Zgon na Sylwestrze. Recenzja filmu „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”

Z jednej strony: „świetne kino gatunkowe”, „rewelacyjnie zagrane”, pozytywna „niespodzianka”. Z drugiej: „ciar wstydu”, „szambo wybiło” i „najgorszy film roku”. To cytaty z opinii krytyków filmowych po premierze polskiej czarnej komedii pt. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją. Obsceniczny, przeżarty seksem, przemocą i absurdalnymi dialogami oraz gagami rodem z American Pie obraz Jana Belcla jest w rzeczywistości kombinacją powyższych elementów. Owszem, szambo wybiło, ale jest z tego dumne. Najgorszy film roku? Belcl świadomie zgłosiłby swój film do takiej nagrody. Ciar wstydu? Jak najbardziej, ale cóż to za guilty pleasure!

Powiedzmy sobie jasno: Wszyscy moi przyjaciele nie żyją nie jest filmem średnim ani przeciętnym. U jednych wzbudza niepohamowane salwy śmiechu, inni zakończą seans po 15 minutach. Historia dzieje się w domku na przedmieściach jednego z polskich miast. Impreza sylwestrowa, stoły uginające się od pizzy i butelek z alkoholem, łóżka skrzypiące od wyginających się w spazmach orgazmu ciał. Białe kreski, zielone papierosy. Taki, nie przymierzając, Project X – i to w dodatku jeszcze na sterydach. Po polsku.

Jaka piękna katastrofa

Nie rozpoczęciem imprezy Belcl otwiera jednak swój obraz, a policyjnymi oględzinami stosu trupów. Mamy tu do czynienia z dość prostą retrospekcją. Na miejsce masakry przyjeżdża dwóch śledczych – stary wyjadacz, który swojego poprzedniego partnera stracił na służbie, a także jego nowy partner, dla którego to pierwsza poważna sprawa w życiu. Miejsce zbrodni to, podeprę się tu angielszczyzną, bloodbath. W praktycznie każdym kącie domu leży ciało dwudziestokilkuletnich uczestników sylwestrowej imprezy.

Opowieść o tym, jak sylwestrowa zabawa przyjaciół zamienia się w krwawą łaźnię, nie jest podszyta ambicją opowiedzenia o głębokich zawiłościach międzyludzkich relacji. Trudno zresztą o taki efekt, bo postaci w filmie są skrajnymi karykaturami samych siebie. No więc mamy około 40-letnią blondynkę Glorię w roli „przyjaciółki z korzyściami” zakochanego w niej Pawle, który – z racji wieku – mógłby być jej synem. Mamy Anastazję, świrniętą na punkcie horoskopów, wróżb i międzyplanetarnych koneksji dziewczynę niedojrzałego emocjonalnie Roberta – ten z kolei jest lekkodusznym żywiołem każdej imprezy (wzorem amerykańskim ubrany w czapkę z daszkiem i kamizelkę bejzbolówkę). Mamy fotografa imprezy walczącego z uzależnieniem od marihuany, dwie niegrzeszące rozumem i wiecznie napalone plastikowe lale, Mormona z Francji i dostawcę pizzy, który w całe to zamieszanie wplątał się tragicznym zrządzeniem losu. Wybuchowa mieszanka charakterów, jakie znalazły się w filmie Wszyscy moi przyjaciele nie żyją, to klasyka gatunku. Postaci poznajemy zresztą również w bardzo szablonowy sposób: gospodarz imprezy przedstawia poszczególnych ich uczestników – i to dość szczegółowo, wymieniając podstawowe fakty na temat każdej z osób. Cała opowieść sylwestrowej nocy dzieli się na mniejsze fragmenty historii, które po kolei się ze sobą splatają.

fot. Marina Rygalina/Netflix

Te pomniejsze historie łączy element najniższego lotu żartów – ale tu mały haczyk! Belcl korzysta z tej prostackiej wręcz formuły całkiem świadomie. Możemy uznać, że całość jest filmowym pastiszem, że reżyser położył jak największy nacisk na to, by obraz był przede wszystkim formą taniej rozrywki. Dlatego w większości przypadków postaciom, których śmierć finalnie obserwujemy, brakuje głębi – ale to dobrze. Cóż by to była za zabawa, gdyby po salwie śmiechu następował żal i poczucie niesprawiedliwości? Są od tego wyjątki, ale generalnie widzowi po prostu nie jest szkoda mordowania przez reżysera traktujących się nawzajem jak przedmioty młokosów z niepowstrzymanymi żądzami seksu, kłamiących prosto w oczy, zdradzających i często skrajnie głupich. Może to właśnie krytyka hedonizmu i beztroski Pokolenia Z – jak nazywa się ludzi urodzonych po 1995 roku? Byłoby to o tyle ciekawe, że Jan Belcl sam urodził się w 1992 roku, ledwo co „przerasta” więc stworzone przez siebie postaci w filmie. A może to sposób odcięcia się od przeszłości?

Pissing, kokaina i Jezus Chrystus

Zostawmy górnolotność – bo z górnolotnością czy subtelnością film Wszyscy moi przyjaciele nie żyją nie ma nic wspólnego. Trup ściele się tu gęsto, a swego rodzaju zapowiedź krwawego widowiska niosą już napisy na samym początku filmu. Te przypominają kino Quentina Tarantino – krojem i ułożeniem podobne są do Pulp Fiction, kolorystyką przywodzą na myśl także Kill Billa. Wiadomo, mówimy o kompletnie innych produkcjach i klasie kina, ale warto zaznaczyć to zauroczeniem twórczością Tarantino (którego wymieniono nawet w podziękowaniach na końcu filmu!) – bo znajdziemy we Wszystkich… (jak to odmieniać?!) nawet kilka takich odniesień. Nie tylko zresztą do „mistrza dialogu”, bo scena z niszczeniem drzwi siekierą to jawne nawiązanie do Lśnienia Kubricka.

fot. Marina Rygalina/Netflix

Żarty. Odpalając seans sylwestrowej katastrofy na Netfliksie, przyznam szczerze, nadziei nie miałem żadnych. Ciekawość rodzimej produkcji zwyciężyła, choć szykowałem się na fale zażenowania przechodzące przez moje ciało jak prąd (pomnę tylko slasher W lesie dziś nie zaśnie nikt). Mimo że Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to czarna komedia, myślałem o niej jako o żenującym festiwalu nieśmiesznych i ugrzecznionych żarcików kończących się w jakiś sposób śmiercią. End of story. No i się zaskoczyłem. Pozytywnie. Nazwijcie mnie prymitywem, ale przy seansie bawiłem się znakomicie, kilka razy dosłownie ryczałem ze śmiechu. Film zaskakiwał komizmem sytuacyjnym, głupotami takimi jak niespodziewana scena dwóch młodych heteroseksualnych gości imitujących seks na oczach 40-letniej kobiety, by zaciągnąć ją do łóżka. Skrajnie głupie i – jeśli tego typu prostacki humor przemawia do kogoś tak jak do mnie – przezabawne. Jak wspomniałem, siłą filmu są właśnie tego typu sceny – cała historia jest tak miałka i przewidywalna, że nie powinniśmy nastawiać się na rozmyślanie o tym, jak właściwie wszyscy (moi przyjaciele) zginęli. Rozwiązanie jest podane na tacy już po pierwszych 20 minutach, a w dodatku jeśli oglądaliście wcześniej zwiastun, to widzieliście już scenę, w której dochodzi do pierwszego zabójstwa. Tu nie ma miejsca na zagadki i na intelektualną zabawę w ich rozwikływanie. Nie. Postaci są proste, historia jest prosta, ma się lać krew i być dużo seksu. I tyle.

Seks to osobna sprawa. To właśnie, powiedzmy ładniej, kopulacja sprawia, że w ogóle ktokolwiek ginie i to ona jest osią zdarzeń. Kto z kim, gdzie, jak oraz w ile osób – tylko to liczy się dla uczestników morderczego sylwestra. Wydaje się, że cała impreza została zwołana właściwie wyłącznie jako pretekst do numerku. Albo trzech. Mówię naprawdę nie o zwykłych seksualnych przygodach, a o całym wachlarzu wyuzdanych pomysłów, od seksu grupowego, przez pissing, po wkładanie dilda do odbytu zakneblowanego i duszącego się własnymi wymiocinami faceta. Belcl nie ma litości: i jakby tego było mało, Bogu ducha winny Mormon-Francuz, który – co oczywiste – nie był w stanie nawrócić swoich braci i sióstr – w ćpuńskim widzie doznaje objawienia samego Jezusa Chrystusa za plecami dochodzącej partnerki. Kolejny powód do kochania tego filmu: wkrótce zapewne trafi on na nagłówki prawicowych portali jako przykład skrajnego zezwierzęcenia i promocji Szatana (na lewackim Netfliksie, dodajmy!).

Recenzja filmu Wszyscy moi przyjaciele nie żyją
fot. Marina Rygalina/Netflix

Z Karolakiem, ale bez Karolaka

Dla Jana Belcla Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to reżyserski debiut. Wcześniej artysta pracował tak naprawdę tylko jako drugi reżyser filmu Planeta singli Mitji Okorna. Słoweniec pojawia się zresztą również w napisach początkowych recenzowanej tu produkcji – zajął stanowisko producenta kreatywnego.

Obsada aktorska to przede wszystkim sprawdzone nazwiska przedstawicieli młodego pokolenia. Nie przeraźcie się, gdy na początku zobaczycie obietnicę, że w filmie specjalny udział ma Tomasz Karolak – na szczęście nie trzeba go będzie oglądać, bo okazuje się, że gra on tylko … głos z krótkofalówki pizza boya. Wzrok przyciąga za to Julia Wieniawa – i to ona jest jedną z głównych gwiazd tej czarnej komedii, wcielając się w odpaloną na punkcie horoskopów Anastazję. Pojawia się też Adam Woronowicz – choć epizodycznie, jako doświadczony detektyw policji, w końcu – jako były ćpun Filip – Mateusz Więcławek oraz Monika Krzywkowska w roli uwodzicielskiej „MILF-y”, czyli „mamuśki, którą chciałbym przelecieć”. Reszta to w większości debiutanci albo aktorzy szerzej widzom nieznani – np. Adam Turczyk czy Aleksandra Pisula (jej status wkrótce może się zmienić ze względu na to, że gra w dwóch nowych serialach – Królu oraz Osieckiej).

Uczciwie trzeba powiedzieć, że Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to nie jest film dla wszystkich. To skrajnie lekka rozrywka na wieczór ze znajomymi, miło wyszykuje się w niej zapożyczeń ze starszych produkcji, film jest przepełniony absurdalną przemocą i seksem. Jest obrazoburczy, prześmiewczy, głupi i przemyślany zarazem. Oczywiście, jeśli to nie wasz typ humoru, a w kinie szukacie poważniejszej tematyki, niuansów i mistrzowskich dialogów czy zabawy kadrami, to film Belcla was odrzuci. No, ale jeśli doczytaliście ten tekst aż do tego momentu, to zapewne będziecie świetnie się przy nim bawić. Nawet pomimo tego, że pojawia się w nim głos Karolaka.