powietrza. Ostatecznie autor całego zamieszania – ksiądz Rafał Jarosiewicz z koszalińskiej Fundacji „SMS z Nieba” – przeprosił za swoje zachowanie, twierdząc, że: spalenie książek nie miało charakteru prześmiewczego wobec jakiejkolwiek grupy społecznej czy religii, nie było też wymierzone w książki jako takie czy kulturę. Mleko jednak się rozlało i działanie księdza zostało zgodnie uznane za kwintesencję moralnego i kulturowego średniowiecza. Wszystko to wydarzyło się stosunkowo niedawno, a jednak dziś już nikt o tym nie mówi. Tymczasem saga o Potterze znów zaczyna się niektórym jawić jako świetna podpałka, i to nie obok jakieś parafii w Gdańsku, tylko na całym świecie. Wszystko przez autorkę książkowych przygód młodego czarodzieja – Joanne Kathleen Rowling.

To było dawno i nieprawda

Cała sprawa zaczęła się stosunkowo niewinnie: od tweeta, który – moim zdaniem – nie zwiastował kolosalnych rozmiarów afery, jaka miała nastąpić. 6 czerwca Pani Rowling na swoim Twitterze wrzuciła link do artykułu publicystycznego o działaniach zmierzających do stworzenia nowego porządku świata post-COVID 19.

Porządek ten miałby się charakteryzować większą dozą równości dla “osób, które przechodzą menstruację”, cytując artykuł dosłownie. Rowling w prześmiewczy sposób skrytykowała zacytowaną frazę za nieużycie w jej miejsce słowa “kobieta”, wychodząc z założenia, że to przecież jedyna istota ludzka, która menstruuje. Samo w sobie może i zgodne z prawdą, ale już kolejne tweety Rowling w odpowiedzi na głosy krytyki rozwiały wątpliwości, że chodzi tylko o dokładność językową. Cała sprawa rozbiła się o koncepcję płci i tego co uznajemy za płeć, czy w ogóle uznajemy coś takiego jak “płeć”. Rowling była zdecydowanego stanowiska, że tak, a co za tym idzie: per „kobieta” można nazywać tylko i wyłącznie „osoby, które przechodzą menstruację”. To już nie spodobało się organizacjom społeczności osób transpłciowych.

Nie zważając na ryzyko związane z dyskusją, jaka rozgorzała, Rowling nie odpuszczała i ciągnęła sprawę dalej. W kolejnych tweetach świat dowiedział się, że zdaniem autorki Potterów: jeśli płeć nie istnieje, nie istnieje też coś takiego jak pociąg homoseksualny. Jeśli płeć nie istnieje, to żywa rzeczywistość kobiet na całym świecie również przestaje istnieć. Znam i kocham ludzi trans, ale wymazanie koncepcji płci odbiera im możliwość, aby w wartościowy sposób dyskutować o ich życiach. Mówienie prawdy nie jest hejtem.

Pisarka próbowała tłumaczyć swój punkt widzenia w oparciu o nienawiść i agresywne zachowania, jakie spotykają kobiety, w podobnym stopniu jak to się dzieje w przypadku osób transpłciowych. Zapewniała, że szanuje prawo takich osób do samostanowienia i życia tak, jak im się podoba, że maszerowałaby razem z nimi w obronie tego prawa. Jednocześnie jednak podkreślała, że jej życie zostało zdefiniowane poprzez bycie kobietą i nie widzi nic nienawistnego w tym, aby o tym mówić. Jej niedawni fani mieli w większości (przynajmniej w Internecie) odmienną opinię. Oliwy do ognia dolał retweet anonimowego listu otwartego od “przerażonej lesbijki”, który opowiadał historię ostracyzmu i szkalowania jej wewnątrz środowiska osób LGBT rzekomo za to, że domagała się bardziej radykalnych działań w walce o równe prawa. Opinia publiczna odczytała to jako kolejną próbę tłumaczenia się przy jednoczesnym stawianiu na swoim. W Polsce nazywamy takie zachowanie “chajzerowaniem” od nazwiska pewnego znanego dziennikarza porankowego, który jest mistrzem w takich akcjach.

