Latarnik–kinomaniak, czyli koronawirusowa rzeczywistość festiwalowa [FELIETON]

Wyobrażacie sobie, że zamykają was na bezludnej wyspie, przygotowanej do zamieszkania, pełnej jedzenia, a waszym jedynym obowiązkiem jest oglądanie i relacjonowanie filmów? Brzmi jak sen? To rzeczywistość pewnego szczęśliwca, który został jedynym widzem Goteborg Film Festiwal 2021.

Formuła wirtualnych festiwali powoli się wyczerpuje, przynajmniej w moim odczuciu. Oczywiście pozwala ona zachować pewną łączność z przedcovidową normalnością i to argument za tym, by festiwale przenosiły się w przestrzeń wirtualną. Nie można zapominać, że festiwal to przede wszystkim spotkanie, wymiana doświadczeń, myśli i wszystko to, czego nie da się zapisać w oficjalnym programie. Zaletą pandemicznej rzeczywistości jest dostępność. Można brać udział w wydarzeniach artystycznych nie wydając fortuny i nie przewracając do góry nogami swojego życia (urlopy, podróże itd.) Trudno jednak powiedzieć: „jest fajniej”.

Filmowa wyspa

Dlatego takie emocje wzbudził we mnie pomysł organizatorów 44. Festiwalu Filmowego w Goteborgu. Dla jednego widza stworzono kino na bezludnej wyspie Pater Noster z latarnią morską. Chętnych, jak można się było spodziewać, były tysiące. Z ponad 40 krajów aplikowało 12 tys. miłośników kina (byłoby 12001 – gdybym wiedziała o tym pomyśle wcześniej).

Wybrano 41-letnią pielęgniarkę Lisa Enroth ze Skövde w Szwecji. Mój Boże, to będzie świetna zabawa! Wydaje się, że ostatnio podczas mojej pracy całe wieki słuchałam, testowałam i pocieszałam. Czuję się wyczerpana. Wiatr, morze, możliwość przebywania przez tydzień w zupełnie innej rzeczywistości – wszystko to jest naprawdę atrakcyjne – taką wypowiedź Lisy czytamy łakomym wzrokiem pełnym zazdrości na stronie festiwalu.

Nieliczne wylosowane osoby mogą również oglądać filmy w niecodziennych okolicznościach: jedna w pustym teatrze Draken w Goeteborgu, druga w hali widowiskowo-sportowej Scandinavium. Reszta kinomanów będzie musiała zadowolić się wersją online. 

A będzie co oglądać, bo z 39 krajów zakwalifikowano 70 filmów, w tym dwa polskie: Śniegu już nigdy nie będzie w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta oraz  Sweat, którego reżyserem jest Magnus von Horn.

Czego zazdrościć mieszkance bezludnej filmowej wyspy?

Darmowych wakacji, urlopu w czasach, w których tak niewiele mamy okazji i możliwości by zwiedzać świat? Takich widoków?

Przygody? Latarnia morska budzi we mnie personalnie pewien lęk, ale może Lisa nie oglądała filmu Lighthouse Roberta Eggersa (jeśli nie widzieliście – zobaczcie koniecznie!).

Pewnie wszystkiego zazdrościmy jej po trochu. To, do czego tęskno mi najmocniej, to kinowe przeżycie doświadczenia widz – duży ekran. Namiastkę tego oferują nam w każdej chwili serwisy streamingowe (takie jak Netflix, HBO GO), jest jednak coś wyjątkowego w wyprawie do kina, już w samym wysiłku kupienia biletu, w dotarciu na czas, w geście skierowanym w stronę twórców: chcę was wysłuchać. Potem nadchodzi ten czas dedykowany wyłącznie dziełu filmowemu; bez reklam, spoglądania na telefon i przerw na posiłki. To tak, jakby porównać wspólny piknik w pięknych okolicznościach przyrody z rozmową przez messengera podczas jazdy tramwajem. Jak wolelibyście spędzić czas z ciekawym człowiekiem?

Jest jeszcze jedna rzecz, której niestety nawet szczęśliwa Lisa nie odczuje. Doświadczenie zbiorowego przeżycia, jakim jest oglądanie filmu w wypełnionej kinowej sali. Kino jest do dzielenia się. Gdzieś w tej nowej covidowej rzeczywistości zupełnie zatraciliśmy wspólnotowość. Drugi człowiek jest źródłem ryzyka, a nie partnerem do przeżyć.

Nie polemizuję z faktem pandemii. Nie kwestionuję ani istnienia wirusa, ani sposobów walki z nim, Nie chcę poruszać tematu finansowych strat branży rozrywkowej. Tylko tęsknię, tak po prostu, po ludzku tęsknię. Do tych chwil tuż przed projekcją i pewnego napięcia, które wisi w powietrzu, do ściszonych szeptów w trakcie seansu, do spontanicznych wybuchów śmiechu, do łez ocieranych ukradkiem.