“Mortal Kombat”: Kryzys tożsamości

Egranizacje, czyli filmowe adaptacje gier wideo, nie cieszą się dobrą sławą. Mimo często obszernego materiału źródłowego, na podstawie którego można by przygotować nie jeden, a kilka scenariuszy, wersje filmowe są przeważnie co najwyżej średnie. Tak było w przypadkach Assassin’s Creed, Prince of Persia, Warcraft, filmów z serii Resident Evil oraz całej listy twórczości (nie)sławnego reżysera Uwe Bolla, której lepiej nawet nie przytaczać. Istnieją chlubne wyjątki, ale najnowsza adaptacja jednej z najsłynniejszych bijatyk w historii do nich nie należy.

Oczekiwania względem tej produkcji były duże. Można by nawet postawić tezę, że to między innymi przerost hype’u zranił film na długo przed premierą. Owszem, pierwsza filmowa adaptacja brutalnego uniwersum stworzonego przez Amerykanów Eda Boona i Johna Tobiasa była przez wiele lat uznawana za niedościgniony wzór przekładania elektronicznej rozrywki na język kinematografii. Pierwszy “Mortal Kombat” z 1995 roku (reż. Paul W.S. Anderson) w swoim czasie bił rekordy popularności i niektóre jego sceny do dziś są uznawane za kultowe, o legendarnej ścieżce dźwiękowej nie wspominając. Cary-Hiroyuki Tagawa jako demoniczny Shang Tsung budził w równych proporcjach szacunek i grozę. Chistopher Lambert jako bóg piorunów Raiden co prawda byłby dziś świetnym przykładem whitewashingu azjatyckiej postaci przez kaukaskiego aktora, ale w swojej roli odnalazł się świetnie. Choreografia walk trochę kojarzyła się z popularnymi ówcześnie Power Rangers, ale ich brutalność nie pozostawiała wątpliwości, że mamy do czynienia z produkcją dla dorosłych. Dzisiejsza widownia pewnie uznałaby tamten film za skarbnicę kiczu, ale moim zdaniem w tamtym kiczu była jakaś metoda.

Kolejne produkcje filmowe z serii Mortal Kombat były już dalekie od ideału. Sequel filmu z 1995 roku, czyli “Mortal Kombat: Annihilation” (1997 reż. John R. Leonetti) również przeszedł do historii, ale jako przykład tego, jak kapitał zbudowany przez jeden film całkowicie zniszczyć jego kontynuacją. Mimo niemal całkowitej porażki kasowej i artystycznej producenci nie chcieli rezygnować z serii, która wciąż w ich mniemaniu miała potencjał. Budżet jednak zmniejszył się z poziomu kinowego do telewizyjnego. Widzowie dostali mocno średni (choć już lepszy od Annihilation) serial “Mortal Kombat: Conquest” wraz z jego epilogiem w postaci filmu telewizyjnego “Mortal Kombat: Final Battle”. Z racji miernego zainteresowania widowni z kolejnych pomysłów na filmowe “mortale” ostatecznie zrezygnowano. Swoisty powrót nastąpił dopiero w 2011 roku za sprawą internetowego serialu “Mortal Kombat: Legacy”. Jakościowo całkiem niezły jak na produkcję niskobudżetową, ale to wciąż nie był ten poziom jakiego oczekiwali zatwardziali fani gier (na przykład ja).

Gdzie filmy zawiodły, tam pewien sukces odniosła animacja “Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge” z 2020 roku (reż. Ethan Spaulding). Krwawe origin story jednej z najbardziej ikonicznych postaci całej serii, czyli tytułowego Scorpiona, miała w sobie ten pazur, którego oczekiwali starzy wyjadacze. W połączeniu z sensownie ułożoną fabułą otrzymaliśmy tytuł, który mogł zainteresować nawet nowego odbiorcę serii (i wcale nie mówię tego dlatego, że Scorpion to moja ulubiona postać 😛). Animacja jednak ma swoje ograniczenia i nadal nie była to produkcja godna srebrnego ekranu. Takowej mieliśmy się doczekać rok później. Srebrny ekran niestety znowu musiał obejść się smakiem ze względu na pandemię koronawirusa, niemniej najnowszy “Mortal Kombat” to wysokobudżetowy film akcji pełną gębą. Choć ze wszystkich wymienionych produkcji najmocniej zbliżył się do odtworzenia sukcesu sprzed 26 lat, to niestety efekt końcowy pozostawia wiele do życzenia.

