A co, gdyby naziści nie przegrali? Recenzja gry Paradise Lost

Paradise Lost to nowe podejście do tematyki drugowojennej, choć nie tak nowe podejście do narracji. Pod warstwą kurzu przykrywającego wnętrza podziemnego bunkra w południowej Polsce czeka na nas historia ciekawa, choć opakowana w nie do końca satysfakcjonującą mechanikę. Wystarczy jednak pominąć drewniane aktorstwo głosowe, dialogowe dłużyzny czy w końcu sztucznie wydłużającą rozgrywkę mechanikę – i Paradise Lost potrafi odsłonić przed graczem fascynującą alternatywną wersję wydarzeń II Wojny Światowej. Wojny, która nigdy się nie zakończyła.

W grze warszawskiego studia PolyAmorous wcielamy się w 12-letniego Szymona, który wraz z matką jako jeden z nielicznych przetrwał atomową zagładę. Armageddonu dokonali naziści na skutek przeciągającej się wojny, która wyniszczała nie tylko państwa Ententy, ale także Osi – co dziesiątkowało z czasem populację Niemców i stawiało pod znakiem zapytania projekt „Nadczłowiek”. Przeszukując bunkier natykamy się na tragiczne historie ludzi, którzy urodzili się w złym czasie i w złym miejscu. Szczególnie wybrzmiewa historia kobiet, sprowadzanych do roli podręcznych, inkubatorów. Porodówka w praktyce produkująca „nadludzi” to jedno z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie zamieszczono w Paradise Lost, nietrudno doszukać się w jej obrazie odniesień do obecnej sytuacji politycznej w Polsce, ale także – szerzej – do jednej z najwybitniejszych powieści antyutopijnych: „Nowego Wspaniałego Świata” Huxleya.

Sekrety podziemnego miasta

Pierwszym celem 12-letniego Szymona, w którego wciela się gracz, jest poznanie historii fotografii wykonanej w jednym z niższych poziomów bunkra, a przedstawiającej jego rodziców. Po śmierci matki i tułaczce przez południową Polskę (okolice Krakowa) Szymon przeszukuje bunkier, poznając historię jego mieszkańców. Mówię tu o „pierwszym celu”, bo bardzo szybko okazuje się, że nie jesteśmy w tym podziemnym mieście sami. Przy pomocy interkomu zamontowanego w niemal każdym pomieszczeniu porozumiewa się z nami tajemnicza Ewa, która pomaga nam dotrzeć do najgłębszych części bunkra. Wtedy pojawia się drugi, wręcz ważniejszy od odnalezienia znaczenia fotografii cel: odnaleźć i uwolnić Ewę.

Absolutnie najmocniejszą stroną Paradise Lost jest wygląd i klimat podziemnego miasta zbudowanego przez nazistów. Poziom szczegółowości pomieszczeń, notatek i nawet najmniejszych przedmiotów zachwyca. Oko cieszy lśniąca marmurowa posadzka, słowiańskie bożki wydrążone w drewnie (dzieło polskiego ruchu oporu) czy rozrzucone na biurku pamiątki. Piękne oświetlenie, realistyczne powierzchnie materiałów (drewna, marmuru) i niepowtarzalność zwiedzanych przez nas rejonów bunkra sprawiają, że w Paradise Lost największą frajdę przynosi rozglądanie się po otoczeniu, w którym rozstawione są notatki służbowe, pamiętniki, nagrania rozmów dawnych mieszkańców bunkra i inne elementy pozwalające zajrzeć jak przez dziurkę od klucza na ostatnie chwile przed opustoszeniem podziemnego miasta.

12-letni Szymon próbuje odkryć tajemnicę zniknięcia ojca i opustoszenia bunkra, w którym zrobiona była fotografia jego rodziców. // fot. All in! Games/PolyAmorous
Szczegółowe wykonanie potężnego bunkra to jeden z największych atutów Paradise Lost. // fot. All in! Games/PolyAmorous

Szlakiem architektury drewnianej

Paradise Lost przechodzi się właściwie samo. To jedna z tych produkcji, które określilibyśmy mianem „symulatora chodzenia”, bo choć ekipa PolyAmorous zaimplementowała w grze szereg zagadek, to są one po pierwsze banalne, a po drugie jest ich jak na lekarstwo. Efekt jest taki, że większość aktywności gracza sprowadza się do chodzenia, wciskania od czasu do czasu przycisków i podejmowania wyborów, które miały być – według zapowiedzi – osią gameplayu, a finalnie zostały mało znaczącymi dodatkami, które wydają się nie zmieniać absolutnie niczego, w dodatku pojawiają się na przestrzeni całej gry zaledwie kilka razy. Najistotniejszy z nich podejmujemy, a jakże, w samym finale opowieści. Pojawiają się wprawdzie opcje dialogowe podczas rozmów z ukrytą gdzieś w bunkrze Ewą, ale zwykle sprowadzają się one do wyboru, czy wolimy na przykład pocieszyć Ewę, czy powiedzieć jej o naszych uczuciach. To wybory, które w większym stopniu kreują nasze podejście do relacji bohaterów i nie mają większego (jeśli jakikolwiek) wpływu na rozgrywkę.