O ile do tego momentu – na drodze daleko idącego liberalizmu wobec odmiennych poglądów – można byłoby uznać, że Rowling po prostu niekoniecznie rozumie, jak działa stygmatyzacja, tak to, co się stało 10 czerwca już nie pozostawiło wątpliwości, po której stronie barykady stanęła. Opublikowała bowiem obszerny wpis dotyczący sprawy niejakiej Mayi Forstater, która w grudniu ubiegłego roku straciła pracę za, jak uznała jej firma, serię transfobicznych tweetów.

Do wpisu pisarki odniósł się Andrew James Carter, twórca sieci społecznościowej Podium (strona jest jeszcze przed premierą), która ma być wolna od „szerzących się w social mediach obelg, dezinformacji i dyskryminacji.

Pani Forstater pozwała firmę do brytyjskiego sądu pracy, by ten rozstrzygnął, czy filozoficzne przekonanie, że płeć determinuje biologia, jest chronione prawem. Sąd orzekł, że nie. Rowling opisała, że zainteresowała się tematem w toku badań przygotowawczych do pracy nad postacią w nowej książce i sprawa wywołała w niej głęboki niepokój. Wypunktowała kilka powodów czemu martwi ją współczesny aktywizm osób trans. W wielkim skrócie: jej zdaniem feministki boją się aktywistek i aktywistów transpłciowych ze względu na to, że rzekomo nie mogą przez nich/nie walczyć o swoje własne prawa. Bo albo, tak jak Pani Forstater, tracą zatrudnienie, albo spotykają się z hejtem czy wręcz przemocą. Manifest (bo tak to w mojej ocenie trzeba nazwać) zasadniczo stawiał radykalne feministki w opozycji do trans-aktywizmu jako ruchy przeciwstawne i wykluczające się, bo pojęcie płciowości jest fundamentalne dla feminizmu. Wojna wybuchła na całego.

Byłeś wybrańcem! Miałeś zniszczyć Sithów, a nie dołączyć do nich!

Daniel Radcliffe był pierwszą – tytułową, jak wiadomo – gwiazdą filmowych adaptacji przygód Harry’ego Pottera, która publicznie skrytykowała Rowling za jej stanowisko. Niejako w miejsce samej pisarki przeprosił wszystkich potteromaniaków, którzy poczuli się urażeni i/lub skonfliktowani wobec całej tej sytuacji. Wyraził też nadzieję, że afera nie wpłynie na ich postrzeganie czarodziejskiego uniwersum, które przez tyle lat kochali. W podobnym tonie krótko potem wypowiedziała się Emma Watson, czyli ekranowa Hermione Granger. Przekazała jednocześnie pewną sumę pieniędzy na rzecz organizacji walczących o prawa dla osób trans. Ostatni filar triumwiratu, czyli Rupert Grint (Ron Wesely) również wydał swoje oświadczenie, w którym tak samo jak jego filmowi przyjaciele opowiedział się zdecydowanie po stronie osób transpłciowych i potępił Rowling za jej manifest z 10 czerwca. Za Radcliffem, Watson i Grintem posypała się litania oświadczeń i wypowiedzi różnych aktorek oraz aktorów (nie tylko z Potterów, bo był wśród nich na przykład Eddie Redmayne, odtwórca roli Newta Scamandera z Fantastycznych Zwierząt) wspierających społeczność trans w tym sporze. Nawet wytwórnia Warner Brothers, która przecież kupiła od Rowling prawa do ekranizacji jej twórczości, odcięła się od jej wypowiedzi dotyczących społeczności trans. Wyspa zwana J.K. Rowling lawinowo się kurczyła i powoli zaczynała przypominać kawałek ziemi z palemką na środku oceanu.

Mimo to, jakby nie widząc co się dzieje wokół niej, Rowling kontynuowała swoją krucjatę na rzecz “prawdy”. Powoływała się na wsparcie, jakie miała otrzymać od innego znanego pisarza – Stephena Kinga. Miał on podać dalej jej wypowiedź dotyczącą tego, że nie ma nic złego w tym, że kobieta głośno i wyraźnie mówi swoje zdanie i nie waha się go bronić. Rowling, nie wiedzieć czemu, uznała ten gest za akt wsparcia w trwającym sporze na linii ona – reszta świata i napisała pean pochwalny na cześć mistrza grozy. Nadzieje pękły jak balonik, kiedy fani Kinga spytali go bezpośrednio, czy uważa kobiety transpłciowe za kobiety, na co King odpowiedział jednym słowem: tak. Rowling wtedy skasowała swój wcześniejszy tweet pochwalny.

