Seks, szachy i tabletki nasenne. „Gambit Królowej” to jeden z najlepszych seriali tego roku

I to pomimo tego, że mnie nieco wynudził. Na to jednak mam proste wytłumaczenie: seans rozpocząłem świeżo po przeczytaniu książki, której adaptacją jest serialowy Gambit Królowej autorstwa Waltera Tevisa. To o tyle istotne, że scenariusz produkcji Netfliksa – jak się okazało – bazuje w stu procentach na pierwowzorze i trudno doszukać się tu choćby jednej sceny, której w powieści nie było.

Nie jest to jednak zarzut. Gambit Królowej pod tym względem przypomina portret namalowany ręką utalentowanego artysty. Jest wręcz matematycznie poprawny względem pierwowzoru, a przy tym wyrazisty, wyjątkowy i nie do podrobienia.

Na miniserial Gambit Królowej składa się siedem odcinków opowiadających historię Elizabeth Harmon, genialnej szachistki, którą poznajemy jako 9-letnią dziewczynkę osieroconą przez matkę w wypadku samochodowym. Sama też w nim uczestniczyła – cudem jednak udało jej się uniknąć właściwie jakichkolwiek obrażeń. Osamotniona trafia do Methuen – sierocińca z surowością rygoru przypominającym zakonny i równie kategorycznym podejściem do wiary. Żadna w tym sensacja, rzecz dzieje się bowiem w drugiej połowie lat 50. ubiegłego wieku. Beth szybko odkrywa swój wrodzony talent i zamiłowanie do szachownicy. Pierwszych zasad uczy się sama, oglądając grającego samego z sobą woźnego. Później, nie bez trudności, udaje jej się zakradać do piwnicy, w której pan Sheibel uczy ją kolejnych szachowych posunięć i taktyk, np. obrony sycylijskiej, wariantu Najdorfa i tytułowego gambitu królowej. Wkrótce Harmon zaczyna wygrywać, niedługo potem rozgramia kilkunastu członków licealnego klubu szachowego w rozgrywce równoczesnej (z wszystkimi grała w tym samym czasie!), a finalnie dochodząc do krajowych (amerykańskich) i międzynarodowych turniejów. W późniejszych odcinkach jest już dorastającą dziewczyną, a w końcu kobietą – młodą dorosłą. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim przestaje się o niej mówić jako o cudownym dziecku, co prowadzi do pewnych życiowych rozterek – ale o tym później.

Beth jest postacią, którą w dwustu procentach angażują szachy. Za przykład miłości do tej królewskiej gry niech posłuży wizualizacja szachownicy, którą Harmon maluje w wyobraźni na suficie tuż przed snem. Dziewczyna potrafi spędzić wiele godzin leżąc w łóżku i przestawiać nieistniejące bierki, analizować swoje i cudze partie szachów w nieskończoność. Talent to jedno, drugim jest praca i ćwiczenia – na te Beth poświęca całe dnie, czyta książki szachowe i magazyn Chess Review. Bohaterka kocha szachy bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek. Poza jednym. Jeszcze bardziej uwielbia wygrywać; tak, jakby więzi tworzyła nie z ludźmi, a z pionami, skoczkami i wieżami. Tak jak mężatka wpadłaby w furię, gdyby nakryła męża na zdradzie, tak samo Elizabeth Harmon traci wszelkie nerwy, gdy jej król zdradzi ją z królową przeciwnika.

Właśnie: furia. Naopowiadałem się już o niecodziennym talencie, jaki przejawiła Beth. To wynika wprost z książki, na podstawie której powstał scenariusz; prawdziwym majstersztykiem jest jednak to, jak charakter Harmon przejęła na ekranie Anya Taylor-Joy, 24-latka odgrywająca główną rolę. Elizabeth to osoba o trudnej historii. Trud sierocińca nauczył ją, że w życiu nie dostanie nic za darmo, jest dość zamknięta w sobie, a przy tym bardzo emocjonalnie podchodzi do kwestii dla nich najistotniejszych: z początku to wyłącznie szachy, później tabletki nasenne, w końcu alkohol. Pierwsze i drugie wyniosła z sierocińca (personel faszerował zielonymi tabletkami wszystkie dzieci), trzecie przyszło z czasem, doświadczeniem i depresją. Taylor-Joy miała więc niezwykle trudne zadanie do spełnienia: oddać właściwą Elizabeth introwersję, pozorny chłód i nieufność w połączeniu z subtelnością pełnych emocji gestów, gotującym się wnętrzem, wściekłością wyrażoną ukradkowym spojrzeniem na okno i seksualnym podnieceniem ujawnionym w niepewnym muśnięciu serdecznym palcem leżącej na stole łyżeczki do kawy. Osiągnęła ten efekt i zrobiła to zjawiskowo.


