Dziewczyny nie muszą nikomu udowadniać, że też są graczami [ROZMOWA]

Shutterstock/The Week

Na fali ostatnich wydarzeń w Polsce dotyczących praw kobiet można odnieść wrażenie, że szanowanie ich woli czy godności nie jest na liście priorytetów władzy (mówiąc delikatnie). Niezależnie od tego patrząc na całokształt doświadczeń kobiet w gamingu wydaje się, że tutaj też z tym bywało różnie… I to od dawna. Chyba że to tylko pozory? Postanowiłem porozmawiać o tym z kobietą, której gry towarzyszą niemal całe życie – a obecnie stanowią źródło zarobku – czyli Martą Matyjewicz, szefową komunikacji w studiu Crunching Koalas oraz założycielką profilu społecznościowego Grające Kobiety.


Kuba “Castel” Paduch [Pełna Kulturka]: Pierwsza gra, w którą grałaś. Pamiętasz?

Marta Matyjewicz [Crunching Koalas/Grające Kobiety]: Pamiętam… To były czasy Atari 2600, które jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności znalazło się w moim domu. Do dzisiaj nie potrafię ogarnąć, skąd ten sprzęt się znalazł, ale się znalazł całym szczęściem, bo dzięki temu byłam w stanie zagrać w Outlaw. Widzisz, dzisiaj ludzie grają w Red Dead Redemption i się strasznie z tego powodu jarają, a ja grałam w dwóch kowbojów, którzy strzelali się pomiędzy jednym, biednym zapomnianym kaktusem. [śmiech]

To był piękny tytuł…

Tak, ale i grywalny, kurczę! Boże, ile ja przegrałam, a właściwie wygrałam w to czasu…

Ja też chyba zaczynałem od Atari, choć nie jestem pewien… To mogło być też Commodore, ale to było tak dawno temu, że niestety już nie pamiętam. No właśnie, ile miałaś wtedy lat?

Cztery… Teraz mam trzydzieści cztery rocznikowo więc sobie wyobraź jaki to jest staż! [śmiech]

Cztery latka miałaś jak zaczęłaś swoją przygodę z graniem. Czy od razu chwyciła cię pasja do gamingu, czy to jednak przychodziło falami? Czy były jakieś przestoje?

To wyglądało tak, że od kiedy ta atarynka, z tymi takimi charakterystycznymi joystickami – stąd wiem, że to była atarynka – trafiła pod dach, od tamtej pory trzymało mnie mocno. Była atarynka, był jakiś tam jeszcze mały romans z Pegasusem (akurat nie był mój, był pożyczony i ciągle powracał do mnie), trochę się tam działo, ale najmilej z tego okresu dzieciństwa wspominam to, kiedy dostałam Amigę 500. O Jezu, to był mój czas. To był taki czas, że przychodziło się ze szkoły – wtedy miałam bardzo dużo znajomych na osiedlu też, bo przychodzili do domu [śmiech] – i się grało w te tytuły. Od tego Atari, przez Amigę, w międzyczasie jakieś Pegasusy, klony Nintendo, które były dostępne na rozmytych bazarkach (wszyscy to robili, prawda?) aż potem przyszedł ten czas konsolowy dla mnie. Jednym ciurkiem!

Amiga 500

Też pamiętam te cudowne czasy. Też miałem wtedy wielu znajomych, z którymi się zagrywaliśmy we wszystko, co nam tylko wpadło do rąk. Z drugiej strony pamiętam, że w tamtym czasie, w moim środowisku w życiu by nam nie przyszło do głowy, że możemy dzielić się swoimi gamingowymi doświadczeniami z dziewczynami. To były lata 90. Nie myśleliśmy, że dziewczyny nie powinny grać w gry, tylko wydawało nam się, że je to po prostu nie interesuje. A jak to było u ciebie? O grach gadałaś tylko z kolegami, czy miałaś może grupkę koleżanek-graczek?

Wiesz co… Faktem jest, że jak rozmawiało się o grach, to się gadało w tym gronie z kolegami. Moi koledzy z tamtego okresu podstawówki akurat nie mieli tego problemu co ty. Oni mogli sobie pogadać i pograć ze mną, przyjść tam do mnie na hacjendę, powymieniać się dyskietkami, tego typu rzeczy. Jak tak sobie przypomnę, czy dziewczyny wtedy też ogarniały bazę… Raczej nie, ale ja nie zwracałam na to wtedy zbytnio uwagi. Po prostu dla mnie było jasne, że na przykład z tym kolegą rozmawiamy o Mortal Kombat i gramy wspólnie, z tym kolegą gramy w Settlersów, z tym kolegą gramy w coś jeszcze innego, a z tą koleżanką na przykład bawimy się na placu zabaw w jakieś akrobacje na trzepaku, tego typu sprawy. To dla mnie w ogóle nie miało wtedy znaczenia, takie uwarunkowania płciowe, absolutnie nie.

Zaczęłaś zwracać uwagę w którymś momencie, że jednak jest pewna dysproporcja, jeżeli chodzi o tematykę gamingową?

Tak. Zaczęłam na to zwracać uwagę, jak zaczęłam czytać prasę gamingową. Zauważyłam wtedy, że gros ludzi, którzy rozmawiają o grach, to są faceci.

Jak się z tym czułaś?

Powiem ci szczerze, że na tamten czas, taki czas osoby, która nie była dojrzała za bardzo i nie miała takiej świadomości, wtedy czułam się niesamowicie dumna z tego powodu. Tak wiesz… “Wow, jestem wyjątkowa!”

Byłaś w elitarnym klubie.

Tak, elitarnym klubie gamerów.

Wiem o czym mówisz. Pamiętam, że jeszcze na początku XXI wieku gaming to był trochę taki elitarny klub, ale jednak elitarny klub dla chłopców, tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Mówisz, że miałaś wielu kolegów, z którymi gadałaś o grach, o gamingu, ale czy czułaś się faktycznie członkinią klubu? Czy byłaś tak traktowana?

Tak, absolutnie. Ludzie w ogóle nie traktowali mnie gorzej z tego powodu, że jestem dziewczyną. Po prostu było tak, że “Marta, mam super gry u siebie, jak coś to idziemy pograć”. Nie było takiego motywu, że albo się nie znam – mówię o tym okresie mojego amigowania – albo że mam w ogóle jakieś beznadziejne te gry. W ogóle nie patrzyliśmy na to. Ten kolega miał takie gry, ta koleżanka miała takie zabawy, ten kolega miał jeszcze coś innego. Wtedy nie było tak, że czułam się gorsza.

A spotkałaś się kiedyś z takim traktowaniem? W którymś momencie swojego życia jako gamerka trafiłaś na takie opinie, jakobyś z racji swojego bycia kobietą była w czymkolwiek gorsza?

Jasne, to się zdarzało dużo później. Na przykład był taki motyw, kiedy człowiek się podłączył do sieci i zaczął rozmawiać z ludźmi, którzy nie są z twojego bezpośredniego poletka podwórkowego. Wtedy zaczęły się teksty typu “to jest jednak klub niekoniecznie dla ciebie, a jeżeli chcesz należeć do tego klubu to udowodnij to”. [śmiech]

Będziemy cię szanować tylko jeśli stoczysz z nami pojedynek”, tak?

Kuuurde… “Tylko jeżeli, nie wiem, wymienisz wszystkich sekretnych bossów w fajnalach [seria Final Fantasy], po kolei. Ile mają HP. Jeżeli nie wiesz, to wynoś się, pozerko!” [śmiech] Zdarzało się tak, ale wiesz, ta branża w sumie dojrzewała na naszych oczach i my razem z nią.