Myślicie, że to są szczyty żenady? Oj, nie… Rowling bowiem zaczęła porównywać terapię hormonalną jaką przechodzą osoby trans do… brania antydepresantów. Twierdziła, że młodzi homoseksualiści w stanie depresji są kierowani w stronę hormonów, co ma szkodliwe skutki na wielu płaszczyznach. Oczywiście, pewnie myślicie, że podała na to jakieś dane, badania, wykresy, eseje naukowe. Nic z tych rzeczy. Ale też nic dziwnego, przecież nie da się udowodnić czegoś, co po prostu nie jest prawdą.

Jakby tego wszystkiego było mało, niedawno pisarka zdradziła zarys fabuły swojej najnowszej książki. Tej, do której się przygotowywała, gdy czytała o Mayi Forstater i wydała swój manifest. Otóż głównym bohaterem ma być detektyw, który tropi seryjnego mordercę, opisanego jako heteroseksualny mężczyzna, który lubi przebierać się w damskie ubrania. Dziennik The Telegraph opisuje książkę jako dzieło, którego głównym przesłaniem jest “nigdy nie ufaj facetowi w sukience”. Wspomnę, że Telegraph jest uznawany na wyspach za medium konserwatywne. Jak grzyby po deszczu pojawiły się głosy, że Rowling uważa się za męczennika, którego misją jest umrzeć (artystycznie) za swoją sprawę.


Może Cię też zainteresować:


Rewolucja pożera własne dzieci

Jak dotąd wszystko wydaje się spójne. Okazało się, że J.K. Rowling ma transfobiczne poglądy. Wygłosiła je publicznie i spotkała ją za to słuszna krytyka z niemal wszystkich możliwych stron dyskursu publicznego. Pisarka nie wycofała się ze swoich poglądów, nie przeprosiła za nie. Twardo obstawia przy swoim po dzień dzisiejszy. Czytelnicy na całym świecie już zapowiadają bojkot jej najnowszego dzieła, ale niestety na tym się nie skończyło. Otóż wbrew nadziejom wyrażonym przez Daniela Radcliffe’a, cała sprawa zaczęła się odbijać na uniwersum czarodziejów i czarodziejek. Jakim cudem, spytacie? Ano bardzo łatwo. Jeśli kupicie książkę z serii Harry Potter, to kto na tym zarobi? Oczywiście Joanne K. Rowling, jako autorka. Zarobią też inni ludzie, związani z wydawnictwem czy księgarnią, ale to już są szczegóły, które obecnie antyfanów Rowling nie obchodzą. Powstał obszernych rozmiarów ruch, zmierzający do tego, aby uniemożliwić Pani Rowling jakikolwiek zarobek na swojej twórczości. Stąd bojkot nadchodzącej książki o seryjnym mordercy w damskich ubraniach, ale także bojkot wcześniejszych dzieł. Krytycy Rowling nie chcą dać jej zarobić, więc traktują kupowanie (a więc i czytanie, bo należy założyć, że kupno książki ma na celu przeczytanie zawartości) książek o Potterze jako coś złego.

Afera powoli zaczęła wymykać się spod czyjejkolwiek kontroli zmieniając optykę z walki o prawa osób trans w absurdalne polowanie na czarowników i czarownice. Niechęć do Rowling objawia się jako – zdaniem krytyków najwyraźniej słuszny – hejt na Harry’ego Pottera. W tym momencie wypadałoby zadać istotne moim zdaniem pytanie: czym winny jest Harry, że jego twórczyni okazała się transfobem? Wydaje się, że niczym, a jednak w praktyce “grzechy naszej Matki są naszymi”. Żeby dodać sprawie absurdu, nie zamyka się to tylko na książkach. Niedawno ukazano premierowy zwiastun nowej gry w czarodziejskim uniwersum pod tytułem Hogwarts Legacy.

