Żyć w zgodzie z przeszłością. Recenzja serialu “Beforeigners”

Norwegia. Kraina na północy Europy, którą zna każdy i nikt zarazem. Każdy, bo każdy coś wie o Skandynawii jako takiej – skutej lodem, przyjaznej dla każdego ojczyźnie Wikingów i ciężkiej, mrocznej muzyki. Nikt, bo poprzednie zdanie to tak naprawdę stereotypy, ludyczne wyobrażenia. Prawda jest taka, że Norwegia ani nie jest przyjazna dla każdego, ani nie jest tylko ojczyzną Wikinigów i black metalu. W zasadzie kraj europejski jak każdy inny, z własną kulturą, tożsamością, problemami społecznymi i przeszłością, która kształtuje teraźniejszość i przyszłość. O tym właśnie jest recenzowany tu serial.

Muszę przyznać, że ja sam o tej prawdziwej Norwegii wiem niewiele. Miałem kiedyś przyjaciela, który pojechał tam na pół roku w ramach wewnętrznego outsourcingu norweskiej firmy, w której pracował. Człowiekiem był raczej pozytywnie nastawionym do życia, do ludzi. Zawsze szukał dobrych stron we wszystkim i wszystkich, nawet jeśli wydawało się, że takowych po prostu nie ma. On zawsze coś znajdywał. Nie znalazł nic dobrego w Norwegii. Czuł się tam samotny i wyobcowany. Opowiadał, że choć ludzie byli przyjaźni to nikt tak naprawdę nie próbował (uznał, że nikt nie chciał) go poznać. Trzymał się tedy ze “swoimi” – kolegami z firmy, również Polakami, którzy przyjechali razem z nim na ten robotniczy turnus. Życie było drogie (nawet dla pracownika rdzennie norweskiej korporacji) i surowe ze względu na przeważnie jednak niskie temperatury: takie, o jakich w Polsce się już tylko opowiada, że “kiedyś to była zima”.

Z drugiej strony znałem dawno temu studentki filologii norweskiej, które malowały Norwegię w zupełnie innych barwach. W ich wizji to była mozaika kolorów, gdzie każdy reprezentował jakąś kulturę, subkulturę, religię, styl życia. Państwo zorganizowane w taki sposób, aby nikt nie czuł się pokrzywdzony ze względu na to kim jest, skąd pochodzi i co sobą reprezentuje. Słowem: tolerancja. To, o czym słyszał każdy w kontekście tego kraju jak i całego regionu. Dla ludzi o światopoglądzie lewicowym: raj. Dla ludzi z drugiej strony politycznej barykady: wręcz przeciwnie. Choć, oczywiście, organizacja państwowa to jedno, a to, co zwykłym ludziom siedzi w głowach – zupełnie co innego. Tak czy inaczej nie da się ukryć, że oba te obrazy, zarówno opowieści mojego dawnego kumpla jak i studentek, to subiektywne wizje. Serial produkcji HBO Europe Fremvandrerne – albo w wersji polskiej “Przybysze” (2019- reż. Jens Lien) – w mojej ocenie pokazuje, że prawda (jak to zwykle bywa) jest gdzieś po środku.

Gdy przeszłość puka do drzwi

Grupa młodych ludzi w Oslo beztrosko bawi się przy operze znajdującej się nad brzegiem zatoki. Ciemna toń rozbłyska się w trakcie imprezy i w wodzie pojawiają się przerażeni ludzie w starodawnych ubraniach, mówiący dziwnym językiem. Na miejsce przybywa policja wraz z językoznawcą, który stwierdza, że państwo nie mówią po islandzku (jak się policjantom wydawało), tylko w staronordyckim dialekcie. Chwilę później w Zatoce Oslo znowu pojawiają się rozbłyski, w wodzie znowu są ludzie. Media donoszą, że to samo zjawisko dzieje się wszędzie na świecie.

Fabuła przenosi nas kilka (nie wiadomo ile dokładnie) lat w przyszłość. Świat już zrozumiał i zaakceptował, że tajemnicze rozbłyski to dziury czasoprzestrzenne, przez które w niejasnych okolicznościach do współczesności przenoszą się “przybysze” sprzed wieków (a nawet milleniów). Norwegia zdążyła się do tego przystosować. Powstał cały aparat państwowy, który wyławia przybyszów z wody, poddaje ich kwarantannie, edukuje w zakresie tego, gdzie i kiedy się znaleźli – przygotowuje ich do życia w nowej rzeczywistości. Jak dotąd nauka nie znalazła dowodów na to, aby proces przenoszenia się w czasie działał w drugą stronę, czyli z teraźniejszości w przeszłość. Stąd nowi mieszkańcy muszą się jakoś odnaleźć w XXI wieku. W Oslo żyją już nie tylko znane nam różnorakie współczesne (sub)kultury, ale również enklawy ludzi prehistorycznych, mieszkańców Norwegii z XVII czy XVIII wieku, no i oczywiście Wikingowie. Przedstawicielka tej ostatniej grupy – tarczowniczka przybyła z XI wieku Alfhildr Enginnsdottir – jako pierwsza przybyszka trafia w szeregi policji Oslo. Energiczna i ekspresyjna dawna wojowniczka zostaje przydzielona jako partnerka Larsa Haalanda – jednego z pierwszych mundurowych, którzy mieli kontakt z przybyszami; zmęczonego życiem, uzależnionego od narkotyków służbisty, który dawno temu wypalił się zawodowo. Mieszanka wybuchowa. Tym bardziej, że na dzień dobry nietypowy duet policyjny zostaje przydzielony do sprawy morderstwa kobiety pochodzącej z czasów prehistorycznych – pierwszej takiej zbrodni dokonanej na przybyszu w Norwegii.