Teraz fajne jest to, że jest większa świadomość tego, że to jest bardzo słabe zachowanie i teraz tak nie robimy. Widzę też to, że jeżeli w Internecie ktoś zaczyna taką rozmowę – to nawet nie musi być dziewczyna, to może być po prostu ktoś nowy – częściej się to dissuje. To mi się podoba, że jest ta zmiana, że jest ta świadomość, że zwraca się na to uwagę. Wiadomo teraz, że granie bardziej weszło pod strzechy. Konsola jest dostępna niemal w każdym domu. Siedzi we wszystkich marketach. Każdy może wyciągnąć kasę z portfela i może sobie kupić najnowszy sprzęt (no, może poza next-genami obecnie), graczy jest więcej, dziewczyny się do tego też przekonują i jest to bardziej dostępne. One mają też świadomość tego, że nie muszą nikomu udowadniać, że są graczami. To mi się bardzo podoba.

Jednak ten problem z siecią, o którym wspominałaś, wciąż funkcjonuje. Niedawno czytałem taki felieton na Polygamii, mówiący o tym, że problem seksizmu w grach sieciowych to problem bez początku i końca. Najgorsza podobno pod tym względem jest społeczność LoL-a [League of Legends]. Dużo mówi się, że to najbardziej toksyczne środowisko ze wszystkich społeczności sieciowych pod właściwie każdym względem, ale pod względem seksizmu także. Z jednej strony mówisz, że jest progres, ale z drugiej strony pewne rzeczy wydają się jednak nie zmieniać.

W większości gier online [tu League of Legends] za obraźliwy język można otrzymać bana. Czy to wystarcza, by oczyścić społeczność z toksycznych graczy?

Tak, to prawda. Nie mówię, że to się całkowicie wypleniło. Natomiast ja doceniam i widzę to światełko w tunelu, że zaczyna się rodzić tego typu świadomość i zaczyna się zwracać na to uwagę. Wiesz, że prowadzę moją społeczność dla graczek i dla graczy. Tam często się z tym spotykam. Dostaję wiadomości na priv-a od dziewczyn: “słuchaj, strasznie słabo jest. Ludzie są wobec siebie strasznie chamscy i potrafią zachowywać się naprawdę okrutnie, są wredni i nie przebierają w różnych obelgach na czatach”. Martwi mnie to strasznie, ale dlatego zawsze powtarzam tej mojej społeczności i wszystkim, którzy mają z tego typu rzeczami problem, żeby zawsze reagować, jak jest się świadkiem tego typu zachowania. Jeżeli będziemy całkowicie bierni, bo na przykład nie chcemy się mieszać w niczyje sprawy, to ten problem nadal będzie w takim samym stopniu upierdliwy jak obecnie. Nic się z tym nie zmieni.

Co sądzisz o pozycji kobiet w grach? O bohaterkach gier? Oczywiście pierwsza kobieta, która mi osobiście przychodzi do głowy – tu pewnie nie będzie zaskoczenia – Lara Croft. Natomiast tych bohaterek jest znacznie więcej. Jest Samus Aran z Metroida, Alyx z Half-Life. Większość gier RPG, które oferują kreator postaci, umożliwia wybór płci. Stąd mamy na przykład żeńską Komandor Shepard w serii Mass Effect, czy żeńską V z Cyberpunka. Co sądzisz o tej sferze? Wszystko jest okej czy jednak widzisz jakieś pole do poprawy?

Weźmy przykład samej Lary. Ona jakby przetarła te wszystkie szlaki dla obecnych, dzisiejszych bohaterek. Zauważ, jak ona zaczynała. Ona zaczynała właśnie jako taka fantazja. Taka fajna babeczka, która jest konkretnie zbudowana.

Lara Croft kiedyś i dziś.

Słynne trójkątne piersi.

Tak, ale ona miała też ubiór konkretny, który absolutnie nie nadawał się do tego, do czego zmusili ją twórcy gry w Tomb Raiderze. Średnio to był strój grotołaza czy kogoś, kto chodzi po różnych tajemnych miejscach w poszukiwaniu sekretów. Natomiast ona przez ten cały czas – jest w sumie bardzo długo z nami [pierwsza część ukazała się w 1996 roku] – sporo ewoluowała. W ostatniej trylogii, z tą nową Larą, ona już nie jest tak pokazywana jak we wcześniejszych odsłonach. To oznacza, że twórcy gry też czują to, że ta wcześniejsza droga to nie jest ścieżka, którą chcieliby podążać z tą bohaterką. Nawet poprzez sam fakt tego, że nowa trylogia odeszła całkowicie od pomysłu, że każdego Tomb Raidera po kolei promowała jakaś seksowna modelka. Nie ma tego teraz. To jeszcze może nie jest do końca “to”, ale idzie w dobrą stronę. Jest jakaś zmiana na pewno. Widać to po Aloy z Horizona [Horizon: Zero Dawn], że jednak ta bohaterka jest bardziej naturalna i jej ubiór też nie przywodzi nam na myśl wesołych lat 90. i 2000.

Jakiś rozwój niewątpliwie nastąpił, ale czy sądzisz, że ten rozwój ma szansę również rozwinąć świadomość dotyczącą pozycji i roli kobiet wśród męskich graczy?

Myślę, że tak. Zauważ na przykład, ile ludzi postanawia grać właśnie kobiecą Shepard, bo jest fajna.

Jestem jednym z tych ludzi. [śmiech]

No widzisz, to żółwik! [śmiech] Ja gram kobiecą Shepard, bo mi się łatwiej wczuć w tę postać, kiedy jest kobietą, po prostu tak mam. Natomiast przeglądnęłam sobie też playthrough mężczyzną i po prostu mam wrażenie, że kobieca Shepard jest większym badassem. To mi się bardzo podoba. Natomiast wracając do twojego pytania, to myślę, że tak. To pokazuje ludziom, że te kobiety potrafią mieć przygody, potrafią mieć swój charakter. Oczywiście nie mówię, że najlepszym archetypem kobiecej postaci jest tylko taka “silna babka”, bo to też nie jest tak. Może być bardziej delikatna kobieta, która też może być fajnie napisaną postacią. Twarde babki, które idą rozwalać zło w galaktyce nie są jedyną drogą, żeby ukazywać kobiety. Myślę, że fajnie jest, kiedy one są różnorodne.

Commander Shepard w wersji kobiecej. Mass Effect 3.

Na przykład starsza siostra w A Plague Tale: Innocence, która prowadzi młodszego brata przez świat średniowieczny zdławiony Dżumą.

Tak – i to pasuje do różnych gatunków. Fajnie, że zaczynamy się na to otwierać. Wiesz… Kiedyś jako ta dziewczynka grająca w giereczki amigowe nie miałam tej świadomości, nie zwracałam na to uwagi. Potem przyszedł czas Lary Croft i tego typu podobnych bohaterek jak Rayne z Bloodrayne i tak dalej. Wtedy wydawało mi się to fajne na tamten czas, bo nie zdawałam sobie sprawy, że może być inaczej.

Zabarwienie erotyczne tych bohaterek, tak?

Tak, ale kurczę, na dobrą sprawę to też nie było dobre, bo to utrwalało pewne stereotypy i było bardzo odrealnione, ponieważ kobiety w realnym świecie tak nie wyglądają i ciężko mi było z tym się zidentyfikować. Owszem, patrzyłam na te postacie, mówiłam sobie: “kurczę, fajny dizajn, fajnie to wygląda”, ale czy byłam w stanie jakoś tak mocniej odbierać te historie… One też nie do tego służyły, ale bardziej czuję i podoba mi się to, że teraz jest ta różnorodność. Jak chcę, to mogę zagrać Aloy albo Red z Transistora. Te postacie są różne, mają różne przygody. Super jest to, że deweloperzy i wydawcy wreszcie nie odchodzą od tego i nie boją się ukazywać kobiet w tych grach. To już nie jest tak, że “aaa, nie opłaca nam się, bo słupki sprzedażowe” i tak dalej. Oni teraz widzą statystyki, wedle których tych kobiet jest sporo i one też chcą ogrywać przygody z kobietami podobnymi do nich.