Kino grozy wstaje z kolan (dzięki serialom)

Do tych spośród was, którzy oglądają horrory: zastanówcie się, kiedy ostatni raz jakiś film z tego gatunku was przestraszył. Naprawdę przestraszył. Nie na takiej zasadzie, że bohater/bohaterka myje zęby w łazience, po czym schyla się, aby wypluć zawartość ust do zlewu, podnosi się, a tam w lustrze UGA BUGA. Tak zwane jump scare’y to klasyka gatunku i wiadomo, że nas to raczej przestraszy niż nie, bo to zwykła instynktowna reakcja organizmu na coś gwałtownego, niespodziewanego. Nie o tym mowa. Pytam o najprawdziwsze, podskórne, płynące prosto z serca, narastające poczucie zgrozy.

Jeżeli to było dawno, to spoko – nie jesteście osamotnieni. Pierwszą osobą z brzegu, która przybije wam piątkę, jestem ja. Bardzo dokładnie pamiętam ostatnie horrory, które wzbudziły we mnie strach, bo odkąd skończyłem mniej więcej 16 lat zdarzało się to bardzo rzadko. Ostatni raz prawdziwe przerażenie na filmie grozy ogarnęło mnie 5 lat temu na seansie The VVitch w reżyserii mojego absolutnego mistrza gatunku Roberta Eggersa (pan odpowiedzialny za arcydzieło The Lighthouse). Mój Boże… klimat tego filmu jest nie do podrobienia. Lekki styl ludycznej opowieści o rodzinie pionierów z wysp brytyjskich, którzy osiedlają się na terenie Nowej Anglii i są torturowani – głównie psychicznie – przez wiedźmę. Mistrzowski scenariusz, reżyseria i scenografia, o aktorstwie nie wspominam. To było jak objawienie: nie jest ważnym, aby pokazywać odbiorcy „straszne rzeczy”: potwory, powykręcane twarze, odcięte kończyny – to jest łatwe. Sztuką jest pokazywać ludzi, którzy w przerażająco LUDZKI sposób reagują na rzeczy nieprzewidziane, niepożądane. Elementem przerażającym wtenczas staje się nie tyle zjawisko nadnaturalne, które “gdzieś tam” grasuje, ale nasza własna ludzka psychika, która pod wpływem niewytłumaczalnego pasma nieszczęść powoli stacza się ze stanu ciężkiego w agonalny. Przerażające piękno dekonstrukcji – Eggers jest w tym świetny.

Wcześniej poczucie grozy odczułem w 2012 roku przy okazji pierwszej części Woman in Black (reż. James Watkins) z Danielem “Potterem” Radcliffem w roli głównej. Wiktoriańska Anglia, zamglona, oddzielona od reszty świata wysepka, na terenie której stoi stara, nawiedzona posiadłość. Motyw nawiedzonych posiadłości to oczywiście kolejna klasyka gatunku, ale umiejscowienie horroru to moim zdaniem sprawa drugorzędna, bo, jak już pisałem, liczy się klimat. I tu znowu klimatu było sporo – zaszczuty młody adwokat, który powoli odkrywa mroczne tajemnice zakopane pod ziemią rezydencji (dosłownie i w przenośni). Co ważne, główny bohater nie był zaszczuty tylko przez demony posiadłości, ale także przez te własne, płynące z wnętrza. Według mnie właśnie w takich historiach drzemie prawdziwa moc opowieści grozy – osobistych, wynikających paradoksalnie nie ze śmierci, lecz z życia. Szkoda, że sequel, czyli Angel of Death (2014, reż. Tom Harper) odszedł od tego tropu i poszedł w ilość “strasznych momentów” a nie jakość.

