Gdybym mógł cofnąć czas… Recenzja Zack Snyder’s Justice League

Podróżowanie w czasie to niewątpliwie jedna z tych rzeczy, o których pasjonaci sci-fi marzą najbardziej. Któż by nie chciał móc wrócić do jakiegoś konkretnego momentu, nawet niekoniecznie odległego, by troszkę przemodelować bieg wydarzeń? Zwłaszcza jeśli ten, który nastąpił, był wybitnie niefajny. Niestety, póki co możemy o tym dalej marzyć. Najlepsza możliwa obecnie namiastka to próba naprawy błędów przeszłości. Nie cofamy wtedy fizycznie czasu, ale jeśli się uda, to przynajmniej możemy w miejsce czegoś popsutego wstawić zupełnie nową jakość.

Swego czasu na łamach Pełnej Kulturki opisałem pokrótce genezę kinowej wersji “Ligi Sprawiedliwości”. Zack Snyder był jej pierwotnym reżyserem i architektem, ale ostatecznie decyzją wytwórni Warner Brothers zastąpił go Joss Whedon. Powodów było kilka. Z punktu widzenia WB film miał być odpowiedzią na superbohaterski blockbuster z “drugiej strony barykady”, czyli “Avengers” (2012 r.). Film, który w czasie premiery oryginalnej wersji “Justice League” (mówimy o 2017 roku) był wciąż trzecią najbardziej kasową produkcją w historii kina – nie przebił jej pod tym względem nawet sequel z 2015 r. “Age of Ultron”. Dzieło uwielbiane, krytykowane jedynie przez nieliczną garstkę malkontentów. Wytwórnia Warner Brothers chciała tego samego, DC Comics chciało tego samego, fani superbohaterów DC też chcieli oglądać swoich herosów w jednym filmie.

Sprawa rozbiła się jednak o wizję artystyczną. Zack Snyder miał bowiem bardzo autorskie wyobrażenie przedstawienia świata. Tego, jak pozostać wiernym komiksowym kartom, a jednocześnie opowiedzieć coś nowego, swojego. Opinie na temat tej wizji po “Man of Steel” (2013 r.) i “Batman v Superman: Dawn of Justice” (2016 r.) były dość podzielone. Osobiście kupiłem tę mroczną, filozoficzną stylistykę. Scenariusz, który szukał odpowiedzi na pytanie: gdyby bogowie kroczyli wśród nas, jak byśmy na to zareagowali? Co byśmy z tym zrobili? Miałem poważne wątpliwości, czy da się w tak szybkim tempie stworzyć drugie pełnoprawne kinowe uniwersum. Marvel wprawdzie stworzył je w 4 lata, ale przez ten czas powstało 5 filmów, które opowiadały osobną historię każdego z głównych członków “Avengers”. Snyder nakręcił 2 filmy, gdzie w drugim upchał od razu Supermana, Batmana i Wonder Woman. Ta ostatnia co prawda dorobiła się własnego origin story tuż przed premierą “Justice League”, ale to wciąż wydawało się karkołomnym przedsięwzięciem. Z tego pewnie względu, gdy źródła z wnętrza Warner Brothers przekazywały mediom plotki, że pierwotna wersja “Ligi” Snydera jest nie do oglądania, nikt temu się specjalnie nie dziwił. Film wedle doniesień miał być zbyt mroczny, nieprzystępny dla młodszego widza i mało rozrywkowy. Kierownictwo wytwórni tymczasem oczekiwało drugich “Avengers” – filmu poważnego, ale lekkiego w odbiorze, z akcją, humorem i patosem w równych proporcjach. Co zatem zrobiła wytwórnia? Zatrudniła reżysera “Avengers”, by powtórzył swój sukces w zupełnie innym uniwersum. Dziś to brzmi absurdalnie, ale wtedy wydawało się pewnie sensowne.

Te ruchy kadrowe rodem z typowego korpo zbiegły się dodatkowo w czasie z osobistą tragedią rodziny Zacka Snydera. Jego córka – Autumn – w marcu 2017 roku popełniła samobójstwo. Snyder po tym wydarzeniu miał zrezygnować dobrowolnie z bycia reżyserem JL, ale dziennikarze filmowi twierdzili, że w rzeczywistości został zwolniony (dziś wiemy, że druga wersja była prawdziwa). Film, który ostatecznie trafił na srebrny ekran po dokrętkach i zmianach wprowadzonych przez Jossa Whedona – trudno powiedzieć, czy z jego własnej inicjatywy, czy za “namową” tych na górze – okazał się być finansową i artystyczną klapą. Fani DC chcieli o nim zapomnieć równie szybko, jak się ukazał. Wtedy narodził się jeden z największych fenomenów fanowskich ostatnich lat: #ReleasetheSnyderCut. Ruch zmierzający do przywrócenia pierwotnej wizji Zacka Snydera dla “Ligi Sprawiedliwości” nabrał bezprecedensowych rozmiarów. Warner Brothers początkowo nie chciało się na to zgodzić, ale ostatecznie wygrały pieniądze, które za materiały postanowiło wytwórni zapłacić HBO. Dziś można śmiało powiedzieć, że serwis dobił targu życia, porównywalnego z zakupem praw do ekranizacji “Gry o Tron”.

