Holland chce, żebyśmy leczyli się dotykiem cudotwórców. O szkodliwości „Szarlatana”

W pierwszej połowie października Czeska Akademia Filmu i Telewizji wybrała swojego kandydata w walce o najbardziej prestiżową nagrodę filmową na świecie, czyli Oscara. To Szarlatan polskiej reżyserki Agnieszki Holland, opowieść o autentycznej postaci Jana Mikoláška, czechosłowackiego zielarza, który zaszedł za skórę komunistycznej władzy. Dzieło udane, ładnie nakręcone, nieźle zagrane. Jednocześnie dość płytkie i nazbyt miłe współczesnym szarlatanom, którzy film Holland mogą traktować jako pochwałę Ukrytych terapii. Mikolášek bowiem różni się od Jerzego Zięby, ale czy bardzo?

Agnieszka Holland to z pewnością jedna z bardziej kontrowersyjnych postaci polskiej sztuki filmowej – choćby dlatego, że przez konserwatystów uważana jest za uosobienie „lewackiej” i upolitycznionej sztuki. Reżyserka nie stroni zresztą w swoich dziełach od tematów politycznych (mówiąc eufemistycznie), również poza kinem daje wyraz swoim poglądom (krytykując PiS, udzielając poparcia Bronisławowi Komorowskiemu w wyborach prezydenckich czy broniąc oskarżanego o wykorzystywanie seksualne Romana Polańskiego). Nie inaczej jest w Szarlatanie. Pozornie oderwany od współczesnych realiów dramat biograficzny niesie wiele przesłań.

Jan Mikolášek był zielarzem-uzdrowicielem, urodził się w 1887 roku, a zmarł w 1973. W Szarlatanie poznajemy go w momencie, gdy ma już własną „praktykę uzdrowicielską”, wielki dom, niemalże pałacyk, w którym znajduje się jego gabinet. To czas, w którym przed bramą willi ustawiają się długie kolejki chorych z różnymi problemami: od niestrawności, przez astmę czy arytmię, po cierpiących z powodu śmiertelnych nowotworów. Tych ostatnich Mikolášek odsyła z kwitkiem. Wie, że nie jest w stanie im pomóc. Odsyła do prawdziwych lekarzy – sam jednocześnie zaprzecza, by był medykiem.

Mikolášek dysponuje kilkoma mieszankami ziół na różne okazje, które rozdaje chorym na określone dolegliwości. W bardziej skomplikowanych przypadkach tworzy nowe, pasujące do rodzaju schorzenia. Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób diagnozuje pacjentów. Uzdrowicielowi do postawienia bezbłędnej diagnozy wystarcza obserwacja moczu w przezroczystej buteleczce ustawionej pod światło. Sprawdza, czy mocz jest mętny, co w nim pływa, jakiego jest koloru. To wystarcza. Mikolášek nigdy się nie myli. Nie w filmie Holland.

„Skąd takie magiczne zdolności?” – spytacie. Wychodzi na to, że czeski zielarz wyssał niesamowitą wiedzę (?) z mlekiem matki, a ziołami i ogrodnictwem – jak ojciec – zajmował się od małego. Dzięki swojemu talentowi zaskarbił sobie uznanie władz, najpierw hitlerowskich, a później czechosłowackich (uratował prezydentowi nogę przed amputacją), jednak w latach 60., czyli w czasie, w którym dzieje się akcja Szarlatana, Mikolášek jest na cenzurowanym i wpada w niełaskę władz, które zarzucają mu rozmyślne zabójstwo członka partii komunistycznej. Według służb bezpieczeństwa Mikolášek, do którego zwrócił się przed śmiercią chory, świadomie przesłał mu pocztą zabójczą substancję, stając się tym samym – oczywiście – wrogiem publicznym. Mimo ostrzeżeń przyjaznych mu osób nie zapada się pod ziemię i nie wyjeżdża, przez co w oczach widza staje się męczennikiem. Oto widzimy obraz człowieka, który mimo gróźb represji państwowego aparatu nie ugina się pod nimi, gdyż potrzebują go schorowani klienci/pacjenci.

Problem w tym, że szczerze wątpię w heroizm i talent Jana Mikoláška. Oczywiście Szarlatan to dramat biograficzny, a nie dokument. Agnieszka Holland mówiła dziennikarzom:

Zawsze interesowałam się uzdrawianiem. Fakt, że ktoś jest w stanie zagłębić się w ciało i duszę innej osoby, i odkrywa, co w nich jest. Mikolásek był niewiarygodnie inteligentny i intuicyjny, ale także racjonalny. Diagnozował ludzi i pomagał im za pomocą ziół (źródło)

