Ile Korony jest w „The Crown”?

Powszechnie wiadomo, że produkcje filmowe oparte na wydarzeniach autentycznych nigdy nie są w stu procentach wierne faktom. Twórcy zwykle dokładają starań, aby możliwie jak najlepiej odtworzyć to, co rzeczywiście miało miejsce. Jednak “w celach udramatyzowania” tych historii często scenarzyści sięgają do własnej wyobraźni. To oczywiście nic złego, gdy ludzie z przedstawionej historii już dawno nie żyją, ale jeśli tak nie jest, to dramatyczność fikcyjnego scenariusza może wywołać odczuwalne w rzeczywistości skutki. Niekoniecznie pozytywne.

Przypadek słynnego i uwielbianego na całym świecie serialu Netflixa „The Crown” jest pod tym względem bez precedensu. Produkcja przez cztery sezony przedstawia wydarzenia znane z kart najnowszej historii brytyjskiej rodziny królewskiej na przestrzeni ponad 50 lat ubiegłego wieku. Wszystkie przedstawione w serialu postacie są autentyczne. Wszystkie główne wydarzenia serialowe, w które zamieszana była nie tylko sama rodzina, ale także rząd brytyjski czy inne strony, faktycznie miały miejsce. Znamy niektóre skandale, będące kanwą wielu odcinków, dzięki ówczesnym doniesieniom medialnym. Oprócz tego, jak twierdzi reżyser serialu Peter Morgan, scenarzyści wspólnie z producentami wykonali tytaniczną pracę badawczo-analityczną, by to, czego oficjalnie nikt nigdy nie ustalił, było w serialu możliwie jak najbliższe prawdy.

Między innymi z tego względu oglądając „The Crown” trudno czasami oprzeć się wrażeniu, że to, co widzimy, to nie jest tylko produkcja dramatyczna “oparta na faktach”, ale wręcz wierny zapis rzeczywistego przebiegu niektórych wydarzeń. Jeśli nie pod względem samych faktów i słów, jakie mogły zostać wypowiedziane, to przynajmniej pod względem jakiegoś ogólnego obrazu tego, jak wygląda życie w brytyjskiej rodzinie królewskiej “od kuchni”. Pomijając wszystkie te wydarzenia z historii “Drugiej Epoki Elżbietańskiej” (jak określił rządy Królowej Elżbiety II Winston Churchill), o których wiemy, że miały miejsce, serial wprowadza nas w bardzo intymne kulisy relacji rodzinnych. Jesteśmy świadkami nie tylko rozmów politycznych, dyplomatycznych czy skandali, ale także relacji rodzicielskich, siostrzanych, małżeńskich, przyjacielskich itd.

Można podejrzewać, że rodzina królewska przywykła do bycia na świeczniku, jednak odnoszę wrażenie, że „The Crown” to zupełnie inny poziom. Bardzo dogłębny i niezwykle osobisty. Powstaje pytanie: co o tym wszystkim sądzą sami zainteresowani? Dlaczego na komercjalizację swojej prywatności zgodziła się jedna z najsłynniejszych i zupełnie nie bezsilnych rodzin na świecie?

Znaczące subtelności

Prawda jest taka, że nie wiadomo, czy brytyjska rodzina królewska zgodziła się na cokolwiek. Oficjalne stanowisko Pałacu Buckingham względem produkcji jest takie, że rodzina nigdy nie wyraziła chęci wydawania jakichkolwiek zgód na jej powstanie czy prześwietlania materiału zanim ten trafił do dystrybucji sieciowej. Nigdy też nie wydała żadnej oficjalnej opinii na temat serialu czy sposobu, w jaki przedstawia niektóre zdarzenia. Podobnie zresztą jak serialowi Windsorowie, ci autentyczni wyznają ściśle zasadę powstrzymywania się od oficjalnego komentowania rzeczy, które odnoszą się do nich bezpośrednio. W serialu jest to odmieniane przez wszystkie przypadki – siłą monarchii jest jej mistycyzm i nieprzenikliwość.

Poza oficjalnymi kanałami komunikacji zawsze istnieją jednak te mniej oficjalne – plotki, przecieki, zasłyszane wypowiedzi. „The Crown” pokazuje, że niektóre z tych nieoficjalnych komunikatów – jak to w życiu – są w rzeczywistości dokładnie zaplanowanymi akcjami, mającymi na celu “zajęcie stanowiska bez zajmowania stanowiska”. Sferą spekulacji oczywiście jest to, czy informacje, które udało się zebrać brytyjskiej prasie są właśnie takimi kontrolowanymi przeciekami. Myślę, że w jakimś stopniu na pewno. Serial dotyka zbyt poważnych i zbyt drażliwych kwestii rodzinnych, żeby ktokolwiek (nawet rodzina Królowej) dał radę zachować absolutne milczenie wobec ich wywlekania na pastwę komercyjnej rozrywki.