Spokojnie! Znam gry, wiem o co tu chodzi!

Film rozpoczyna się w XVII-wiecznej Japonii. Posługujący się lodem wojownicy chińskiego klanu Lin Kuei atakują posiadłość głowy klanu ninja Shirai Ryu – Hanzo Hasashiego. Członkowie klanu Shirai Ryu zostają wymordowani przez lodowych skrytobójców oraz ich lidera Bi Hana. Hanzo trafia do piekła, gdzie przeistacza się w pałającego rządzą zemsty Scorpiona.  Bi Han w nagrodę za wypełnioną misję zostaje obdarowany długowiecznością i również przyjmuje nowy alias: Sub-Zero. Z masakry cało wychodzi jedynie niemowlęca córka Hanzo, którą pod swoją opiekę bierze bóg Raiden. Historia w tym momencie przenosi nas do współczesności, gdzie niejaki Cole Young (oraz grupa innych wojowników) zostaje z niejasnych przyczyn wybrany, aby wziąć udział w tajemniczym turnieju sztuk walki. Turniej, jak się potem okazuje, ma zdecydować o losach świata.

Niestety film kuleje już na etapie założeń fabularnych. Cole jest tu głównym bohaterem, choć w uniwersum debiutuje. Został wymyślony na potrzeby produkcji, ale moim zdaniem – zbędnie. Świat Mortal Kombat jest na tyle obszerny i bogaty w historię, że spokojnie można by wykorzystać istniejące, znane z gier wydarzenia, by stworzyć sensowny wycinek tychże w wersji filmowej. Różnic względem tego, co kanoniczne, jest znacznie więcej, bo na przykład Shang Tsung nie jest już ziemskim czarnoksiężnikiem, który gości turniej Mortal Kombat na swojej wyspie. Zamiast tego film przedstawia go jako władcę Outworld, pustynnego świata w innym wymiarze, którego Imperatorem w grach jest Shao Khan. Krótko mówiąc, materiał źródłowy został potraktowany bardzo luźno i choć nie uważam, że adaptacje muszą być wiernymi kopiami tego, co adaptują, to jednak jakaś logika scenariusza powinna być zachowana. Ciężko o to, gdy przykładowo Chińczyk w XVII wieku rzuca tekstem po angielsku “for the Lin Kuei”.

Zrozumienie o co tu właściwie chodzi będzie trudne dla osób, które nigdy nie grały w gry i/lub nie kojarzą ich historii. Film bardzo szczątkowo tłumaczy skąd w ogóle wziął się turniej Mortal Kombat, dlaczego ktokolwiek musi w nim walczyć i czemu stawką jest władza nad naszym światem. Twórcy włożyli do scenariusza kilka dialogów, które niby wyjaśniają co się dzieje, ale są głęboko nielogiczne. Trudno traktować poważnie scenę, w której Sonya Blade tłumaczy Cole’owi istnienie równoległych światów pełnych różnych ras inteligentnych istot planujących podbój naszej Ziemi, a jedyne co Cole podaje w wątpliwość, to że powstrzymać agresywne rasy z innych światów może zwycięstwo w turnieju. Wiem, że to film akcji, w którym akcja jest celem samym w sobie, ale współczesny widz oczekuje czegoś więcej niż bezmózgiej młócki. Nawet od filmów akcji.

Zawsze chciałem być trzema rzeczami na raz

Bzdurki scenariuszowe i dziury fabularne jeszcze można by wybaczyć (ja przynajmniej mógłbym, choć zrozumiem każdego, kto nie da rady), ale największą wadą tego filmu jest brak jasnej wizji własnej tożsamości. Oglądając go miałem wrażenie, że twórcy nie wiedzieli, dla kogo go robią.