Tytuł jest opisany jako rozbudowana gra RPG, gdzie pokierujemy stworzonym przez nas uczniem bądź uczennicą (pełna dowolność gwarantowana) słynnej akademii magii i czarodziejstwa. Niejako przewidując, że temat zostanie poruszony, twórcy gry podkreślili od razu po jej ujawnieniu, że J.K. Rowling nie była bezpośrednio zaangażowana w proces twórczy produkcji. No, ale pośrednio oczywiście tak – jako twórczyni całego świata. To wystarczyło, aby pojawiły się pierwsze sygnały… bojkotu gry. Artykuł na ten temat napisała Stacey Henley, publicystka serwisu Polygon. Tłumaczy w nim, że nie kupi gry, choć wygląda rewelacyjnie, bo nie chce finansować transfobicznej pisarki w żaden sposób.


Rowling nie jest zwykłą „transfobką”. Jest najważniejszą transfobką, poważaną twarzą hejtu, celebrytką-reprezentantką transfobii – pisze Henley.


Non omnis moriar…?

Jeżeli krytyka postawy Rowling wobec problematyki transpłciowości ma się objawiać pełnym bojkotem jej twórczości i wszystkiego, co powstało na kanwie tej twórczości, no to żyjemy w iście pięknych czasach. W tej sytuacji ksiądz Jarosiewicz z Koszalina jawi się prorokiem. Czas wrócić do zapoczątkowanej przez niego tradycji i zacząć znowu palić książki o Potterze. To jednak zdecydowanie za mało! Każdy z bojkotujących powinien zwrócić się do Warner Brothers o zwrot pieniędzy za zakupione bilety do kina. Płyty z filmami spalić razem z książkami, a co! Przy okazji, wypadałoby zjechać całą obsadę wszystkich filmów za to, że ośmielili się przyłożyć rękę do tego uniwersum i zarobić na tym choćby złamany grosz. No bo skoro jesteśmy gotowi odbierać tego grosza programistom, grafikom, scenarzystom i game designerom mimo ich ciężkiej pracy, bo postanowili zrobić grę na bazie „zakazanej” twórczości no to, jak rozumiem, wszelkie inne przejawy adaptacyjne również podlegają takiemu samemu traktowaniu? Jest to bardzo jaskrawy przykład na to, kiedy walka w słusznej sprawie idzie o te dwa kroki za daleko i sprawia, że coś, co zasadniczo powinno cieszyć staje się częścią problemu. Traci też na tym sama inicjatywa walki o prawa dla osób trans, bo w momencie, kiedy w tej walce rykoszetem obrywają osoby całkowicie niewinne (i to cała ich masa) wtedy sprawa oceny moralnej tych działań odwraca się o 180 stopni.

Na końcu warto postawić też pytanie, które rzadko ktokolwiek stawia w sytuacji, kiedy wybucha afera o coś, co zrobił bądź powiedział jakiś twórca artystyczny. Czy twórca jest tożsamy ze swoim dziełem? A w przypadku dzieła fabularnego, czy twórca jest tożsamy ze swoimi bohaterami? Pytając wprost, czy Joanne Kathleen Rowling jest tożsama z Harrym Potterem? Albo czy nasz rodzimy Andrzej Sapkowski, który jest znany z różnych niezbyt pochlebnych dla swojego wizerunku wypowiedzi, jest tożsamy z Geraltem? Odpowiedź brzmi: nie. Ani świat wiedźmina nie ma w sobie choćby grama pogardy dla graczy, którzy uwielbiają ten świat w jego elektronicznej odsłonie, ani uniwersum potterowskie nie stygmatyzuje w żaden sposób transpłciowości. Warto czasami pamiętać, że praca artystyczna to wprawdzie szczególna, ale jednak nadal praca. Ludzie nie są z definicji tożsami ze swoją pracą, tak samo jak aktor nie jest tożsamy z postaciami, które gra. Oddzielajmy zatem fikcję od rzeczywistości. Tym bardziej, że ta pierwsza jest często dużo ciekawsza i przyjemniejsza od tej drugiej.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też:

A gdyby tak zrobić z Supermana komunistę?

Przyzwyczailiśmy się, że “superbohater” to pojęcie jednowymiarowe. Jakiś człowiek w mniej lub bardziej krzykliwym kostiumie z mniej lub bardziej krzykliwym przydomkiem, który porusza się – w różny sposób – po świecie i ratuje biednych maluczkich […]