Może zainteresuje Cię też:


Gambit Królowej to tak naprawdę serial jednej aktorki. Mimo że polscy widzowie często zwracają uwagę na to, że w amerykańskiej produkcji Netfliksa zagrał Marcin Dorociński, który wcielił się w rolę Rosjanina Vasily’ego Borgova, ale w całym miniserialu usłyszymy z jego ust zaledwie parę zdań – oczywiście w języku rosyjskim. Jako postać dla fabuły Borgov jest kluczowy – jawi się on jako arcywróg, ostateczny przeciwnik ambitnej Amerykanki, jednak na płaszczyźnie scenariusza sam Dorociński ma niewiele do roboty. Nie jest więc tak, jak donosi „Super Express„, że Dorociński „PODBIJA ŚWIAT” dzięki serialowi Netfliksa – to akurat stwierdzenie mocno przesadzone. 😉

Co oczywiste, Gambit Królowej to opowieść o wielu płaszczyznach, z którymi – choć połączone są dość niszowym sportem – utożsamić może się większość widzów. To problemy uniwersalne, o których zresztą czytamy w książkowym pierwowzorze i które naturalnie znalazły się także w serialu. To w dużej mierze problematyka związana z płcią – Elizabeth Harmon to kobieta w męskim świecie szachów, a dziennikarze relacjonujący jej kolejne sukcesy bardzo często skupiają się właśnie na jej płci, a nie talencie i rozgrywkach jako takich. Dla Beth to rzecz absolutnie nie do przyjęcia – jest indywidualistką, nie chce być postrzegana przez pryzmat swoich narządów rozrodczych, a już na pewno nie chce rozmawiać o swojej kobiecości – ją interesują wyłącznie szachy. Wątek feminizmu „wpychanego” w młodą szachistkę przez świat mediów to w mojej opinii fantastyczny obraz źle pojmowanej walki z dyskryminacją. Mianowicie: z dyskryminacją powinno się walczyć nie przez podkreślanie różnic, a przez ich niedostrzeganie – na taki wniosek nakierowują nas twórcy podczas rozmów Harmon z dziennikarzami (i nie tylko).

Po lewej Marcin Dorociński jako Vasily Borgov, po prawej Anya Taylor-Joy jako Elizabeth Harmon

Elementem pozostającym nieco w tle opowieści jest wątek rasowy. W Gambicie Królowej poznajemy postać Jolene, czarnoskórej dziewczynki, która do sierocińca Methuen trafia jakiś czas przed Elizabeth. Wkrótce stają się przyjaciółkami – i mimo tego, że Jolene w ośrodku spędziła dużo więcej czasu niż Beth, to właśnie przyszła szachistka znajduje rodzinę zastępczą. I ze słów Jolene, i z niektórych wypowiedzi nowej opiekunki Beth, widzimy dobrze, dlaczego tak się stało. W Stanach Zjednoczonych lat 50. i 60. czarnoskóre sieroty rzadko znajdywały rodzinę zastępczą. Z Jolene jest tak samo. Beth dostrzega ten problem i z empatią zwraca się do koleżanki z… przeprosinami. Za to, że to ona została adoptowana, a nie Jolene.

Takich „uniwersalnych tez” przedstawiono w serialu więcej: dość wymienić kwestię wyłącznie fasadowej troski o dobrostan psychiczny dzieci w sierocińcu czy „leczenia” niepowodzeń i wewnętrznej pustki alkoholem i tabletkami nasennymi. Widzimy wyraźnie – bo na przykładzie nie tylko Beth – że to problem niemal systemowy, z którym co wrażliwsze jednostki wyraźnie sobie nie radzą.

Gambit Królowej to kawał solidnej roboty tak aktorsko, jak i realizatorsko. Poznawanie historii przypomina coraz intymniejsze spotkania sam na sam z protagonistką, która nawet przed samą sobą nie potrafi do końca się otworzyć. To także serial kładący ogromny nacisk na realistyczne podejście do sportu, jakim są szachy. Pojedynki szachowe ogląda się z zapartym tchem, co niektórym może wydać się dziwne. Szczególnie przyjemnie będzie się oglądać miniserial tym widzom, którzy grają w szachy, choćby od czasu do czasu ze znajomymi lub rodziną. Za rekomendację niech posłużą słowa arcymistrza szachowego, trzykrotnego mistrza Polski w szachach Radosława Wojtaszka z wywiadu dla WP SportoweFakty:

Chyba każdy z nas miał kiedyś styczność z szachami, zagrał w życiu choć jedną partię z ojcem albo z dziadkiem. Powiedziałbym, że szachy mają status gry, którą wszyscy znają, ale nie wszyscy ją rozumieją. Z jednej strony są bardzo dostępne, bo zasady są proste, a z drugiej bardzo niedostępne, bo różnica między amatorem a mistrzem, jest kolosalna. I chyba z tego bierze się ich aura tajemniczości, fascynacja grą nawet wśród ludzi, którzy niewiele o szachach wiedzą Radosław Wojstaszek [źródło].


Przeczytaj też: