Love is love. „Ona”: film niekoniecznie walentynkowy

Nie przepadam za filmami o miłości i niechętnie podchodzę do wątków futurystycznych w kinie – w obu przypadkach z tego samego powodu.. Nie zawsze potrafię przebić się przez ich poziom oderwana od rzeczywistości. Nie oczekuję od kina surowego realizmu, jestem w stanie przyjąć każdy poziom abstrakcji fabuły – pod warunkiem, że emocjonalna strona bohaterów będzie zachowywała minimalne prawdopodobieństwo. A to w obu tych gatunkach zdarza się niezwykle rzadko.

Bardzo trudno wytłumaczyć, co skłoniło mnie do obejrzenia filmu „Ona” w reżyserii Spike’a Jonze’a. Prawdopodobnie to pandemia, odcięcie od ludzi, brak możliwości wchodzenia w potencjalne relacje erotyczne spowodował, że film z 2013 roku zaczął mi się wydawać niezwykle interesujący. I się nie zawiodłam.

Joaquin Phoenix jako Theodore. Kadr z filmu "Ona"

INTRYGA

Główny bohater to pisarz Theodore (jak zwykle rewelacyjny Joaquin Phoenix – można by go jeść łyżkami). Nie tworzy jednak książek, a listy na zlecenie. Miłosne, z podziękowaniami, przyjacielskie. Pracuje w czymś w rodzaju korporacji oferującej tego typu usługi. Po pracy gra w gry komputerowe, spotyka się z przyjaciółmi i próbuje posklejać swoje życie po rozstaniu z żoną.

Pewnego dnia kupuje spersonalizowany system operacyjny, który organizuje jego maile, sprawy zawodowe i prywatne oraz jest czymś w charakterze sztucznej inteligencji. Można z nim rozmawiać, żartować, spędzać czas. Wybiera głos kobiety. Z czasem między bohaterem a systemem rodzi się uczucie. Na marginesie tylko dodam, że postać Samanthy jest fenomenalnie zagrania – wyłącznie głosem – przez Scarlett Johansson. Trudno się nie zakochać.

Gdy czytamy opis filmu, wydaje się to wszystko mocno abstrakcyjne, jednak jest to tak mistrzowsko poprowadzona fabuła, że sytuacja wydaje się naturalna i prawdopodobna. Samantha i Theodore flirtują, żartują, poznają się i przechodzą wszystkie etapy charakterystyczne dla związków. Nie brakuje wątków zazdrości, próby ułożenia sobie życia erotycznego, poznawania z przyjaciółmi itd.

Nie będę pisać, że scenariusz jest naprawdę dobry, bo chyba wystarczy za rekomendację statuetka Oskara. Nie będę się też silić na recenzję, bo ich znajdziecie w internecie mnóstwo. Film to żadna nowość, miał premierę w 2013 roku. Skupię się na wątkach, które do mnie osobiście dotarły i pozwoliły na różne autorefleksje. W końcu czas okołowalentynkowy sprzyja rozmyślaniom o emocjach.

Love is love

Ona stawia znak równości między tym, co wirtualne i tym, co realne. Dlatego dosyć mocno abstrakcyjny scenariusz szybko wzbudza nasze zaufanie. Emocje przeżywane przez bohatera są prawdziwe – podobnie jak uczucie, które rodzi się między nim a maszyną. Mieliśmy wiele filmów o wirtualności i zawsze była ona „gorsza” od świata rzeczywistego, okazywała się kłamstwem, ułudą, a w najlepszym przypadku tylko wpływała na świat tzw. realny. Jednak gdy zdenerwuje nas gra komputerowa, to czy te emocje są inne niż złość na kierowcę, który zajechał nam drogę? Jeśli zobaczymy ohydny filmik w internecie, uczucie obrzydzenia jest takie samo jak po zobaczeniu czegoś odrażającego na ulicy. Ufamy swoim negatywnym odczuciom, ale negujemy te pozytywne. „To nie jest prawdziwy związek” – usłyszy bohater, ale jego ciało i umysł zachowuje się tak samo, jak przy poznaniu interesującej kobiety. Czeka na kontakt z nią, relaksuje go rozmowa, śmieje się przy niej częściej, myśli o niej.

