O dwóch takich, co uratowali Star Wars

Nowa trylogia Gwiezdnych Wojen jest obecnie już w większości uznawana za blamaż jej twórców i dowód na to, że przejście uniwersum w ręce Disneya było strzałem Greedo w tył głowy Hana. Ja sam, jako fan od dziecka, który wraz z filmami i grami Star Wars dorastał, muszę przyznać, że choć naprawdę są pozytywy w historii Rey i Kylo Rena, to jednak ostatecznie całość się nie spina (delikatnie mówiąc). Ale, ale… Czy za wszystko winę ponosi Disney? Czy nie ma przyszłości dla gwiezdnej sagi? Na szczęście Jon Favreau i Dave Filoni pokazali nam, że nic podobnego.

Powiedzmy sobie to jasno: nieprawdą jest, że wszystko, co powstało w ramach Gwiezdnych Wojen post-Disney to klapa. Wręcz przeciwnie; jeśli rozpatrywać ten transfer jako zwykły zero-jedynkowy bilans dobrych i złych produkcji, to ostatecznie w mojej ocenie dolary Myszki Miki były zbawienne. Zbawienne w tym sensie, że wyciągnęły z mroków niemocy George’a Lucasa świat, który aż pękał w szwach od niesamowitych historii i jeszcze bardziej niesamowitych postaci. Większość z tych historii zostało już spisanych przez różnych twórców literackich czy komiksowych (o grach nie wspominając). Tak zwane expanded universe stanowiło obszar fabularny, który swoimi rozmiarami przyćmiewał historię opowiedzianą w pierwszych sześciu częściach. Na czele tego pisemnego zestawienia była oczywiście trylogia Wielkiego Admirała Thrawna, którą powszechnie uznawano za fabularną kontynuację głównego nurtu gwiezdnej sagi po wydarzeniach z Powrotu Jedi. Ogrom materiału czekał tylko na to, aby ktoś majętny i nawet niekoniecznie mądry sypnął nieco dolarów, oddał sprawę wiernym fanom, którzy tylko na taką okazję czekali latami.

Robert Iger (Disney, po lewej) i George Lucas (Lucasfilm, po prawej) podpisują umowę w sprawie przekazania Disneyowi praw do marki Star Wars (2012) // fot. Rick Rowell/AP

Gdy w 2012 roku Disney zakupił prawa do Gwiezdnych Wojen za około 4,5 miliarda dolarów, uczucia były mieszane. Z jednej strony: no stało się. W końcu fani mogli liczyć na to, że “coś się ruszy”. Z drugiej strony był strach, że disneyowska machina do dojenia hajsu zmieli uniwersum nie do poznania i to, na co wszyscy czekali, będzie jedynie marną karykaturą kanonu. Decyzja Lucasfilm (już pod zarządem Disney’a) z 2014 roku, aby przemianować expanded universe na Star Wars Legends i ogłosić cały ten wyżej opisany materiał dodatkowy jako niekanoniczny rzucał nawet nie kamień, lecz gigantyczny głaz do ogródka sceptyków.

Nie wywalono jednak poza nawias wszystkiego, co powstało wcześniej. Kanoniczny pozostał przykładowo (na szczęście) rewelacyjny serial animowany Star Wars: The Clone Wars nadawany w latach 2008-2014, przy czym w ustępującym roku 2020 po 6-letniej przerwie wyemitowano ostatni, siódmy sezon (zdecydowanie najlepszy i pięknie uzupełniający historię znaną z trzeciej części filmów, czyli Zemsty Sithów). Dzięki temu w sadze mamy takie bohaterki jak Ahsoka Tano czy Bo-Katan Kryze. Choć nie jest tak, że tylko seriale uratowały honor Gwiezdnych Wojen. Mamy też na przykład film Rouge One, z kultowymi już epizodycznymi występami Dartha Vadera (dwie sceny, które skradły i tak świetny film). Jednakże nie ulega według mnie wątpliwości, że formuła serialowa okazała się być najlepszym, co przydarzyło się sadze od transformacji Anakina Skywalkera.

Star Wars: The Clone Wars season 7 episode 12 ending explained – what's set  up by that conclusion? – HITC
Star Wars: The Clone Wars.

Było nas czterech, w każdym z nas inny szkielet

Dwójka zbawców galaktyki, o których wspominam w tytule tego wpisu, to jednak wcale nie dwójka, o czym bardzo szybko fani z jakiegoś powodu zapomnieli. The Mandalorian (bo przecież o nim obecnie wszyscy myślą, kiedy wyobrażają sobie przyszłość sagi) ma w sumie siedmiu reżyserów i dwie reżyserki. Głównym zespołem cudotwórczym są jednak scenarzyści i tych z kolei jest aż czterech: oprócz Favreau i Filoniego mamy jeszcze Ricka Famuyiwę i Christophera L. Yosta. Rozkład pracy oczywiście nie był równomierny, bo najwięcej maszynopisu zawdzięczamy Jonowi Favreau – aż 15 odcinków. Dave Filoni jednak, mimo iż uznawany za drugi filar przedsięwzięcia, odpowiada za scenariusz tylko do jednego odcinka – piątego rozdziału drugiego sezonu pod tytułem The Jedi. Nie jest to zaskakujące. Filoni jest głównym architektem sukcesu serialu animowanego o Wojnach Klonów. Był w zespole reżyserskim przez sześć sezonów i został współscenarzystą siódmego. Dlaczego to istotne z punktu widzenia jego udziału w The Mandalorian? Ano dlatego, że właśnie w piątym odcinku drugiego sezonu pojawia się wyczekiwana przez fanów bohaterka Wojen Klonów – Ahsoka Tano. Fani z miejsca pokochali tę aktorską wersję w wykonaniu Rosario Dawson. Odbiór był tak dobry, że Dawson została zaangażowana na dłuższy okres i powróci do roli Ahsoki w solowym serialu o jej przygodach już po Wojnach Klonów i kolejnym kanonicznym serialu animowanym, w którym Ahsoka również się pojawia – Star Wars: Rebels (jego twórcą również był Dave Filoni).

Here's When 'The Mandalorian' Returns To Disney Plus For Season 2
The Mandalorian.

Niezależnie od tego, kto dokładnie czym się zajmował w mandaloriańskim projekcie, nie uchodzi wątpliwości, że panowie niejako “napisali historię na nowo”. Niektórzy fani chcieliby nawet, żeby zrobili to dosłownie. Powstała internetowa petycja, aby Jon Favreau i Dave Filoni otrzymali “klucze do galaktyki”, czyli pokierowali realizacją wszystkich kolejnych produkcji z gwiezdnowojennej stajni. Pojawiły się nawet spekulacje, że wątki rozpoczęte w Mandalorianinie mają w jakiś sposób “nadpisać” porażkę fabularną nowej trylogii poprzez stworzenie zupełnie nowej wersji wydarzeń, swoistego rebootu. O ile to czysta fantazja (kto oglądał już drugi sezon Mando ten wie, że serial wykłada fundamenty pod wydarzenia znane z najnowszych filmów), tak muszę przyznać, że Disney chyba trochę rakiem wycofuje się ze swoich trzech opus magnum i jakby nie do końca się do nich przyznaje. Odnoszę wrażenie, że dla zarządu Myszki Miki te filmy niby są, ale nie trzeba o nich pamiętać. Fanom takie podejście najwyraźniej odpowiada.

„Skąd ta ekstaza”, zapytacie? Rozumiem ją, bo dla mnie również oba sezony The Mandalorian (zwłaszcza drugi) są objawieniem. Kolejnym dowodem na to, że nadal da się zrobić świetną historię rozgrywającą się “dawno, dawno temu w odległej galaktyce”. Trylogia Rey niestety temu zaprzecza (o przyczynach za chwilę), ale wszystko, co powstało poza nią, pokazuje, że można. Duet Favreau-Filoni jest szczególnie wyróżniany, bo sami są fanami, którzy tworzą razem z fanami coś dla fanów. Takich deklaracji w przeszłości było wiele, ale wystarczy powiedzieć, że obsadzenie wspomnianej już Rosario Dawson nastąpiło właśnie pod wpływem głosów fanów, którzy widzieli w niej idealną odtwórczynię roli Ahsoki na długo zanim wiadomo było, że faktycznie ją otrzyma. Wróćmy jednak na chwilę do mrocznych czasów.

The Mandalorian: Jon Favreau compares Dave Filoni to George Lucas
Jon Favreau (z lewej) i Dave Filoni (z prawej).

Mary Sue Rey i tragedia niespójnych scenariuszy

Zawsze wydawało się, że fandom Gwiezdnych Wojen jest krwiożerczy i nie da się go zadowolić. Trochę jak z fandomem Gry o Tron. Wobec rozwiązań scenariuszowych w ostatnim sezonie, które nie odpowiadały fantazjom widzów, cała produkcja została zjedzona żywcem i do dzisiaj jest (trochę niesłusznie) synonimem “złego posmaku” (pisałem o tym już na Pełnej Kulturce). Tymczasem “krwiożerczy” fandom Gwiezdnych Wojen został w pełni zadowolony, czy wręcz zachwycony Mandalorianinem. W czym tkwi tajemnica? Powiem ze swojej strony jako jeden z milionów fanów sagi: jedyne, czego ja, jako człowiek z trzydziestoma wiosnami na karku, oczekiwałem od kolejnych produkcji z tej serii, to żeby traktowały mnie poważnie. Żeby to nie była papka dla dzieci upakowana w błyszczący się od efektów specjalnych papier prezentowy. Oczywiście Gwiezdne Wojny w swoim zarodku to baśń space fantasy ale jednak to, co sprawdzało się w kinie nowej przygody lat 70. i 80. ubiegłego wieku dziś już jest jedynie echem przeszłości, którą choć szanujemy, to jednak nie chcemy, aby była powtarzana w kółko. A tak się stało w przypadku Star Wars Episode VII: The Force Awakens. Scenariuszowo była to wręcz kalka Nowej Nadziei. Autoplagiat, który jest “auto” tylko dlatego, bo Disney jest legalnym właścicielem praw do ekranizacji tych pomysłów. Główni bohaterowie sagi potraktowani bardziej jak wabiki na widzów w salach kinowych niż postaci z krwi i kości. Bezpłciowy główny antagonista. Jednym słowem: dramat, którego autorem był J.J. Abrams. Człowiek lansujący się jako “true fan”, ale chyba jednak Star Treka, bo ducha Star Wars nie uchwycił nawet małym palcem.

Gwiezdne Wojny: J.J. Abrams odmówił reżyserii VIII epizodu
J.J. Abrams.

W przypadku Episode VIII: The Last Jedi sytuacja uległa moim zdaniem znacznej poprawie. Zmiana reżysera na Riana Johnsona wyszła produkcji na dobre, bo dzięki niemu została skierowana na inne tory – własne przede wszystkim. Historia rozczarowanego naukami Jedi Luke’a Skywalkera była kontrowersyjna (by powiedzieć najmniej), ale przynajmniej była JAKAŚ. Nie naśladowała bezpośrednio czegoś, co już było (choć kilka silnych nawiązań do kontrataku Imperium też się znalazło) tylko próbowała stworzyć nową narrację. Ta narracja, fakt faktem, bardzo nie spodobała się fanom, którzy znowuż oczekiwali “starego, dobrego Mistrza Luke’a”. Tego, który nigdy się nie poddaje i jest pełen stoickiego spokoju, nawet w obliczu miażdżących przeciwności. Sam “Luke”, czyli Mark Hamill po premierze przyznawał w wywiadach, że to nie jest “jego” Luke (stwierdzenie stało się potem popularnym hasztagiem #notmyluke). Mi osobiście taka narracja przypadła do gustu, ale rozumiem rozczarowanie innych ludzi. Co dalej? Mieliśmy znowu bezpłciową nową bohaterkę Rose, która wspólnie ze znanym z TFA Finnem jakoś tam pchała do przodu równie bezpłciowy wątek infantylnie poruszający kwestię wpływowego kapitału dorabiającego się na działaniach wojennych. Ciekawy temat potraktowany zupełnie niepoważnie. Trochę wrzasków jak zwykle “imponującego” Kylo Rena i tyle.

Absolutnym “gwoździem programu” tego triumwiratu był finał, czyli Episode IX: Rise of Skywalker. Nawet nie wiem, od czego zacząć, opisując tragedię tego filmu, więc powiem tylko o tym, co jest zasadniczo centralnym elementem i jednocześnie według mnie tym najgorszym: pomysł z klonowaniem Imperatora. Rian Johnson został wywalony, a na jego stołek powrócił “czołg” Abrams i to boleśnie widać, bo znowu rozjechał logikę w scenariuszu. Znowu tak naprawdę mamy powrót do tego samego błędu, który Abrams popełnił przy TFA. Zapętlanie się fabuły w spiralę absurdu tylko po to, aby żerować na nostalgii fanów. W TFA nostalgia miała tyczyć się dawnych bohaterów: Hana Solo, Lei Organy, Luke’a (który ostatecznie pojawia się dopiero w ostatniej sekundzie filmu). W ROS chodzi o antagonistę. “Chcemy wywołać mega szok i mega zaskoczenie z jednoczesnym poczuciem beznadziei więc… ożywimy Palpatine’a!” “Ale J.J. Jak to wytłumaczymy w scenariuszu?” “NIEWAŻNE”. Tak sobie wyobrażam rozmowę przy storyboard’ach. Nie wiem kto to wymyślił zasadniczo, ale wiem, kto pod tym się podpisał i przekazał do realizacji. Nie wiem zresztą, co jest bardziej absurdalne: klon Imperatora (który, nadmienię, udał się AKURAT TERAZ, bo wcześniej jakoś… no nie), czy nagłe nawrócenie Kylo.. sorry, Bena Solo. Tego samego Bena Solo, który swojego Starego jakby bez skrupułów zadźgał dwa filmy wcześniej. To dałoby się jakoś obronić, gdyby nie fakt, że w poprzednim filmie – The Last Jedi – Kylo ostatecznie jakby decyduje się na ciemną stronę mocy… Prawda? “To wymyślił Rian. Rian już tu nie pracuje.” A, to sorry.

Absurdy wszystkich trzech filmów spaja jeden wspólny: główna bohaterka Rey, która jest znana jako “Mary Sue” (lub “Ryan Craig” dla facetów). To zbiorcze określenie na bohaterki, które właściwie nic nie muszą specjalnego robić, w żaden sensowny sposób się rozwijać, bo nie spotyka je nic złego. Żadne poważne trudności czy konsekwencje. Jeśli takowe się pojawiają, to tylko pozornie, bo ostateczny efekt i tak prowadzi do tego, że nasza “Mary Sue” wychodzi z opresji obronną ręką nawet, jeśli logicznie rzecz biorąc nie ma ku temu predyspozycji. Najlepszym przykładem jest chyba słynny finał TFA, kiedy to Rey nie mając dosłownie żadnego wcześniejszego treningu w posługiwaniu się mieczem świetlnym właściwie bez większych problemów pokonuje Kylo Rena, który takiego treningu zaliczył całe lata. Nawet nie można tego nazwać czystym fartem, bo pannica, choć dzierży laserowe ostrze pierwszy raz w życiu, to nagle robi piękne i efektowne cięcia, parady, bloki i riposty. Niezły ten nowy firmware Matrixa. Festiwal niepowagi jest kontynuowany przez kolejne filmy. Głosy krytyki były głośne i wyraźne od samego początku, ale czy twórcy filmowi się nimi przejęli? Niestety nie. Nawet odtwórczyni roli Rey – Daisy Ridley – uznała, że ludzie nie wiedzą, o czym mówią. Zarzuty o “Mary Sue” nazwała seksistowskimi i dla niej po sprawie. Po co słuchać fanów? Oni przecież tylko kochają to uniwersum. Tę miłość w sposób wyraźny odwzajemnili dopiero Favreau i Filoni.

Daisy Ridley Feels 'Totally Satisfied' with Rey's 'Perfect Ending' |  PEOPLE.com
Daisy Ridley jako Rey // Jonathan Olley/Lucasfilm

Star Wars Television Universe?

Umiłowanie twórców The Mandalorian do sagi widać naprawdę w każdym odcinku przygód „bezimiennego” Mandalorianina i Baby Yody (który już ma swoje imię, ale umówmy się… to nadal Baby Yoda). Począwszy od masy smaczków, które każdy prawdziwy fan wychwyci, poprzez liczne nawiązania do wydarzeń w innych czasach sportretowanych nie tylko w filmach, ale też wspomnianych serialach animowanych czy nawet w grach (w drugim sezonie Mando okazuje się, że fabuła gry Star Wars: Battlefront 2 z 2017 roku jest kanoniczna, co może sugerować, że to samo tyczy się genialnego scenariuszowo Star Wars Jedi: Fallen Order). Zresztą miłość do Gwiezdnych Wojen to jedno, ale widać w tym serialu też wielką miłość do kina jako takiego. Do westernu, heist movies, do kina drogi, kina wojennego, ale też do legendy kina samurajskiego Akiry Kurosawy. W obu sezonach są odcinki które przywodzą na myśl moich ukochanych Siedmiu Samurajów. Favreau i Filoni krótko mówiąc stworzyli pomnik trwalszy niż ze spiżu i wyłożyli fundamenty pod ogłoszone niedawno (na początku grudnia) przyszłe plany wydawnicze. Lista jest zaiste imponująca:

  1. Star Wars: The Book of Boba Fett. Zapowiedziany na przyszły rok solowy serial legendarnego łowcy nagród, który miał umrzeć w jelitach Sarlacca na planecie Tatooine, ale jednak nie umarł, o czym przekonujemy się w najnowszym sezonie The Mandalorian.
  2. Trzeci sezon The Mandalorian. Zaplanowany na Święta Bożego Narodzenia 2021.
  3. Andor. Solowy serial opowiadający o przygodach agenta Rebelii Cassiana Andora znanego z genialnego kina wojennego Rouge One. Premiera najpewniej w 2022 r.
  4. Obi-Wan Kenobi. Na ten serial fani czekają od lat. Mitów i fantazji co do rozwiązań fabularnych powstało tyle, że można by na ten temat nakręcić film dokumentalny. W roli tytułowej ponownie Ewan McGregor. Po ogłoszeniu, że w produkcji wystąpi również Hayden Christensen, ponownie jako Darth Vader, podniecenie wybuchło z mocą obu Gwiazd Śmierci. Premiera najprawdopodobniej w 2022.
  5. Wspomniana już Ahsoka. Data premiery nieznana. Szczegóły fabularnie również, ale fani podejrzewają, że serial może wypełnić lukę historyczną Ahsoki z czasów Galaktycznej Wojny Domowej. Mianowicie być może uzyskamy odpowiedź na pytanie: gdzie była Ahsoka, kiedy Luke Skywalker bił się z jej dawnym mistrzem.
  6. Star Wars: Rangers of the New Republic. Spin-off wątków poruszonych w The Mandalorian, rozgrywający się na tej samej płaszczyźnie czasowej. Szczegóły fabularne jak i data premiery jak dotąd owiane tajemnicą. Spekuluje się, że może chodzić o Sector Rangers, czyli swoistych szeryfów Nowej Republiki, którzy mieli za zadanie patrolować odległe zakątki galaktyki w celu utrzymania porządku i praworządności. Dwójkę takowych poznajemy w drugim sezonie The Mandalorian.
  7. Star Wars: The Bad Batch. Serial animowany skupiający się na znanym z ostatniego sezonu The Clone Wars oddziale “wadliwych” klonów, którzy poprzez swoje dziwactwa i niekonwencjonalne metody działania odnoszą spektakularne (i zaskakujące) sukcesy bitewne. Ekipa jest świetnie skrojona, więc szykuje się kawał dobrego kina w stylu Parszywej Dwunastki.
  8. Star Wars: The Acolyte. Coś zupełnie nowego, bo historia ulokowana w ostatnich latach tak zwanej “Epoki Wysokiej Republiki”. Mówimy o okresie liczącym sobie około 300 lat bezpośrednio poprzedzającym wydarzenia z pierwszej części filmów, czyli Mrocznego Widma.
  9. Lando. Co tu dużo mówić 😉 po prostu mini-serial o Lando Callarisianie. Obecnie nie wiadomo, czy do tytułowej roli powróci Donald Glover, który sportretował najlepszego przyjaciela (?) Hana Solo w jego “solowym” (he he) filmie.
  10. Star Wars Visions. Serial anime zrobiony na wzór nadchodzącego serialu animowanego Marvel Cinematic Universe – What if…? Ten drugi przedstawi w kilku(nastu?) odcinkach alternatywne wersje historii znanych nam z kinowych ekranów, czyli np. W miejsce Kapitana Ameryki bohaterką Drugiej Wojny Światowej została Peggy Carter jako Captain Britian. W podobnym stylu Star Wars Visions w 10 odcinkach ma pokazać alternatywne wersje znanych wydarzeń gwiezdnej sagi. Jakich? Tego jeszcze nie wiemy.
  11. Star Wars: A Droid Story. Kolejna solowa historia pary dobrze znanych nam mechanicznych tym razem bohaterów, czyli C-3PO i R2D2. Serial ma podobno być polem eksperymentalnym dla nowych technologii filmowych i nieznanych dotąd efektów specjalnych. Co to dokładnie znaczy – przekonamy się w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jak widać: jest na co czekać. Wreszcie ten ogrom światów i historii, o którym pisałem na początku, został poruszony, wstrząśnięty i zmieszany. Mam jednak wrażenie, że raczej niż fantazja różnych twórców i fanów inspiracją tutaj był wspomniany wyżej… Marvel. Większość z tych produkcji zapewne będzie się wzajemnie przeplatać. Bohaterowie jednych będą się pojawiali w innych czy to na zasadzie wzmianki albo we własnej osobie. Poniekąd już to się wydarzyło za sprawą drugiego sezonu The Mandalorian, który bezpośrednio łączy się z przynajmniej dwoma zapowiedzianymi wyżej produkcjami (The Book of Boba Fett i Ahsoka). Jeśli taki jest cel produkcyjny, to będzie już drugie podejście Jona Favreau do stworzenia kasowego ekranowego uniwersum, bo przecież nie zapominajmy, że to właśnie on zapoczątkował MCU w 2008 roku, gdy stanął za kamerą pierwszego Iron Mana. Jeśli to jakikolwiek wyznacznik… Ciekawe czasy czekają fanów Gwiezdnych Wojen i ja – będąc jednym z nich – nie mogę się doczekać.