Jak pisze Wirtualna Polska, dla Agnieszki Holland fakty historyczne miały przy kręceniu Szarlatana drugorzędne znaczenie. Mowa o filmie ze swojej natury biograficznym, a więc przedstawiającym możliwie jak najdokładniej życiorys osoby, która jest przedmiotem dzieła. Zadajmy więc sobie pytanie, jak uzdrowiciela przedstawia Holland w swoim dziele. Podobnie jak w Pokocie (2017, reż. A. Holland) protagonista jest symbolem „obrońcy natury”. Mikolášek, jak przyznaje sama Holland w rozmowie z Gazetą Wyborczą, medycyną niekonwencjonalną interesuje się od kilkudziesięciu lat. Sama korzystała z usług „szeptuchy” (ból pleców), przyprowadziła też dwie koleżanki do „cudotwórcy”, który „leczył” dotykiem. Reżyserka twierdzi, że im pomógł – choć jedna z nich miała później nawrót choroby „w tragicznym wymiarze”. Agnieszka Holland bezkrytycznie przyjmuje świadectwa osób, które korzystają z usług uzdrowicieli, podważając dorobek medycyny konwencjonalnej. Ta ostatnia, rzecz jasna, nieomylna nie jest, podobnie jak sami lekarze, natomiast nie oznacza to automatycznie, że nieomylni i wszechwiedzący są tajemniczy zielarze i uzdrowiciele. Stąd łatwo wyobrazić sobie, że artystka pokazała umiejętności Mikoláška jako nie do podważenia, bo podparte doświadczeniami wielu osób wyleczonych przez niego z różnorakich chorób. Każe widzowi przyjąć, iż każdy niemal element historii, która wydarzyła się przecież naprawdę, zaczerpnięty jest z faktycznej biografii. Tymczasem wydaje się, że przez film przemawiają nie fakty, a osobiste upodobanie autorki wobec, nie bójmy się tego nazwać, szarlatanerii. Szkoda, bo Mikolášek jako postać ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko rzekome boskie zdolności przepowiadania śmierci (co też w filmie się zdarza).

Tytułowy szarlatan jest bohaterem, którego losy mocno wplątane są w totalitarne reżimy – z początku nazistów, później komunistów. Jako uzdrowiciel leczący zarówno hitlerowskich zbrodniarzy, jak i następnie komunistycznych dygnitarzy, potrafi sprawnie lawirować w świecie łączącym czerń drogich garniturów z szarugą wojskowych mundurów. Jego umiejętności i upór pozwalają mu wieść dość spokojne życie w zaciszu swojego gabinetu mieszczącego się w bogatej willi ogrodzonej murem – co potęguje wrażenie odseparowania, z którym zresztą uzdrowiciel się zmaga na wielu płaszczyznach. Główny bohater jest ze wszech miar egoistą – zależy mu co prawda na leczeniu, ale wielokrotnie daje wyraz temu, że robi to nie dla samego faktu leczenia ludzi, co dla spełnienia własnej ambicji (często powtarza słowa muszę leczyć). Wrażenie separacji zwiększa jego homoseksualny romans z żonatym asystentem (którego ostatecznie wykorzystuje, by uniknąć wyroku, a jego ciężarnej żonie chce podać mieszankę ziół na poronienie, a więc ponownie widzimy egoistyczne usposobienie). Pamiętajmy, że związki homoseksualne na Czechosłowacji były wówczas zakazane. Jednocześnie – podążając ścieżką, którą nakazuje nam iść Holland – trudno odmówić mu szlachetnej pomocy, jaką niesie charytatywnie zwykłym ludziom – biednym, schorowanym, niemającym nadziei, poszukującym wsparcia i magicznej recepty na swoje dolegliwości. Bardzo często tę magiczną receptę dostają – i być może właśnie ta bezgraniczna wiara w oferowane im zioła oraz bezinteresowną pomoc sprawiła, że fenomen Mikoláška stał się tak powszechny. Ten dualizm postaci – z jednej strony bezwzględność, chłód i egoizm, a z drugiej ambicja i ofiarność – jest tym, co pociąga w Szarlatanie najbardziej. Niestety Holland nie zgłębia psychiki i motywacji Mikoláška tak, jakbyśmy tego chcieli, przez co staje się mimo wszystko postacią dość płytką. Z kolei jako przypadek walki jednostki z ciemiężącym systemem jest po prostu niezbyt satysfakcjonująca i niepotrzebnie rozwleczona.

Szarlatan to, trzeba oddać, całkiem udany obraz Agnieszki Holland, jednak moim zdaniem niezasługujący na miano oscarowego. Dodajmy do tego fakt, że film jest dziełem fascynacji medycyną alternatywną, która w ostatnich latach przeżywa niebezpieczny renesans w polskim (i nie tylko) społeczeństwie. Kino, prócz wartości czysto artystycznej, jest jednocześnie przekaźnikiem idei, a jego wpływ na kształtowanie opinii i postaw trudno przecenić. Wystarczy tylko przypomnieć, jak zgubny wpływ miał przemysł filmowy na najpopularniejsze rasy psów, które zaczęły być hodowane w ten sposób, by niekorzystne dla nich cechy (jednocześnie pożądane przez kupujących) były uwydatniane. W efekcie mamy dziś patologie pokroju ultrakrótkich, upośledzających oddychanie pysków u mopsów. W momencie, w którym inna patologia – współczesna szarlataneria i szamaństwo – zaczyna rozprzestrzeniać się jak zaraza, powinniśmy postawić jej tamę i nie udawać, że wiedziona półprawdami reżyserka robi film biograficzny. Ciekawy, z dobrymi aktorami i ładnie nakręcony, ale jednak w swej istocie po prostu szkodliwy.

Przeczytaj też:

Kino grozy wstaje z kolan (dzięki serialom)

Do tych spośród was, którzy oglądają horrory: zastanówcie się, kiedy ostatni raz jakiś film z tego gatunku was przestraszył. Naprawdę przestraszył. Nie na takiej zasadzie, że bohater/bohaterka myje zęby w łazience, po czym schyla się, […]