Szczególnie czwarty – ostatni jak dotąd – sezon produkcji jest pod tym względem wręcz druzgocący dla niektórych osób w nim sportretowanych. Jak większość z was pewnie wie, w czwartym sezonie dochodzi do dwóch fundamentalnych z punktu widzenia historii rodziny królewskiej wydarzeń: Premierem Wielkiej Brytanii zostaje Margaret Thatcher a Książę Karol bierze ślub z Dianą Spencer. Oba te wydarzenia do dzisiaj wzbudzają wiele emocji. O ile “rzekomo” napięte relacje pomiędzy Thatcher a Królową nie są dziś tematem, który kogokolwiek podburza, tak już przebieg małżeństwa Karola i Lady Di poprzez swoją – domniemaną – groteskowość nawet teraz może wywołać niechęć (delikatnie mówiąc) do tych osób, które się do takiego stanu rzeczy mogły przyczynić. Sam tragiczny finał życia Księżniczki to osobna kwestia.

Foch

Anonimowe źródła z dworu rodziny królewskiej donoszą, że o ile dotychczasowe sezony zostały przyjęte z mniejszą bądź większą ambiwalencją, to właśnie czwarty sezon wywołał poruszenie. W tym jednoznacznie negatywnym sensie. Odczucie wśród starszych członków rodziny podobno było takie, że doszło do farsy z hollywoodzkim budżetem. Jedynym członkiem rodziny, który miał coś bardziej pozytywnego do powiedzenia na temat tego rozdziału serialu był Książę Harry (znany głównie z tego, że został mężem Meghan Markle), ale po kolei.

W 2017 roku brytyjski tabloid „The Sunday Express” podał plotkę, jakoby Królowa Elżbieta obejrzała wszystkie 10 odcinków pierwszego sezonu. Sama wiadomość o wypuszczeniu artykułu na ten temat jest już dziś informacją “z drugiej ręki”, bo nie sposób do niego dotrzeć. Tajemniczy artykuł twierdził, że do obejrzenia serialu Królową przekonał jej najmłodszy syn Książę Edward i jego żona Zofia, Księżna Wessex. Para podobno była zakochana w „The Crown”. Mieli z Królową umowę na regularne wizyty weekendowe w Pałacu Windsorów, podczas których zasiadali wspólnie do nieformalnej kolacji przy jednoczesnym oglądaniu telewizji lub jakiegoś filmu. Posiadali konto na Netflixie i przebłagali Elżbietę II, by obejrzała pierwszy sezon razem z nimi. Podobno, o dziwo, bardzo jej się podobał, choć uznała, że niektóre wydarzenia zostały przedramatyzowane względem tego jak było naprawdę.

Pierwszy poważny zgrzyt miał nastąpić przy okazji drugiego sezonu. Królowej miało się nie spodobać to, w jaki sposób przedstawione są relacje pomiędzy Księciem Filipem a jego pierworodnym synem Karolem. W serialu te relacje są, delikatnie mówiąc, chłodne. Filip, nie zważając na wrażliwą naturę Karola, próbuje wszelkimi “tradycyjnymi” sposobami “zrobić z niego mężczyznę”. Szczególnie negatywne wrażenie miała zrobić scena, w której Książę Filip (grany przez Matta Smitha) pilotuje awionetkę, podczas gdy przerażony lataniem Karol siedzi obok. Filip strofuje chłopaka wrzaskami, że jest słaby i źle reprezentuje swoje stanowisko. Królowa stanowczo miała stwierdzić, że nic takiego nigdy nie miało miejsca.

Być może właśnie dlatego w 2019 roku, na kilka miesięcy przed premierą trzeciego sezonu, sekretarz prasowy Królowej Donal McCabe wysłał do dziennika „The Guardian” oficjalne oświadczenie rodziny królewskiej względem wydarzeń pokazanych w serialu. Wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że rodzina nie udzieliła i nigdy nie udzieli żadnego oficjalnego poparcia dla produkcji czy sposobu przedstawienia zawartych w niej treści. Rodzina poprosiła też, aby media powstrzymywały się przed materiałami, które sugerowałyby, że ta fikcyjna wersja historycznych wydarzeń jest w jakikolwiek sposób zbieżna z faktami. Jednocześnie pismo stanowczo podkreślało, że nie można traktować oświadczenia samego w sobie jako formy wyrażenia opinii. 