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Fabularnie nowa wersja “Ligi” jest zasadniczo tym samym filmem. Po szokującym zgonie Supermana w boju, Batman decyduje się, by w geście szacunku dla poległego bohatera stworzyć zespół wyjątkowych jednostek do walki z zagrożeniami wykraczającymi poza sferę napadu z bronią. Inny jest jednak wydźwięk tego procesu. Już sam początek filmu o tym świadczy. Nadaje całości odpowiedni ton, który towarzyszy produkcji przez niemal cały, czterogodzinny seans. Pierwotna wersja zaczynała się od nagranej komórką rozmowy Supermana z grupą dzieci. Wersję Snydera otwiera rozbudowana scena śmierci herosa, w której obserwujemy, jak to wydarzenie rezonuje na cały świat i jednocześnie budzi z letargu tak zwane “Mother Box’y”. To one stają się przyczyną globalnego kryzysu, z którym przyjdzie się zmierzyć członkom przyszłej “Ligi”.

Przebudzenie Mother Box’ów sprowadza na Ziemię międzygwiezdnego wojownika Steppenwolfa, generała w armii jeszcze potężniejszej istoty – Darkseida. Steppenwolf z bliżej niejasnych przyczyn popadł w niełaskę swego wodza i podbój naszej planety ma być kolejnym krokiem do odzyskania zaufania oraz powrotu do jego kosmicznego imperium. Antagonista to kolejna istotna zmiana względem kinowej wersji filmu. Po pierwsze: kinowy Steppenwolf wyglądał wręcz komicznie, a nie strasznie, co Snyder bardzo pozytywnie odwrócił. Po drugie: jego motywacje nie były zarysowane właściwie wcale. Mimo, że głos pod niego podkłada rewelacyjny Ciaran Hinds, w wersji kinowej miał zaledwie kilka bardzo sztampowych kwestii o podboju ludzkości dla samego podboju. Snyder pokazał, że Steppenwolf jednak ma jakiś charakter i kieruje nim coś więcej niż tylko zwykła wściekłość.

Zack Synder // fot. Gage Skidmore

Pozwólcie, że opowiem wam swoją historię

Właściwie tu objawia się główna zaleta tej nowej wersji filmu – rozwój postaci. “Liga Sprawiedliwości” oprócz znanych nam już z poprzednich filmów bohaterów wprowadza trzech nowych, którzy teoretycznie są równie istotni: Aquaman, Cyborg i Flash. W „kinówce” kompletnie nie dało się tego odczuć. Panowie oczywiście mieli jakieś sceny, które szczątkowo (dosłownie) rysowały ich charaktery i podejście do życia, świata, przedstawionych wydarzeń, ale było tego o wiele za mało. W wersji Snydera można mówić o pełnoprawnym budowaniu postaci od zera. Nie jest oczywiście idealnie, bo nawet przy czterogodzinnym filmie wciąż będzie brakowało trochę miejsca na 6 mocnych charakterów – o innych postaciach nie wspominając – ale jest znacznie lepiej. Poza tym, nie tylko główni bohaterzy, ale także postacie poboczne dostają znacznie więcej czasu ekranowego. Dzięki temu zarówno widz otrzymuje lepsze spojrzenie na kształtowanie świata przez przedstawione wydarzenia, jak i aktorzy wreszcie mogą w jakikolwiek sposób pokazać swoją grę aktorską. Ładnie to widać na przykładzie ataku Steppenwolfa na Themyscirę, rodzinną wyspę Wonder Woman. Cała sekwencja bitewna jest znacznie dłuższa i pokazuje reakcje Królowej Hippolity na masową śmierć jej sióstr. A raczej Connie Nielsen ma teraz okazję pokazać jakąś reakcję.

