Od dezodorantu po swąd przepoconej skarpety. Śmierdząca historia zapachowej rewolucji w kinach

Choć obecnie kina 4D kojarzone są bardziej z wykorzystującymi ekran miniparkami rozrywki, idea poszerzenia wachlarza bodźców atakujących widownię początkowo traktowana była jako naturalne rozwinięcie kina po przełomie dźwiękowym. Wydawało się to oczywiste: najpierw wzrok, później słuch, musi więc przyjść czas także na kolejne zmysły. Ukoronowaniem doświadczania filmu na sali kinowej miał być zapach.

Co wyszło z tych prób – powszechnie wiadomo, w końcu ani multipleksy, ani kina studyjne nie oferują „zapachowych” seansów na porządku dziennym. Z pewnością nie tak wyobrażał sobie przyszłość idei aromatyzowanego kina John H. Leavell, jeden z pionierów technologii pobudzania węchu widowni. Rzeczywistość zawiodła także jednego z najpopularniejszych amerykańskich komików lat 30. XX stulecia – Groucho Marxa – który w 1939 roku powiedział: „Nie jestem zainteresowany radiem. Czekam za to na smaczki albo zapaszki”.

Pot leci spod pach

Zanim ktokolwiek zamarzył o tym, by widz poczuł zapach koszonej w filmie trawy, wszystko ograniczało się do wyeliminowania smrodu, który panował w kinowym zaduchu. Spróbujmy wyobraźnią przenieść się w czasie do początków XX wieku i przejścia sztuki filmowej z etapu jarmarcznej rozrywki do etapu wyspecjalizowanych kin i kinoteatrów. Zakładając, że na „ruszające się obrazki” skusiła się widownia kina wędrownego, trudno było od niej oczekiwać nagłej zmiany przyzwyczajeń. Efekt był taki, że – w przeciwieństwie do osób odwiedzających teatry – widzowie przychodzili na seanse po całym dniu pracy (często fizycznej), w tych samych, przepoconych ubraniach. W dodatku pierwsze kina cierpiały na potężny problem słabej wentylacji, co w połączeniu ze stłoczonym w czterech ścianach tłumem powodowało, że smród ściśniętych ludzkich ciał był wprost nieznośny. Według badań z lat 20. ubiegłego wieku widz w teatrze miał nawet czterokrotnie więcej powietrza „dla siebie” niż widz w kinie.

Właściciele kin zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób ograniczyć zapachową uciążliwość. By zamaskować smród, podczas otwarcia kina Marmorhaus w Berlinie w budynku rozpylono francuskie perfumy Bourjois. Mało tego, w niektórych kinach nad głowami widzów nawet trzykrotnie podczas każdego seansu rozpylany był dezodorant. Rzecz jasna, okazało się to nieskuteczne, dlatego filmy przerywano na specjalne 10-minutowe przerwy oddechowe”, podczas których wietrzono salę. Takiej metody używano do około 1920 roku. W latach 20. w berlińskim kinie Ufa-Palast am Zoo pojawił się balon podobny do miniaturowego sterowca, który w audytorium rozpylał pomiędzy seansami wodę kolońską.

Jeszcze przed tymi pomysłami pierwsze kino na świecie zaczęło świadomie stosować zapach do tworzenia atmosfery miejsca. Na pomysł rozprowadzania w sali z ekranem zapachu róż wpadł pochodzący z dzisiejszej Bydgoszczy (a ówczesnego pruskiego Brombergu) Samuel Roxy Rothafel, który po emigracji do USA dorobił się kilku kin w Nowym Jorku i Pensylwanii. Rothafel skorzystał z banalnego rozwiązania: w swoim pierwszym kinoteatrze w 1908 roku położył na widowni kawałek bawełny zamoczony w różanych perfumach, tuż obok ustawił wentylator, a strumień powietrza doprowadzał przyjemną woń do każdego zakątka sali. Pomysł rozszerzył później w 1929 roku Fenway Theatre w Bostonie. Tam władze kina kazały wprowadzić do systemu wentylacji zapach lilii z okazji premiery filmu Lilac Time (po polsku Czas Bzów). Na podobny pomysł wpadło szefostwo Grauman’s Chinese Theatre w Los Angeles – wtedy widzowie mogli wyczuć zapach pomarańczy podczas premiery musicalu Orange Blossom Time”.

Ufa-Palast am Zoo. Kino zostało zniszczone w bombardowaniach Berlina z 1943 r. Do dziś w tym miejscu istnieje kino wybudowane w 1957 r. – Zoo Palast // fot. Willem van de Poll//Nationaal Archief

Bukiet z kwiatów, bekonu i płynu do dezynfekcji

Według ówczesnych filmowców, po pierwszym filmie dźwiękowym, za który uznawany jest „Śpiewak jazzbandu” z 1928 r., najważniejszym wyzwaniem było zaangażowanie nie tylko oczu i uszu, ale także nosa widowni. Zdaniem Mortona Heiliga, pioniera wirtualnej rzeczywistości i twórcy filmowego, najważniejszy w percepcji jest wzrok (70%), na następnym miejscu jest słuch (20%), na kolejnym – węch (5%), następnie dopiero dotyk (4%) i smak (1%). Wszystko to miało składać się na jak najbardziej angażujące doświadczenie. Nic więc dziwnego, że w latach 30. pojawiły się pierwsze poważne nowinki technologiczne łączące kino ze zmysłem powonienia.

W 1930 r. John H. Leavell opatentował rozwiązanie pozwalające na rozprzestrzenianie zapachów (maksymalnie dwóch) w trakcie filmu. Co istotne, były one ściśle powiązane z wydarzeniami przedstawionymi na ekranie. Początkowo wachlarz oferowanych zapachów był niewielki, z czasem jednak wybór się poszerzał i do nozdrzy widzów zaczęła docierać woń bekonu, róży, wnętrza samochodu, kadzidła, a nawet szpitalnego środka do dezynfekcji.

W 1939 r. podobny patent zgłosił Hans E. Laube, który wraz z dwójką znajomych założył firmę Odorated Talking Pictures (po polsku powiedzielibyśmy „Pachnące Ruchome Obrazki”). Sprzęt tej spółki pozwalał na emisję nawet 20 różnych zapachów podczas seansu. Radość nie trwała długo: federalni agenci skonfiskowali sprzęt, podejrzewając, że patent został skradziony. Spółka nigdy swojej zapachowej maszynki do robienia pieniędzy nie odzyskała. Na bardziej zaawansowaną aparaturę kinowo-zapachową filmowcy musieli poczekać jeszcze około 20 lat.

Zapach tajemnicy, smród niewypału

Poprzednie próby pobudzenia nozdrzy widowni nie spotkały się z większym entuzjazmem, ale wyłożyły podwaliny pod nowatorskie systemy o nazwie AromaRama (1959) i Smell-O-Vision (1960).

Ten pierwszy dość szybko okazał się niewypałem. AromaRamę wykorzystano podczas premiery filmu dokumentalnego „Beyond the Great Wall” (o Wielkim Murze Chińskim) w DeMille Theatre w Nowym Jorku. Według recenzentów aromaty pomieszały się ze sobą, tworząc „zapachowy chaos”. Magazyn „Time” donosił, że pojawiły się także problemy z synchronizacją i gdy przed oczyma widzów pojawiła się pustynia Gobi, do nosów docierał zapach skoszonej trawy.

Plakat promujący „Zapach Tajemnicy” (reż. J. Cardiff) // Rewind Productions

Rok później, w 1960 r., powstał pierwszy film wykorzystujący zapach jako integralną część opowieści. Z wykorzystaniem nowego – i najsłynniejszego z opisywanych w tym artykule – systemu Smell-O-Vision powstał film „Zapach Tajemnicy” (reż. Jack Cardiff).

Przypadek filmu Cardiffa jest ekscytujący nawet jak na dzisiejsze standardy. Wskazówki dotyczące śledztwa w sprawie morderstwa widzowie poznawali przy pomocy właśnie zmysłu węchu. Każdą kolejną zapachową sekwencję uruchamiał dźwięk zawarty w specjalnie do tego przystosowanej ścieżce dźwiękowej. Zaraz potem na salę wypuszczany był zapach neutralizujący ten poprzedni, dzięki czemu nie dochodziło do ich pomieszania. W filmie zawarto między innymi aromaty czosnku, ryb, pasty do butów i papierosów.

Nie każdemu ten pomysł przypadł do gustu. Bosley Crowther, krytyk z „The New York Times” pisał tak: „Jeśli z tego filmu powinniśmy wyciągnąć jakąkolwiek lekcję, to taką, że kino i syntetyczne zapachy nie idą w parze”. Później film przemianowano na „Holiday in Spain” – już bez zapachów.

System Smell-O-Vision został odstawiony na półkę z dziwactwami techniki, które – choć ciekawe – nie porwały publiczności. Ściągnęli go z tej półki twórcy filmowej adaptacji książki „Charlie i fabryka czekolady” pod tytułem „Willy Wonka i fabryka czekolady” (1971, reż. Mel Stuart). Pokazom towarzyszył, rzecz jasna, zapach czekolady.