„To nie jest prawdziwy związek” – bardzo krzywdząca opinia, którą możemy usłyszeć nie tylko w odniesieniu do relacji z system operacyjnym. „To tylko taka kobieca przyjaźń, spotkasz kiedyś fajnego faceta to ci się odmieni” – słyszy nieheteroseksualna kobieta. „Fajna odmiana, jasne. Ale potem znajdź sobie dziewczynę w twoim wieku” – słyszy chłopak, który ma romans ze starszą kobietą. Kto dał nam prawo oceniać, czym jest cudza miłość? Ile będzie trwać, jakie przyniesie skutki, czy jest czegoś warta? Miłość to po prostu miłość. Najlepiej zająć się własną. I bez naszych mądrych rad jest skomplikowana (nie mylić z trudną).

Każda inna, każda taka sama

„Przy niej robię rzeczy, na które nie zdecydowałbym się normalnie.” „Nie boję się, że będę przy nim śmieszna.” „Chciałbym, żeby polubili ją moi przyjaciele”. „Denerwuje mnie, gdy on ma kumpli, z którymi nie umiem nawiązać nici porozumienia.” „Nasza intymność jest bardzo wyjątkowa, trudno mi o tym opowiedzieć”. „Lubię siebie przy nim” „Niby się dopiero poznajemy, a mam wrażenie, że zna mnie od wieków.” „Na początku było jakoś tak fajniej, naturalniej, a teraz pojawiły się te jego oczekiwania”.

Brzmi znajomo? Chyba każdy, kto był w jakimś związku usłyszał, wypowiedział lub pomyślał podobnie. Wszystko to odnajdziemy w filmie Ona, więc może miłość do systemu operacyjnego wcale nie jest tak abstrakcyjna? Może to scenariusz i logika każdego związku. Kiełkowanie, wzrost, rozkwit, owocowanie i obumieranie. Wpisane w cykl całego świata, na który nagle próbujemy nałożyć zaklęcie: „zawsze, na całe życie”. Albo akceptujemy tylko połowę procesu miłości.

Miłość jako idea jest niemożliwa

Nieszczęściem Theodora jest to, że Samatha powstała jako zlepek różnych osobowości. Tak została skonstruowana. Naszym nieszczęściem jest to, że potrzebę różnych osobowości próbujemy wlać w jedną osobę. W jednej z recenzji tego filmu wyczytałam, że główny bohater jest egocentrykiem i dlatego nie potrafi zbudować stałego związku. Mam nadzieję, że autor tej recenzji potrafi. Wtedy radzę rzucić pisanie o filmie i zacząć pisać poradniki o życiu.

Dla mnie Theodore nie jest egocentrykiem – miłość jako stałe uczucie pomiędzy dwojgiem ludzi jest z założenia niemożliwa. Film świetnie to pokazuje. Nie dajemy rady stworzyć związku nawet z idealnie do nas dostosowanym produktem. Dla mnie to film o niemożności trwania w miłości, nie z uwagi na niedopasowanie, konflikt, popełniony błąd tylko z uwagi na naturę miłości. Przypływ i odpływ jest w niej tak naturalny, jak falowanie w morzu.

Automiłość

Skoro możemy kochać system operacyjny, kochać na odległość, kochać bez wzajemności, to może miłość nie jest niczym, co dzieje się pomiędzy dwoma osobami? Być może od początku do końca jest potrzebą konkretnej duszy. Ten film uświadomił mi bardzo dokładnie, że tak naprawdę chodzi tylko o samoakceptację, o bodziec, który powoduje, że zaczynamy patrzeć na siebie przychylniej. Druga osoba jest tak naprawdę zwierciadłem, w którym kochamy się przeglądać, a dzięki początkowej fazie związku na nowo zakochujemy się w samym sobie. Znów ktoś nam mówi, że jesteśmy piękni, inteligentni i atrakcyjni. A potem gdy siła tego efektu mija, znów czujemy się zwyczajni, w kolejnej fazie, gdy nasze lustro zaczyna dostrzegać nasze wady, czujemy się brzydcy i słabi. To najbardziej pesymistyczny obraz miłości, jaki widziałam na ekranie, bo jeśli jest prawdą, wielki mit ludzkości pęka w zderzeniu z ludzka naturą, a projekt MIŁOŚĆ jest utopią.

Chyba że jest to miłość do kina – to oczywiście już taki walentynkowy żart. Nie bójcie się chodzić do kina sami. Bez pary bywa nawet fajniej.