Również ze względu na odwołania do “życia” straszny (w tym dobrym sensie) był dla mnie film Paranormal Activity (2007, reż. Oren Peli). Imitował w jakiś sposób rzeczywistość poprzez zastosowanie rzadkiego w tamtych czasach motywu mockumentary, czyli filmu, który udaje dokument. Składał się z połączonych ze sobą fragmentów nagrań wykonanych przez samych bohaterów różnymi rodzajami kamer. Występujący przed nimi aktorzy byli de facto własnymi operatorami i używali swoich prawdziwych imion. Całość miała być maksymalnie realistyczna. Kluczowe tu były nagrania nocne, kiedy para mieszkająca w swoim nawiedzonym domu smacznie spała, a w tym czasie działy się różne dziwne rzeczy. Co było w tym strasznego? Sam film mnie aż tak bardzo nie przeraził, ale to, co zaobserwowałem po seansie wysadziło mnie z butów kolokwialnie mówiąc. Otóż najmocniejszym elementem Paranormal Activity była początkowa subtelność. Na pierwszych nocnych nagraniach nie dzieje się wiele, ale coś jednak tak – słychać stukanie, szuranie, drzwi skrzypią, coś pęka, coś strzela. Nie jest tego dużo, to się zdarzy może raz, dwa razy przez całą noc. Na co dzień większość z nas nie zwraca na to uwagi, ale dokładnie takie same odgłosy słyszymy często we własnych domach. Próbując zasnąć po tym filmie słyszałem wszystkie dźwięki jakby głośniej niż zwykle. Niesamowite doświadczenie. Szkoda, że tylko jednorazowe, bo kolejne części tej serii już takich wrażeń mi nie załatwiły.

To, co nas przeraża

Te trzy przykłady, choć jaskrawe to jednak tylko pojedyncze gwiazdy w gigantycznej czerni kosmosu zwanej “współczesnym kinem grozy”. Horrorów jest cała masa, stale wychodzą nowe, ale absolutna większość z nich na jedno kopyto – aby przestraszyć stosują stare, “dobre” metody. Jump scare zadziała prawie zawsze, bo jest oparty o mechanizmy odruchowe, uniwersalne dla większości ludzi. To, co jest trudne, i co świadczy o prawdziwym kunszcie, to podprogowe działanie na psychikę widza w taki sposób, że strach odczuwa przez długi czas, a nie tylko w jednej chwili. Mało kto podejmuje się tego zadania, bo wymaga inwencji, sprytu, ale przede wszystkim trudu poznania ludzkiej podświadomości i umiejętności wykorzystania jej słabości przeciwko jej samej. Próby są, jak chociażby w przypadku kasowej serii The Conjuring (właściwie to już całe uniwersum…), ale zasadniczo bez sukcesów, bo ostatecznie szkielet tych historii, choć oparty o fakty, to i tak sprowadza się do wykorzystywania wspominanego już “wyskakiwania z fotela/kanapy/etc.”. Jednak dwa lata temu, po premierze serialu The Haunting of Hill House (Nawiedziony dom na wzgórzu) od Netfliksa, doznałem kolejnego objawienia.

Historia, która posłużyła za kanwę, to książka pod tym samym tytułem amerykańskiej pisarki Shirley Jackson. Powieść ukazała się w 1959 roku i oprócz najnowszej, serialowej adaptacji doczekała się jeszcze dwóch wcześniejszych, filmowych – w 1963 roku (reż. Robert Wise) i w 1999 (reż. Jan De Bont), oba filmy pod tytułem The Haunting. Tego pierwszego z 1963 nie oglądałem, więc go nie oceniam, ale oglądałem ten z 1999 i zrobił na mnie spore wrażenie. Wprawdzie nie było to trudne, bo miałem wtedy 9 lat, ale oglądałem ten film też będąc starszym osobnikiem i nadal mi się podobał. Z drugiej strony chyba tylko dlatego, że mam słabość do motywu starych posiadłości zamieszkałych przez paranormalne istoty. W tej historii jednak (mam teraz na myśli także literacki oryginał) posiadłość nie jest tylko budynkiem, lecz postacią, “żywym” organizmem, który niczym Hotel Overlook w The Shining sam w sobie stanowi najmocniejszy element dość sztampowej (z dzisiejszej perspektywy) historii. Oto czwórka osób wynajmuje Hill House na wakacje i zamieszkuje tam, aby udowodnić lub zdementować istnienie zjawisk paranormalnych. Z czasem cała czwórka zaczyna rzeczywiście doświadczać niewytłumaczalnych rzeczy. W książce te zjawiska są opisane bardzo zdawkowo, oszczędnie. Czytelnik nie zawsze jest informowany o tym, co widzą bohaterowie, opisy raczej skupiają się na ich przeżyciach, na tym, co się dzieje w ich głowach. Słynny stał się fragment książki, w którym jedna z bohaterek absolutnie przerażona krzyczy do zwróconej w jej stronę drugiej bohaterki, aby biegła i pod żadnym pozorem nie obracała się za siebie. Czytelnik nigdy się nie dowiaduje, co ta pierwsza widziała. O ile filmowa adaptacja z 1963 roku jest wiernym odwzorowaniem książkowego pierwowzoru, tak druga dalece od niego odbiegała (za co spotkała się z dużą krytyką).

Memento vitae

Paradoksalnie serial The Haunting of Hill House nie jest tak naprawdę o duchach. Akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych. W pierwszym (przeszłość) małżeństwo Hugh i Olivia Crane wraz z piątką dzieci wprowadzają się do posiadłości Hill House. To, co miało stanowić nowy rozdział dla całej siódemki w gigantycznym, bajkowym domu, przeradza się w koszmar, gdy niewytłumaczalne zjawiska oraz wizje zaczynają dręczyć dzieci i ich matkę. Drugi plan czasowy (teraźniejszość) rozgrywa się kilkanaście lat później, kiedy to dorosłe już dzieci Crane’ów zmagają się z przeszłością – każde na swój sposób. Nell leczy się w szpitalu psychiatrycznym, Shirley ma zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, Theodora jest hipochondryczką, która nadużywa alkoholu i przygodnych stosunków seksualnych, Luke jest uzależniony od narkotyków, a Steven napisał bestsellerową książkę o wydarzeniach, które spotkały całą piątkę kilkanaście lat wcześniej. Duchy przeszłości nie pozostawiły dzieci Crane’ów w spokoju (dosłownie) i choć żadne z nich tego nie chciało, muszą się ostatecznie skonfrontować z nimi… i z sobą nawzajem.

Nie będę się wdawał w szczegóły jakości scenariusza czy kreacji aktorskich, dość powiedzieć, że jedno i drugie stoi na bardzo wysokim poziomie. To, co mnie najbardziej urzekło w tej metafizycznej produkcji, to narracja przenikająca wiele wątków jednocześnie, przy czym stale orbitująca wokół tego samego motywu – rodziny. Relacji, które kształtują nas na całe życie. Chyba każda rodzina ma jakieś “trupy w szafie”. Często zostają w niej na bardzo długo, czasem na zawsze. Mało kto chce się przykładowo mierzyć twarzą w twarz z tym, że będąc dzieckiem spotkała tę osobę jakaś krzywda ze strony tych, którzy teoretycznie powinny być jej najbliżsi i otaczać ją opieką. Przy czym nie mówimy o jakichś historiach patologicznych (choć czasami trudno postawić wyraźną granicę pomiędzy zachowaniem patologicznym a “typowym” w rodzinie), tylko na przykład o wieloletnich szykanach, naśmiewaniu się, podkopywaniu pewności siebie. Takie rzeczy siedzą w nas, gniją przez lata i mimo najszczerszych chęci, by tak nie było – zawsze wychodzą na zewnątrz. Konfrontacja z bólem, jaki się z tym wiąże, jest bardzo trudna. Czasami wręcz niemożliwa. Bohaterowie serialu są jednak do tego zmuszeni okolicznościami. Poszczególne odcinki opowiadają indywidualne historie każdego kolejnego członka rodziny Crane’ów. Dowiadujemy się, jakie demony (dosłowne i metaforyczne) ich dręczą. Opowieść o duchach jest tutaj tylko pretekstem do psychoanalizy relacji rodzinnych. To, co widza przeraża, oprócz klimatycznych scen związanych ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, to przede wszystkim proza życia. To, że przed pewnymi sprawami nie da się uciec, choćbyśmy nie wiadomo jak głęboko je zakopali.