Co ciekawe, Smell-O-Vision wykorzystano kilkukrotnie nawet w XXI wieku. W 2017 r. z systemu skorzystało kino Lincoln Theatre w Waszyngtonie na specjalnym pokazie wymienionego wyżej filmu „Willy Wonka i fabryka czekolady”, z kolei w 2015 r. na ekrany niektórych brytyjskich i duńskich film wrócił w charakterze ciekawostki film „Zapach Tajemnicy”.

„Willy Wonka i fabryka czekolady” to jeden z filmów, który miał skorzystać na ubogaceniu wrażeń o zmysł węchu // kadr z filmu

Pieniądz nie śmierdzi

Prób podbicia serc i nosów widzów przy użyciu rozmaitych aromatów było więcej. Eksperymentowali między innymi Japończycy, wprowadzając w 2006 r. w niektórych kinach w Tokio i Osace strefy „Premium Aroma” z wydzielonymi rzędami siedzisk połączonych z systemem wypuszczającym zapachy.

Dlaczego jednak te wszystkie eksperymenty nie odniosły większych sukcesów? Jeden z najważniejszych powodów dotyczy ludzkiej percepcji. Węch, jako kolejny czynnik, na którym musi skupić się widz, powoduje pewnego rodzaju „przeładowanie”, rozproszenie uwagi. Próbując ją skupić widzowie starali się zwracać największą uwagę na obrazie i dźwięku, przez co spychali zapachy na drugi lub trzeci plan. Trudno wymagać, by płacili dodatkowo za atrakcję, którą i tak będą podświadomie ignorować.

Niska popularność sama w sobie stanowi powód niewypału wspomnianych systemów. Jej efektem jest – rzecz jasna- nieopłacalność całego przedsięwzięcia. Do każdego filmu trzeba było opracować i wyprodukować odpowiednie zestawy zapachowe – często tworzenie takiego „zapachowego” filmu wiązało się z koniecznością dostosowania kinowej infrastruktury do jego zaprezentowania. Dodatkowe koszty to wyższe ceny biletów, a widzowie, jak się okazało, wcale nie byli zachwyceni wynalazkiem, a więc „zapachowa rewolucja” branży filmowej niemal na pewno by się nie zwróciła.

Zaznaczmy, że według badań Olivera Bausa i Stephane’a Boucharda z 2017 roku na wrażenie zatracenia się w rzeczywistości wirtualnej zdecydowanie mocniej oddziałuje smród niż zapachy przyjemne lub obojętne. Intuicyjnie skorzystał z tego John Waters, twórca „Odoramy” i reżyser filmu „Polyester”, który postanowił przy pomocy prostych urządzeń skupić się właśnie na smrodzie. Tym sposobem podczas seansu filmu „Polyester” widzowie mieli „przyjemność” poczucia smrodu przepoconych skarpet, brudnych tenisówek i kleju mającego wywołać wrażenie halucynacji. Powstaje pytanie: jak długo tak śmierdzący biznes mógłby utrzymać się na fali zainteresowania?

W ostatnich latach niektóre kina próbowały radzić sobie na inne sposoby z wprowadzaniem wrażeń węchowych do seansu, jednak nie na zasadzie zrewolucjonizowania całej branży, a bardziej ciekawostki dla widzów pożądających nowych wrażeń. Najlepszym przykładem jest niedziałająca od około dwóch lat inicjatywa „Edible Cinema”, czyli „Jadalne Kino”. W ramach projektu na specjalnych pokazach widzowie w różnych miejscach w Wielkiej Brytanii mogli obejrzeć film „Pachnidło” (2006, reż. Tom Tykwer); otrzymywali przed seansem pudełko z przekąskami o określonych smakach i zapachach. Gdy w filmie następował moment, w którym widzowie powinni poczuć odpowiedni smak i zapach, obok ekranu organizatorzy seansu pokazywali kartkę z numerem przekąski. Na przykład podczas seansu filmu „Labirynt Fauna” (2006, reż. Guillermo del Toro) widzowie otrzymali popcorn aromatyzowany zapachem sosny. To jednak wyjątki na tyle marginalne, że trudno podejrzewać, by „aromatyzowane” kino szturmem wzięło światowy przemysł filmowy, a jeśli już weźmie, to najprawdopodobniej zamiast zapachu róż i szampana będzie temu towarzyszył swąd niezmienianych od tygodnia skarpet.

Źródło: Charles Spence – „Scent and the Cinema” [link]

Zdjęcie główne: System Smell-O-Vision i jego twórcy: Michael Todd Jr. (po lewej) oraz Hans Lube // fot. Wikimedia