Skoro już mowa o dialogach, to choć są one świetnie napisane i potrafią złapać za serce, nie da się nie zauważyć pewnego dubbingowego rozkroku, w którym stanęli twórcy. Za kwestie mówione odpowiadają polscy aktorzy, a opowieść osadzona jest w Polsce, jednak cała gra nie ma polskiego dubbingu. Paradise Lost jest tytułem skierowanym do międzynarodowej publiczności, ale by podkreślić jego pochodzenie, aktorzy wplatają do wypowiedzi polskie słowa, a angielszczyznę kaleczą tak mocno, jakby próbowali odegrać karykaturę Polaków-emigrantów. Rozumiem, że to pewien zabieg artystyczny, ale kompletnie nietrafiony – bo nie dość, że podczas rozmów słyszymy cały czas „Polish English”, to jeszcze w grze aktorskiej nie ma nawet grama emocji, a całość przypomina podróż szlakiem architektury drewnianej.

O dziwo lepiej wypadają nagrania z taśm pozostawionych przez dawnych mieszkańców bunkra. Są przede wszystkim bardziej naturalne, czasem zaskakujące, pojawiają się nawet piosenki – tu plus w szczególności za autorską wersję utworu z czasów niemieckiej okupacji:

„Siekiera, motyka, my, sąsiady, biją się już trzy dekady,

Siekiera, motyka, guma ość, mam już tego pięknie dość,

Siekiera, motyka, Rod, Marzanna, nie odbiera Święta Panna,

Siekiera, motyka, bębęn, róg, wyparł się nas wszystek Bóg!”

Co stało się z mieszkańcami bunkra – nazistami i Polakami? Dlaczego podziemne miasto opustoszało? Na te pytania znajdujemy odpowiedzi przy pomocy notatek, nagrań i zdjęć. // fot. All in! Games/PolyAmorous

Wszystkie powyższe atuty znajdą z pewnością wielbicieli wśród graczy casualowych, którzy poszukują w elektronicznej rozrywce przede wszystkim zatracenia się w alternatywnej rzeczywistości, wsiąknięcia w historię. Paradise Lost to gra dla tych, którzy nie przepadają za wartką akcją i szukają głębszej historii, otwartej na interpretację i niespiesznie popychanej do przodu. Brak pośpiechu to zresztą kluczowy atrybut produkcji warszawskiego studia.

Zabunkrowany potencjał

Kulejąca mechanika, sztucznie wydłużająca rozgrywkę, to chyba największa bolączka Paradise Lost. Animacja każdej, choćby najdrobniejszej czynności, zajmuje każdorazowo kilka sekund, co w połączeniu z ślimaczym tempem poruszania się postaci zniechęca do eksploracji całkiem sporych przestrzeni. Nieraz w trakcie rozgrywki decydowałem się ominąć lub nie wrócić do jakiegoś interesującego miejsca tylko dlatego, że oznaczało to stratę nawet minuty na dotarcie do niego i na powrót – a nieraz okazywało się, że cały ten wysiłek był na nic.

Frustrujący jest też kompletnie nieudany pomysł twórców na podniesienie poziomu immersji: otwarcie drzwi lub przesunięcie dźwigni wymaga od gracza przesunięcie kursora do którejś z krawędzi okręgu, który pojawia się na ekranie wzorem takich gier jak Detroit: Become Human czy Beyond: Dwie Dusze studia Quantic Dream. Oczywiście jest to rozwiązanie przeznaczone na konsole – obsługując grę padem takie „minigry” są bardziej naturalne – ale na PC nie wnosi to nic. Przypuszczam zresztą, że na konsoli ma to podobny sens. Dłużyzna czeka nas także przy każdym wchodzeniu po drabinie, wspinaniu się na choćby najmniejszy stopień czy przechodzeniu pod przeszkodą. Każda z tych czynności może zniechęcić do dalszej rozgrywki. To zresztą powód, dla którego recenzja ukazuje się około miesiąc po tym, jak dzięki uprzejmości wydawcy All in! Games otrzymałem kod do gry. Czasem po prostu nie potrafiłem zmusić się do dalszego przemierzania podziemnego miasta nazistów – i to pomimo tego, że dostrzegam i doceniam wszystkie artystyczne walory produkcji.

Paradise Lost to gra zdecydowanie ciekawa i warta uwagi, a nawet – do pewnego stopnia – ogrania. Nie można nie zauważyć pracy i zaangażowania, jakie w projektowaniu bunkra i jego historii włożyli twórcy z PolyAmorous Games. Potencjał jest ogromny i gdyby w jakiś sposób producenci postanowili rozwijać ten koncept, z pewnością byłbym zainteresowany. Niestety przez nazbyt skromną mechanikę rozgrywki i sztuczne wydłużanie czasu spędzonego w grze Paradise Lost zniechęca do spędzenia przy tym tytule całego wieczora.