Oczywiście nie oznacza to, że sceny paranormalne są potraktowane po macoszemu. Jedną z moich ulubionych jest moment, kiedy jedno z dzieci Crane’ów (gdy jeszcze są małe i mieszkają w posiadłości) słyszy pukanie dochodzące z korytarza. Wstaje z łóżka, idzie do drzwi, delikatnie je uchyla i wygląda zza nich by zobaczyć gigantycznego ducha, lewitującego od drzwi do drzwi i stukającego w nie laską. Absolutna cisza tej sceny, nie licząc wspomnianego stukania, jest zagraniem subtelnym i genialnym. Jump scare’y też tutaj są, ale jest ich mało i są umiejętnie wplecione w akcję – w większości horrorów da się przewidzieć, kiedy nastąpi coś nagłego, np. scena z lustrem daje niemal gwarancję, że w tym lustrze się coś pojawi. Tutaj takie zjawiska nie są równie oczywiste. Nie jest to zresztą istotne, bo, jak już pisałem, najważniejsza jest terapia rodzinna. Historia z duchami, która zasadniczo powinna traktować głównie o śmierci, staje się historią o życiu, z duchami w tle. Wiele filmów grozy podejmowało się takiego przedsięwzięcia, mało któremu się udało. Sukces w tym wypadku należy przypisać serialowej formule. Rozłożenie historii na części umożliwiło dokładne spojrzenie na nią z wielu różnych perspektyw (także czasowych). Reżyser Mike Flanagan buduje napięcie stopniowo. Ono jest odczuwalne, ale w pierwszych odcinkach bardzo delikatnie, jak lekkie podmuchy wiatru zwiastujące silniejszą wichurę. Niepokój towarzyszy nam nawet wtedy, kiedy nic strasznego się nie dzieje – dramat paranormalny pięknie współgra z dramatem rzeczywistym.

Miłość, która przezwycięża śmierć

W tym roku (dokładnie 9 października) premierę miał kolejny serial, który garściami korzysta z motywu “opowieści o ludziach w kontekście opowieści o duchach”. Nic zresztą dziwnego, bo The Haunting of Bly Manor (Nawiedzony dwór w Bly, ponownie w reżyserii Mike’a Flanagana) jest niejako drugim sezonem opisanego wyżej The Haunting of Hill House. Wzorem American Horror Story aktorzy z Hill House wracają do Bly Manor, tylko w innych rolach. Opowieść znowu rozgrywa się na terenie nawiedzonej posiadłości, ale kontekst jest zupełnie inny. Tym razem mamy do czynienia nie z horrorem jako takim, a z melodramatem, w którym zawarto paranormalne wątki. Znowuż, to nie znaczy, że sceny, gdzie pojawiają się duchy nie są straszne czy klimatyczne, że nie ma tu grozy. Jest, choć po prawdzie niewiele – dużo więcej jest tutaj metafor odnoszących się do ponadczasowej siły miłości (tudzież niezdrowego przywiązania) do drugiej osoby albo miejsca. Miłość bowiem z jednej strony jest uczuciem pięknym, wzniosłym, wzbogacającym nas pod wieloma względami. Z drugiej zaś istnieje miłość toksyczna, która potrafi niszczyć ludzi, zatruwać ich i zmieniać w kogoś zupełnie innego, obcego. Taka miłość może być jak klątwa, która w serialu jest rozumiana dosłownie. Duchy posiadłości Bly są bowiem ofiarami takiej miłości i każda kolejna osoba jaka tam ląduje, może przez to pozostać tam już na zawsze. Z takim zagrożeniem zmierzy się Dani Clayton, która zostaje zatrudniona przez właściciela posiadłości jako guwernantka i opiekunka mieszkającej w niej dwójki dzieci.

