„Na Rauszu”: Pół promila lekarstwem na dorosłość?

Czterech nauczycieli (w tych rolach Mads Mikkelsen, Lars Ranthe, Magnus Millang, Thomas Bo Larsen) postanawia przetestować prawdziwość rzekomo naukowej teorii, że człowiek rodzi się ze zbyt niskim poziomem alkoholu we krwi. Optymalne pół promila ma zapewnić kreatywność, śmiałość i powodzenie. Artyści, politycy, pisarze – wielu znanych ludzi realizowało się i odnosiło sukcesy „na rauszu”. Z początku bohaterowie pilnują dawki, potem „eksperyment” się rozwija, a wraz z tym pojawiają skutki, w tym te niepożądane.

To nie jest jednak film o alkoholu, a już tym bardziej nie można go traktować w charakterze profilaktyki alkoholizmu. Choć gdyby postawić obok siebie wszystkie butelki opróżnianie podczas tego dwugodzinnego seansu, można śmiało otwierać sklep monopolowy. To nie jest film o uzależnieniu. Jeżeli ktoś wyciągnie tylko takie wnioski – to znaczy, że nie zobaczył nawet połowy tego, co było na ekranie.

Uzależnienie od młodości

„Czym jest młodość? Snem. – A miłość? Treścią tego snu”. Słowa Sørena Kierkegaarda, które pojawiają się już na początku seansu, naprowadzają nas na zupełnie inną tematykę. Bohaterowie nieprzypadkowo zaczynają rozmawiać o wszystkim w dniu czterdziestych urodzin jednego z nich. To opowieść o kryzysie wieku średniego, tego czasu, w którym z młodości nie zostało już nic, ale z drugiej strony za wcześnie na wspomnienia i pożegnanie z życiem. Wciąż trzeba jeszcze walczyć, a liczba przeciwników rośnie. Życie zawodowe – sztampa i wypalenie, dzieci i zasikane przez nie łóżka, wypalone związki, w których łączy już tylko wspólna przestrzeń i obowiązki, samotność dzielona z psem – niby nic się nie dzieje złego, ale i dobrego też nie. Generalnie nie dzieje się nic, a przecież jeszcze przed chwilą życie kwitło. W odpowiedzi na ten stan zawieszenia przychodzi alkohol. Prawie tak jak w słynnym zdaniu Charlesa Bukowskiego (dla niewtajemniczonych – pisarz i alkoholik): “Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś działo się więcej.”

Nasi bohaterowie piją, żeby się działo, żeby stać ich było na zachowania, których potrzebują, ale na które nie umieją sobie dać zgody. Na śpiew, na taniec, na nieszablonowe podejście do pracy, na radość, na tajemnicę – na te rzeczy nie ma miejsca w ich codzienności czterdziestolatków. Alkohol jest wytrychem, dzięki któremu udaje się włamać do lepszego życia, do lepszego „ja”. Alkohol jest też alibi. Nie robimy po alkoholu rzeczy, o których nie pomyślimy na trzeźwo, ale takie, na które brakuje nam śmiałości.

W jednej z zapowiedzi filmu „Na rauszu” przeczytałam, że bohaterowie „nie przewidują skutków, jakie pociągnie za sobą długotrwałe utrzymywanie stałego poziomu promili we krwi – przez cały dzień, również w pracy…”. Uważam, że to nieprawda. Przewidują i doskonale rozumieją, że poruszają się na granicy alkoholizmu, a potem tę granicę przekraczają. Jednak w swoich dojrzałych życiorysach doszli do punktu, w którym koszty nie mają znaczenia. Być może to ostatni moment, kiedy mogą i chcą coś poczuć. Polubić się – jak kiedyś. Nie da im już tego zawodowy sukces, nie da im tego miłość, więc w zasadzie: co mają do stracenia?

Jak utopić pustkę

Bardzo smutny jest obraz związków damsko–męskich w „Na Rauszu”. Poznajemy dwa, w zasadzie niewiele się od siebie różniące. Choć zaczęły się od uczucia, obecnie są wydmuszką złożoną z nocnych zmian, wychowawczych problemów i list zakupów. Nie ma miłości, nie ma dzielenia się sobą, swoimi odczuciami, problemami. Człowiek, obok którego codziennie zasypia naszych dwóch bohaterów jest bardziej oddalony niż obcy na ulicy.

Fascynuje mnie postać Martina grana przez Madsa Mikkelsena. Mam ogromną nadzieję, ze zdobędzie za tę rolę aktorską nagrodę BAFTA. Gdy go poznajemy jest nudziarzem, który idealnie rozmija się ze swoją żoną i niezbyt odnajduje w roli ojca. Nie jest życiowym „przegrywem”, ale daleko mu do sukcesu. Mamy takich ludzi w swoim otoczeniu. Gdy poznajemy ich w dojrzałym życiu, trudno uwierzyć, że byli kiedyś obiektem pożądania, że wymiatali na parkiecie, żyli pasją. Sprowadzamy ich do roli ojca, męża, belfra, szefa.

Co dzieje się z człowiekiem, który nagle budzi się w ciele i życiorysie bez celu i przyszłości? Alkohol wydaje się być niewielka ceną za powrót do poprzedniego „ja”. Mads Mikkelsen jest w roli Martina fenomenalny. Ma w sobie brud alkoholizmu i romantyzm człowieka, którego miłość życia zdezaktualizowała się gdzieś między porodami a wyniesieniem śmieci. Gra oszczędnymi środkami, tańczy tak, że nie można oderwać od niego oczu. Ostatnia klatka filmu, gdy Martin skacze do góry a poły jego marynarki układają się w coś na kształt skrzydeł, zostanie mi w głowie. 

What a life

Reżyser Thomas Vinterberg nazywa swój najnowszy film pochwałą życia, a nie picia. Wróćmy zatem jeszcze na moment do pierwszej sceny. Widzimy grupę młodzieży na ostro zakrapianej imprezie. Chleją (wybaczcie potoczne słowo, ale to zdecydowanie więcej niż spożywanie alkoholu), wymiotują, szaleją – a jednak to nic nie zmienia w ich życiu. Gdy choć w połowie próbują to naśladować dorośli, za wszystko muszą zapłacić dużo wyższą cenę. Tak. Dorosłość pozwala nam robić wszystko to, co w młodości, ale wystawia słone rachunki. I to chyba największy problem naszych bohaterów.

Film nie moralizuje. Nie wiem, czy po wyjściu z kina pójdziecie na szklaneczkę czegoś mocniejszego, czy obiecacie sobie abstynencję aż do przyszłego lata. Wiem jedno. Ból dojrzewania jest niczym przy bólu dorosłości. Łączy je tylko nieograniczone, niezaspokojone pragnienie odczuwania piękna życia, jak w finałowej piosence w wykonaniu grupy Scarlet Pleasure:

„What a life, what a night / What a beautiful, beautiful ride / Don’t know where I’m in five but I’m young and alive / Fuck what they are saying, what a life”.

Czy słowa: „what a life” to wyrzut czy pochwała życia? Po odpowiedź zapraszam do kina.