Może zainteresuje Cię też:


Inny świat

To, co jako pierwsze mnie uderzyło w tej produkcji, to bardzo plastyczny obraz wielobarwnej mozaiki odmiennych wizji życia. Tego, o czym mówiły mi wspomniane wyżej studentki filologii norweskiej. W serialu jednak nie chodzi o połączenie kultur takie jakie znamy z rzeczywistości (np. chrześcijańskiej z muzułmańską, choć i takie sceny tu są) tylko o rodzaj bardzo rozbudowanego zderzenia pokoleń. W wizji scenarzystów ludzie pochodzący z okolic średniowiecza i nowożytności potworzyli wzdłuż głównych ulic i alejek stolicy Norwegii targi ze straganami, na których sprzedają podstawową żywność, ale i na przykład zwierzęta – kury, świnie, woły. Ulicami, oprócz samochodów, jeżdżą powozy. Potworzyły się bary typowo dla “osób nordyckiego pochodzenia” (bo określenie “Wiking” jest uznawane za obraźliwe i stygmatyzujące), gdzie przybysze z wczesnego średniowiecza słuchają koncertów metalowych i piją miód z rogów. Niestety zwykle bywa, że tam, gdzie stykają się różne – często bardzo odmienne – kultury, tam też pojawiają się napięcia. Na ścianach są graffiti typu “beforeigners go home”. Państwo stara się zwalczać przejawy dyskryminacji ze względu na pochodzenie czasowe – “temporalfobię”. Ludzie mają tendencję do oceniania “prehistoryków” z góry jako nieokrzesanych albo Nordów jako barbarzyńców, którzy umieją tylko bić i pić. Fantastycznonaukowa wizja, która w soczewce pokazuje te same, stare problemy ludzkości – brak akceptacji, stereotypy, niechęć do wszelakiej inności. Nawet jeśli owa “inność” jest fikcją, bo przecież mamy do czynienia z rdzennymi Norwegami, tylko z innych czasów w historii. Pojawia się też wątek “transtemporalności”, czyli sytuacji, kiedy ktoś urodzony w danym czasie, czuje się wewnętrznie związany z innym. Na przykład współczesna kobieta, która czuje, że pochodzi z prehistorii.

Dzięki wytężonej pracy scenarzystów – Anne Bjørnstad i Eilif Skodvin – serial pozwala całkiem dobrze przyjrzeć się jak współczesna Norwegia działa także w tym rzeczywistym wymiarze. Widać wyraźnie na przykładach relacji bohaterów między sobą oraz z różnymi instytucjami, że tolerancja i poszanowanie dla człowieka faktycznie nie jest tu tylko frazesem. Świetny przykład to scena, w której Alfhildr zostaje wezwana do domu pary kolekcjonerów sztuki z czasów wczesnego średniowiecza. Państwo stworzyli sobie prywatne muzeum, w którym Urd – dawna koleżanka Alfhildr z czasów, gdy obie były tarczowniczkami w armii Thorira zwanego Ogarem – zniszczyła jeden z obrazów. Przedstawiał bowiem scenę z bitwy, w której brały udział. Właściciele chcieli sądzić się z Urd o odszkodowanie za poniesione straty. Policjantka Alfhildr ratuje koleżankę z opresji pytając kolekcjonerów czy mają wszystkie wymagane prawem oznaczenia, że zawarte w ich muzeum dzieła mogą wywołać stres, traumę i PTSD u osób nordyckiego pochodzenia. Genialne w swej prostocie. Z innych, nieco subtelniejszych przykładów, to chociażby wygląd policyjnej sali przesłuchań. To nie są znane z amerykańskich czy nawet polskich filmów klaustrofobiczne klitki z metalowym stołem i dwoma krzesłami. Stół jest z obowiązkową wodą do picia, a przy stole są materiałowe fotele w przestronnym, przeszklonym pomieszczeniu, nawet miejsce na roślinkę się znalazło.

Oczywiście to też może być wizja scenarzystów i prawdziwe norweskie komisariaty mogą wyglądać zupełnie inaczej, ale twórcy w wywiadach podkreślają, że zależało im na maksymalnym możliwym realizmie w nierealistycznej sytuacji. Nieco komicznym przypadkom związanym ze zderzeniem różnych czasów (Alfhildr w czasie menstruacji zamiast za drogich dla niej tamponów używa – wzorem kobiet ze swoich czasów – mchu) towarzyszą trudne tematy granic poszanowania oraz dojrzałe traktowanie widza. Nie brakuje tutaj scen pełnej nagości – w tym, dzięki pewnemu panu z czasów prehistorycznych, chyba najdłuższe ekranowe prezentowanie penisa, jakie w życiu widziałem w produkcji telewizyjnej.

Emocje jak na stypie, ale takiej ciekawej

To, co mi w tym serialu nie zagrało, to kreacje aktorskie. Być może to tylko moje postrzeganie (ukształtowane przez całe życie oglądania głównie amerykańskiej kinematografii) gry aktorskiej zupełnie typowej w Skandynawii, ale odniosłem wrażenie, że aktorzy są strasznie sztywni. Alfhildr (tak jak wszyscy Nordowie) jest ekspresyjna i żywiołowa, ale to tylko w porównaniu z resztą postaci w serialu, bo w kategorii tego, co ja uważam za ekspresyjność i żywiołowość, fińska aktorka Krista Kosonen zagrała swoją postać zupełnie… normalnie. Reszta kreacji sprawia wrażenie bycia niemal na skraju depresji, z okazjonalnymi uśmiechami i chichotami, które wydają się bardziej wymuszone niż naturalne, a dodam, że serial jest określany na niektórych portalach jako komediowy. Świetnie w tym odnajduje się Nicolai Cleve Broch, który wcielił się w Larsa. Jako pozbawiony złudzeń co do świata detektyw, którego żona zostawiła dla pochodzącego z XIX wieku pasjonata literatury i fajek (przez co coraz mocniej uderza w dragi) wypada bardzo wiarygodnie. Problem w tym, że prawie wszystkie pozostałe postaci prezentują podobny poziom radości z życia. Może to tylko moje wrażenie, może to specyfika społeczeństwa skandynawskiego (słyszałem takie historie od przyjaciółki, która spędziła sporo czasu w Finlandii), ale tak czy owak wygląda to bardzo ponuro i na jedno kopyto. Wyjątkiem jest wspomniany wcześniej przeważnie nagi prehistoryczny osobnik Navn. Rewelacyjny portret “jaskiniowca we współczesności” w wykonaniu aktora Oddgeira Thune.

Klasę wyżej oceniam oprawę muzyczną, która, jak na serial o różnych czasach przystało, oferuje barwny rozstrzał od współczesnej muzyki rozrywkowej przez muzykę klasyczną, a skończywszy na tradycyjnych brzmieniach nordyckich kojarzących się z Einarem Selvikiem i Wardruną. W sumie to utwory z tego ostatniego gatunku robią największe wrażenie. Choć z drugiej strony muszę głęboko pochwalić openingi do serialu – dawno tak nie miałem, że oglądałem za każdym razem zamiast przewijać. Przejażdżka Larsa i Alfhildr samochodem ulicami Oslo (przy każdym odcinku trochę inna) w rytm oryginalnego Ain’t No Love in the Heart of the City autorstwa Bobby “Blue” Band to małe mistrzostwo świata.

Przepraszam bardzo, czy ma pan chwilę, aby porozmawiać o Wszechojcu Odynie?

Science-fiction to gatunek twórczości obecnie tak rozbudowany, że trudno znaleźć w jego ramach coś oryginalnego. Tym bardziej spotyka nas pozytywne zaskoczenie, kiedy faktycznie to się udaje i to z motywem podróży w czasie, który sam w sobie był wałkowany na tysiące sposobów. Jeśli lubicie takie klimaty, przy jednocześnie trzeźwym spojrzeniu na otaczającą nas rzeczywistość, polecam wam Beforeigners z ręką na sercu. Jeśli nie są to do końca wasze klimaty, ale szukacie jakiegoś lekkiego, a przy tym sensownego spojrzenia na norweskie społeczeństwo, gdzie nadal pokątnie występują napięcia pomiędzy nordyckimi korzeniami a kulturą chrześcijańską (przez niektórych uważaną za obcą, narzuconą) – też polecam. Nie jest to oczywiście dokument ani nawet serial obyczajowy, więc przedstawione w nim sceny i sytuacje trzeba w oczywisty sposób traktować z pewnym przymrużeniem oka. Niemniej, ja dowiedziałem się z tej produkcji sporo. Aktorstwo może niektórych odrzucić, ale mimo wszystko całkiem nieźle się bawiłem przy tej produkcji.

Faktem jest, że nie spodziewałem się po Beforeigners wiele. Nigdy wcześniej nie oglądałem żadnego norweskiego filmu, co dopiero serialu. Podszedłem do tej produkcji całkowicie bez oczekiwań i skończyłem te sześć odcinków zadowolony. Podejście “na zero” jest całkiem dobrą opcją wyjściową na wiele sytuacji w życiu, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z czymś (albo kimś) po raz pierwszy, czymś innym i niecodziennym. Być może to nawet klucz do powszechnej, czy chociaż częściowej akceptacji wszelkiego typu inności – czegoś, czego współczesnej Polsce (w przeciwieństwie do chociażby takiej Norwegii) bardzo brakuje.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też: