„Mank”: Gorzka opowieść o małpce z Hollywood

Film „Mank” w reżyserii Davida Finchera to piękna podróż w czasie. Poznajemy Hollywood z lat 30. a naszym przewodnikiem jest Herman J. Mankiewicz, autor scenariusza „Obywatela Kane’a” dla Orsona Wellesa. Prywatnie – alkoholik i krytyk społeczny, którego ulubioną bronią jest ironia.

Film ma kompozycję szkatułkową, czyli w ramach jednej opowieści poznajemy kolejne, wbudowane jedna w drugą. Mank ze złamaną nogą zostaje odizolowany od świata, by dokończyć scenariusz dla Orsona Wellesa – to historia numer jeden. Wraca do wspomnień, z których czerpie inspirację do filmu – historia numer dwa. Kolejna płaszczyzna to sceny z powstającego scenariusza (historia numer trzy), które korespondują z tym, co możemy zobaczyć w autentycznym filmie – kinowym klasyku – „Obywatelu Kane” (w którym z kolei też mamy dwie historie – tę, która dzieje się po śmierci Kane’a i tę, którą tworzył za życia).

Bohater-obserwator

Mankiewicz to postać bardzo ciekawa. W tej roli zobaczymy Gary’ego Oldmana (nominowanego za tę postać do Oscara).  Bohater ma w sobie nonszalancję i genialność. Jego wesołkowatość jest tylko maską prawdziwego „ja” – krytycznie patrzącego na życie, świadomego własnych ograniczeń i uzależnień twórcy, zakochanego w kinie, choć niekoniecznie w świecie kina. Prowadzi z pozoru lekkie życie hazardzisty, ale poważnie traktuje problemy, które trapią społeczeństwo, w którym żyje. Pewne rozdarcie widzimy nawet w jego życiu prywatnym. Jest wierny swojej „biednej żonie”, choć zakochany w aktorce Marion Davies. Ma zarówno świadomość, jak kiepskim mężem jest jak i jakie wady ma jego platoniczna ukochana.

Sen o fabryce snów

„Mank” to obraz o kosztach tworzenia arcydzieła. Fincher bardzo jednoznacznie przedstawia historie powstawania „Obywatela Kane’a”. Jedynym jego twórcą, który swoja drogą zapracował  na Oscara w 1942 roku za scenariusz był Mankiewicz. Zasługą reżysera OrsonaWellesa było tylko pilnowanie terminów i trzeźwości Manka (nieskuteczne zresztą). Jak to często w przemyśle filmowym bywa, kto inny jest autorem sukcesu, a kto inny spija śmietankę.

Do sieci trafił zwiastun nowego filmu Davida Finchera i Netfliksa – ,,Mank”  - Sznyt.pl

To Mankiewcz zapłacił całe koszty pisania odważnego scenariusza.  Fabryka Snów jest feudalnym państwem, w którym albo jesteś grubą rybą albo planktonem – częścią gromady konformistów i karierowiczów, czekających na moment, gdy to oni będą rozdawali karty. Za genialne, ale gorzkie opowiedzenie tego na ekranie, Mankiewicza czeka ostracyzm. Jednocześnie jest on zbyt inteligentnym człowiekiem, żeby nie widzieć, że on sam stał się częścią opisywanego świata. Nie pozuje na mściciela. Nie czuje się lepszy od opisywanych ludzi. Ten hollywoodzki blichtr go ukształtował, a ponieważ zawsze był zbyt hardy, by wkręcić się całkowicie w maszynę, pozostała mu rola błazna. Błazen na dworze królewskim czasem mówi prawdę, ale jest nikim, można go poniżać, lekceważyć, a nawet wymienić. Genialna jest gra słów, którą mamy w tym filmie. Mank to przezwisko od nazwiska Mankiewicz, ale też nie sposób nie dostrzec, że po angielsku mank brzmi bardzo podobnie do słowa monkey czyli małpka.  Właśnie taką rolę pełnił Herman w świecie  prasowego potentata, Williama Randolpha Hearsta , pierwowzoru Kane’a. To film i prawda ekranu dała Mankowi na moment prawo mówienia i odzierania z szat. To prawo jednak mija wraz z seansem, a błazen wraca do roli błazna.

Obywatel Mank

Mam wrażenie, że Fincher próbował „Mankiem” obnażyć świat filmu w taki sposób, w jaki przed laty Orson Welles obnażył świat prasy kręcąc „Obywatela Kane’a”. Nie uważam jednak, aby to założenie się udało.

Film jest trudny w oglądaniu. Momentami wątki mogą się wydawać mało czytelne, a przeskoki między kolejnymi opowieściami zbyt szybkie. Dlatego wychodzimy z kina bardziej z wrażeniem niż z treścią, choć tej treści reżyser naładował aż nadto. Film można czytać politycznie. Dużo tam – mówiąc w uproszczeniu – walki proletariatu z elitami. To też ciekawy portret wąskiej elitarnej grupy zawodowej, skupionej wokół dziesiątej muzy. Ciekawa jest też koncepcja jednostki zmagającej się ze środowiskiem i wszystkie konsekwencje i mechanizmy, jakie oddziałują wówczas na jej życie. „Mank” to także pytanie o autorskość przy dziele zbiorowym, jakim jest film.

Według mnie najnowsza produkcja Finchera jest w negatywnym sensie przeładowana tymi różnymi wątkami. Może się więc zdarzyć, że pozostanie nam tylko wrażenie pięknej podróży do czasów fenomenalnych kobiet, cudownych rautów i początków fabryki snów. A trzeba przyznać, że tu twórcy „Manka” bardzo porządnie odrobili zadanie domowe. Kostiumy, dekoracje, godne zapamiętania ujęcia, muzyka – wszystko jest na bardzo wysokim poziomie. Zabieg rezygnacji z koloru i zrobienie tego filmu w czarno – białej estetyce też był strzałem w dziesiątkę. Znamienne, że np. jury nagrody BAFTA doceniło Manka, nominując go w kategoriach wizualnych, a pomijając w tych głównych. To może być rzeczywiście główna wada tego obrazu. O wiele łatwiej dać się uwieść jego stronie wizualnej niż zrozumieć przekaz. Czy lepiej będzie odebrany w samym Hollywood? Czy świat wielkiego filmu przełknie gorzką pigułkę na swój temat? Dowiemy się podczas rozdania Oskarów już 25 kwietnia. Na razie Mank zdobył aż 10 nominacji (m.in. dla najlepszego filmu i reżysera).