Olivia Colman jako Elżbieta II w „The Crown” // fot. Sophie Mutevelian / Netflix / materiały prasowe

Małżeństwo jako wojna, w której nie ma niewinnych

Czwarty sezon ze względu na przedstawienie stosunkowo świeżych wydarzeń w określonym świetle według informatorów brytyjskiej prasy miał wywołać lawinę niechęci. W szczególności zniesmaczony miał być Książę Karol sposobem przedstawienia jego małżeństwa z Księżniczką Dianą. Nic zresztą dziwnego, bo kto widział ten sezon ten wie, że bieg wydarzeń w produkcji stawia Karola w bardzo negatywnym świetle, jako opresyjnego, zadufanego w sobie, a jednocześnie zakompleksionego tyrana, który doprowadził do tego, że Diana była głęboko nieszczęśliwa. Widzowie otrzymują też dogłębne spojrzenie na jej problemy z bulimią (każdy odcinek z takimi scenami jest poprzedzony komunikatem, że mogą być dla niektórych szokujące). “Źródła bardzo bliskie Księcia” donosiły, że uważa on serial za afront, który wykorzystuje jego relacje rodzinne w celach taniej rozrywki.

O ile rozumiem rozgoryczenie Księcia, tak muszę stanowczo zaprotestować jakoby ta rozrywka była “tanią”. Odcinki skupiające się na małżeństwie Karola i Diany należą bezdyskusyjnie do najlepszych technicznie, aktorsko i scenariuszowo, a same wydarzenia ogląda się jednak z trudem.

Dodatkowym punktem zapalnym jest to, że serial daje dokładne spojrzenie na romans pomiędzy Karolem a Kamilą Parker Bowles, obecną żoną Księcia. Według źródeł, obraz relacji całej trójki jest zdecydowanie zbyt jednowymiarowy i czarno-biały. Produkcja nie uchwyciła niuansów tych relacji, które rzekomo znacząco zmieniają odbiór niektórych wydarzeń.

Warto przy tym zaznaczyć, że twórca serialu – Peter Morgan – nigdy nie twierdził, że produkcja jest wierną adaptacją historycznych wydarzeń. Przyznał nawet w ubiegłym roku, że niektóre sceny po prostu zmyślił, żeby dodać całej sprawie kontekstu. Taką zmyśloną sceną było na przykład odczytanie przez Karola listu od swojego wuja, Lorda Mountbatten (znanego pod swoim pseudonimem – Dickie, w trzecim i czwartym sezonie wcielił się w niego rewelacyjny Charles Dance), który miał go wysłać Karolowi tuż przed swoją śmiercią. W liście Mountbatten karci Karola za romansowanie z Kamilą (będącą wtedy już mężatką) i nalega, aby związał się z jakąś “słodką, niewinną i ułożoną dziewczyną bez przeszłości”. W oczywisty sposób sugeruje to, że związek Karola z Dianą był jedną wielką maskaradą, mającą na celu sprostanie oczekiwaniom rodziny. Czy tak było? Tego pewnie nie dowiemy się nigdy.

A więc pogarda?

Jest jedna osoba, która oferuje wyraźnie inny głos dotyczący spojrzenia rodziny królewskiej na serial niż te, które anonimowe źródła przekazały prasie. Książę Harry, jak wszyscy wiemy, jest obecnie kimś w rodzaju “buntownika z wyboru”. Ze względu na trudności swojej żony Meghan Markle z “dostosowaniem się” do wymogów życia dworskiego zrezygnował z oficjalnych zadań i służby, z jakimi zwykle wiąże się jego pozycja. Zachował swój tytuł i szóstą lokatę w kolejce do tronu, ale poza tym jest takim samym szaraczkiem jak każdy z nas. Przynajmniej formalnie. W lutym wystąpił w programie Jamesa Cordena „Carpool Karaoke”, gdzie wyraził osobiste poparcie dla produkcji. Nawet stwierdził, że chciałby, aby jego dorosłą wersję w ewentualnych kolejnych sezonach zagrał aktor Damian Lewis. Podoba mu się, że serial nie próbuje udawać dokumentu i choć niektóre wydarzenia są luźną adaptacją faktów, to daje on ogólny obraz tego, jak wygląda życie na współczesnym dworze brytyjskim.

Kolejna opinia, która nie zaskakuje. Jednym z powracających motywów w serialu jest to, w jaki sposób rodzina traktuje indywidualizm i chęć bycia “poza systemem”. Takie przejawy były na przestrzeni lat duszone w zarodku i piętnowane jako egoizm, uchylanie się przed służbą. Możemy jedynie przypuszczać, że Harry spotkał się z podobnym traktowaniem, gdy ogłosił, że zamierza opuścić Pałac i zamieszkać z Meghan w Los Angeles. Historia zna podobny przypadek (dokładnie pokazany w serialu) Króla Edwarda VIII, który abdykował z tronu 11 grudnia 1936 roku, aby móc ożenić się z Amerykanką Wallis Simpson. Rodzina nie chciała zaakceptować wybranki Króla, bo była rozwódką, a rozwód stoi w bezpośredniej sprzeczności z naukami Kościoła Anglikańskiego, którego monarcha brytyjski jest przecież głową. Po abdykacji został niejako zmuszony, aby opuścić pałac i Wielką Brytanię. Postać ta w serialu jest przedstawiona niemal jednoznacznie negatywnie, a przynajmniej jednoznacznie negatywnie była odbierana w rodzinie.

Inni członkowie rodziny królewskiej mają podobno zróżnicowane opinie. Córka Królowej i Księcia Filipa, Księżniczka Anna, przyznała w filmie dokumentalnym z ubiegłego roku, że widziała kilka pierwszych odcinków serialu i uznała je za “bardzo ciekawe”. Wnuczka Królowej i najmłodsza córka Księcia Andrzeja – Księżniczka Eugenia – rzekomo chwaliła „The Crown” za cudowną muzykę i piękną fabułę. Córka Księżniczki Anny, Zara, ponoć ogląda serial ze swoim mężem. Ten miał powiedzieć o serialu, że aktorki wcielające się w Królową (Claire Foy i Olivia Colman) są rewelacyjne, a sam serial dobrze ukazuje to życie. Absolutnymi antyfanami produkcji są podobno Książę Filip (co znowuż nie dziwi, bo serial przedstawia go jako raczej kiepskiego męża i ojca), który odmawia obejrzenia choćby jednego odcinka, oraz Książę William. Z tym drugim rozmawiała druga odtwórczyni roli jego babki Olivia Colman, której miał powiedzieć, że nie ogląda serialu. Anonimowe źródła donoszą, że podobnie jak jego ojciec uważa, iż dzieło w prostacki sposób wykorzystuje małżeństwo jego rodziców do robienia pieniędzy.

Od lewej: Olivia Colman jako Elżbieta II, Josh O’Connor jako Książę Karol i Emma Corrin jako Diana w „The Crown” // fot. Des Williie / Netflix / materiały prasowe

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu

Koniec końców pewnie nie dowiemy się, ile dokładnie prawdy zawiera serial „The Crown”. Na pewno wiemy, że nie zawiera jej w całości, bo do tego przyznał się sam reżyser. To powiedziawszy, nawet jeśli tej prawdy jest 50%, to i tak w mojej ocenie stanowi ogromną inwazję prywatności, do której rodzina królewska mimo wszystko powinna mieć jakieś prawo. W praktyce oczywiście go nie ma, bo trudno mówić o prywatności, kiedy istotą egzystencji jest bycie symbolem narodowym.

Drugą stroną medalu jest to, że nie wszystko, co w serialu widzimy, jest szokujące, straszne i krzywdzące. Nie wszystko jest pokazane jednoznacznie negatywnie albo pozytywnie. W dużym uproszczeniu „The Crown” opowiada po prostu o relacjach rodzinnych. Bardzo szczególnych, obwarowanych licznymi zakazami, nakazami, prawami i obowiązkami, ale wydaje mi się, że każdy, kto ten serial obejrzy, zobaczy w nim motywy i relacje, które zna z własnej rodziny albo słyszał o podobnych schematach w innych rodzinach. Matki z córkami mają często trudniejsze relacje niż z synami i odwrotnie w przypadku ojców. Małżeństwo to zwykle trudne przedsięwzięcie, które wymaga wielu wyrzeczeń i kompromisów, aby działało sprawnie. „The Crown” podaje to wszystko na srebrnej tacy posypane przyprawą z dworskiej kurtuazji i szczyptą dramatu politycznego.

Czy powinniśmy patrzeć na autentyczne osoby przedstawione w serialu inaczej niż do tej pory? Sądzić ich za to jacy są lub byli? Życie rzadko jest czarno-białe. Nawet, jeśli sposób, w jaki pokazano Karola w związku z Dianą albo Filipa w relacji z Karolem jest zgodny z prawdą, to nigdy tak naprawdę nie będziemy w stanie powiedzieć, co my byśmy zrobili w ich pozycjach. Może nam się tak wydawać, ale to zawsze będzie złudne, bo to są egzystencje tak dalece odmienne od naszych, że równie dobrze moglibyśmy próbować wchodzić w buty żołnierzy na wojnie. Poza tym jest taki cytat biblijny (nie. żebym był fanem dzieła), który stanowi dość dobrą, uniwersalną radę dla wszelkich ludzi we wszelkich sytuacjach: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.