Ponownie mamy do czynienia z kolejną wersją historii, która już kiedyś w jakiejś formie się ukazała. Najpierw w 1898 roku jako nowela (The Turn of the Screw, pióra Henry’ego Jamesa) a potem w 1961 roku jako film (The Innocents, reż. Jack Clayton). Ponownie materiał źródłowy został rozszerzony i pogłębiony dzięki serialowej formule opowieści. Tak jak w przypadku wcześniejszej produkcji, każdy odcinek oferuje bliższe spojrzenie na poszczególnych bohaterów tej historii, jednocześnie powoli pchając wydarzenia głównego wątku do przodu, delikatnie dozując sceny grozy. O ile w Hill House strach był uczuciem, które towarzyszyło widzowi w równym stopniu co inne, tak w Bly Manor duchy schodzą na dalszy plan. One są, jest ich nawet sporo, ale to tylko tło do opowieści o relacjach międzyludzkich. O tym co jesteśmy w stanie poświęcić, aby być szczęśliwymi z tym szczególnym kimś. Bałem się tutaj zdecydowanie mniej, ale za to historia jest spójniejsza i na swój sposób piękna – coś za coś.

The only thing we have to fear is fear itself

To nie jest tak, że teraz każdy serialowy horror będzie rewelacją – oczywiście, że nie. Tuż przed pisaniem tego tekstu skończyłem oglądać pierwszy (i jedyny) sezon Ghost Wars (2017-2018 reż. Simon Barry) traktujący o miasteczku na Alasce, które zmaga się z inwazją dusz powracających zza grobu. Takie trochę The Walking Dead, tylko z duchami zamiast zombie. Pomysł sam w sobie ciekawy, ale wykonanie niestety średnie. Akcja za bardzo szarżuje do przodu już od pierwszego odcinka, aktorzy z nielicznymi wyjątkami ewidentnie nie wczuwali się w swoje role, a scenariusz jest jednak nieco zbyt naiwny, nawet jak na produkcję z pogranicza horroru i science-fiction. Nawet takie nazwiska jak Vincent D’Onofrio czy Kim Coates w obsadzie niewiele pomogły, aby ten serial oglądało się z zaciekawieniem. Ostatnie odcinki trochę wymęczyłem, żeby mieć to już z głowy (mam tak, że jak już zaczynam coś oglądać to kończę to, nawet jak mi się nie podoba). Nie zrozumcie mnie źle, serial jest niezły, ale TYLKO niezły. W porównaniu z dwoma opisanymi wyżej blednie jak Jacek Sasin na widok CBA.

To nie zmienia faktu, że tworzenie horrorów w formie seriali ma ogromny potencjał. To wspaniały nowy paradygmat, który umożliwia zabawę konwencją i opowiadanie ciekawych historii o ludziach przy pomocy opowiadania o duchach jako smaczekalbo równoprawne danie główne. Od lat byłem zdania, że horrory już mnie nie zaskoczą, ale na szczęście pomyliłem się. Mogą jeszcze zaskakiwać, mogą jeszcze zachwycać i, co najważniejsze, mogą jeszcze przerażać. A jeśli kiedyś to się zmieni, no to zawsze zostaje nam Robert Eggers. Obecnie pracuje nad filmem The Northman rozgrywającym się w X wieku na Islandii. Ma opowiadać o Wikingu, który szuka zemsty na mordercach swojego ojca. Jak znam Eggersa, film będzie psychodeliczną analizą zemsty i psychiki człowieka, który tej zemsty pragnie. W obsadzie Bill “Pennywise” Skarsgard, Nicole Kidman, Willem Dafoe i Ana Taylor-Joy. Jest na co czekać.

KUBA PADUCH – Od 2016 roku reporter Radia ESKA w Krakowie. Wcześniej reporter Polskiego Radia i współtwórca radia studenckiego Uniwersytetu Jagiellońskiego UJOT FM. Od dziecka gracz (głównie konsolowy), pasjonat Japonii i szeroko pojętej nerdowej popkultury. Wielbiciel kina rozrywkowego. Płakał pod koniec Metal Gear Solid 4 i w kinie na Avengers: Endgame. Jego życiowym idolem jest Son Goku.

Przeczytaj też:

Polowanie na czarodzieja

Pamiętacie, jak w kwietniu ubiegłego roku przy jednym z gdańskich kościołów doszło do spalenia “przedmiotów związanych z okultyzmem”? Obok parafii NMP Matki Kościoła i św. Katarzyny Szwedzkiej katolicki ksiądz wraz z grupką wiernych owieczek uznał, […]