Batman w mrocznej przyszłości Knightmare // fot. Warner Brothers/DC

Największymi zwycięzcami tej odsłony filmu są Flash i Cyborg. Dostają zdecydowanie najciekawsze i najlepiej pomyślane sceny przedstawiające ich osobiste historie. Choć w przypadku Cyborga trzeba powiedzieć, że teraz w ogóle jakieś ma. W poprzedniej wersji pojawiał się na ekranie, po czym kontaktowała się z nim Wonder Woman a następnie przyłączał się do zespołu ot tak, jak gdyby od początku sprawa była oczywista. Teraz dowiadujemy się szczegółowo, jak Cyborg został tym, czym jest, oraz w jaki sposób osobista tragedia rodzinna ukształtowała jego charakter. Świetnym przykładem jest wspomniana scena spotkania z Wonder Woman, która przebiega troszeczkę inaczej niż w „kinówce”. Gal Gadot (jak zwykle olśniewająca w swojej roli) mówi do Cyborga, że świat potrzebuje jego pomocy. Cyborg odpowiada krótko: “***** świat” (to nie jest już film dla dzieci, bo mamy nie tylko wulgaryzmy, ale też krew i rozczłonkowywanie ciał). Flash z kolei jest bohaterem jednej z najbardziej widowiskowych scen produkcji, która w sposób jasny i klarowny pokazuje możliwości tego superbohatera. Po seansie pierwotnej “Ligi” widz niezorientowany w uniwersum, nieznający tej postaci mógłby śmiało wyjść z założenia, że Flash to tylko “koleś, który szybko biega”. Każdy fan, który wie cokolwiek więcej na temat Barry’ego Allena zdaje sobie sprawę, że nic bardziej mylnego, ale z filmu to nie wynikało. Teraz jest zgoła inaczej. No i Flash jest bohaterem jednej z moich osobiście ulubionych scen, której nie zdradzę, ale powiem jedno słowo: parówka. Zrozumiecie, o co chodzi. 😉

#RestoretheSnyderVerse

Zmian względem kinowej wersji jest znacznie więcej. Wymienianie i analizowanie ich wszystkich zajęłoby mi zbyt dużo czasu, więc powiem tylko tyle: to jest praktycznie inny film. Cała historia z dwiema wersjami “Justice League” pokazuje przede wszystkim, jak ogromne znaczenie ma to, kto jest reżyserem produkcji i jak zmienia się odbiór jakiejś historii w zależności od stylu narracji. Swoje oczywiście robią też całkowicie nowe sceny nagrane przez Snydera na potrzeby tej wersji filmu. Większość z nich to ogromne spoilery, ale warto nadmienić, że wykładają fundamenty pod znacznie szerszą historię supebohaterskiego uniwersum DC. Tę historię, którą Snyder chciał opowiedzieć 4 lata temu. Pojawiają się nowi bohaterowie, których w filmie Jossa Whedona nie było. Między innymi Joker Jareda Leto. Jest tylko w jednej scenie, ale w tej jednej scenie dosłownie napisał całą niesławną historię swojej postaci na nowo. O ile wcześniej fani Jokera nie chcieli widzieć Leto więcej w tej roli, tak teraz zmienili zdanie (i słusznie).

Superman przestał być „Mr. Nice Guy” // fot. Warner Brothers/DC

To wszystko sprawiło, że narodził się nowy ruch fanowski, który zmierza do przywrócenia pierwotnej wizji Zacka Snydera dla kinowego uniwersum DC. Wytwórnia miałaby oddać mu kierownicę tego autobusu, który jeszcze nie tak dawno temu zdawał się pędzić na czołowe spotkanie ze ścianą. Czy to możliwe? Gdyby ktoś mnie zapytał przed seansem “Zack Snyder’s Justice League” byłbym mocno sceptyczny, ale teraz sam chciałbym to zobaczyć. Liczby nie kłamią. Hasztag #ReleasetheSnyderVerse pojawił się w ciągu jednej doby na Twitterze półtora miliona razy. Jest to absolutny rekord zainteresowania, który wcześniej należał do “Avengers: Endgame”. Warner Brothers obecnie twardo stoi na stanowisku, że nie mają planów, aby przywracać uniwersum Snydera, ale już kiedyś to słyszeliśmy, prawda? Poza tym, jeśli jest coś, co dla wytwórni filmowej pachnie lepiej niż lawenda, to jest to zapach pieniędzy. Miliony pozytywnych reakcji na “Ligę” Snydera to potencjalnie góra złota.

Najbardziej wzruszający jednak w całej tej sprawie jest fakt, że Zack Snyder wcale nie zrobił tego dla pieniędzy. Wydanie nowej wersji “Justice League” nie oznacza dla niego ani złamanego centa. Zrzekł się całkowicie wszelkich zysków wynikających z premiery, co musi oznaczać, że “cofnął czas” głównie dla siebie i dla fanów, którzy tak bardzo i gorliwie o to prosili. No i z jeszcze jednego powodu, którego niestety nie da się cofnąć, a chyba stanowił dla Zacka największą motywację. Ten powód wyraża się w dedykacji, którą reżyser umieścił przed napisami końcowymi: “dla Autumn”.