Z jednej strony mamy świetną choreografię walk, które powinny zadowolić zdecydowaną większość fanów tak zwanego “mordobicia”. Nie jest to może poziom azjatyckich filmów o sztukach walki takich jak na przykład seria Ip Man, ale jak na amerykański pseudo-blockbuster jest całkiem smacznie. Z drugiej strony zastosowano przy tych walkach karykaturalny wręcz poziom brutalności. Krew z zabijanych przeciwników leje się tak obficie, jakby każdy jeden fragment ich ciał zawierał własną aortę. Owa krew zresztą bardziej przypomina bardzo gęsty keczup niż to, co faktycznie płynie nam w układzie krwionośnym. Mówimy o serii Mortal Kombat, więc wiadomo, że musiało być brutalnie, ale ta brutalność nie musiała być przerysowana. Skoro o tym mowa, nie sposób nie wspomnieć o kilku efektownych scenach unicestwienia danej postaci, czyli znanych doskonale z gier “Fatality”. Tutaj też mam spory dysonans, bo owszem “fatale” są efektowne, ale ich zastosowanie i przełożenie z najnowszych odsłon gier w skali 1:1 jest tak oczywistym oczkiem w stronę graczy, że brakuje jedynie, by w tych scenach pojawiała się jakaś osoba dosłownie puszczająca oczko do kamery.

The Mortal Kombat movie reboot is rated R and features Fatalities
Krew leje się strumieniami, a ciała rzadko kiedy dokonują żywota w jednym kawałku – tak w skrócie wygląda film „Mortal Kombat” z 2021 roku.

No właśnie… “smaczki”. Film jest nimi wręcz przepełniony. Od drobnych, takich jak wycinek z gazety przedstawiający wizerunek znanego fanom rdzennego Amerykanina Nightwolfa, do śmiesznie wręcz oczywistych, jak wachlarz księżniczki Kitany wystawiony na kamiennym cokole w świątyni Raidena. Detale nie odnoszą się jednak wyłącznie do tych postaci znanych z gier, których zabrakło w wersji kinowej. Podczas sceny sparingu Liu Kanga, wojownik Shao Lin kilka razy z rzędu stosuje ten sam chwyt – podcięcie. Widz niezaznajomiony z grami pewnie nie zwróci na to uwagi, ale dla graczy będzie to oczywisty żart z “najsłynniejszej” techniki walki polegającej na ciągłym powtarzaniu podcięć. No i kolejny dysonans. Z jednej strony niby fajne dla mnie jako wieloletniego fana, ale dla kogoś, kto nim nie jest, scena zupełnie zbędna, bo ani ciekawa, ani jakoś specjalnie śmieszna.

Get over here!

Chciałbym móc napisać, że chociaż aktorsko jest dobrze, ale nie mogę. Fakt faktem – są dwie kreacje, które bronią honoru produkcji: rewelacyjny Hiroyuki Sanada jako Scorpion oraz Josh Lawson wcielający się w Kano. Ten pierwszy niestety nie ma dużo czasu ekranowego, ale każdy jego występ to małe mistrzostwo świata, zarówno pod względem sztuki aktorskiej, jak i widowiskowości. Ten drugi z kolei to bardzo miłe zaskoczenie. Świetnie napisane kwestie połączone z bardzo czarnym poczuciem humoru i australijskim akcentem to mieszanka wybuchowa niczym wódka z Red Bullem. Niestety tutaj superlatywy się kończą. Żaden inny aktor ani żadna inna aktorka nie dorównuje wspomnianej dwójce. Nie można tego nawet zwalić na nielogiczny scenariusz. Widać po prostu, że nikt nie wczuł się w graną przez siebie postać. Może to wina niedoświadczonego Simona McQuioda, dla którego „Mortal Kombat” to reżyserski debiut.

Poziom trzyma za to muzyka. Powrót do znanego i kochanego na całym świecie motywu przewodniego z pierwszego filmu “Mortal Kombat” był marketingowym i artystycznym strzałem w dychę. Nowa ścieżka dźwiękowa została nieco uwspółcześniona rytmami rodem z dzisiejszych klubów i imprez dubstepowych, ale nadal ma w sobie moc. Nie można tego do końca powiedzieć o stronie wizualnej, bo choć większość efektów specjalnych (nie licząc keczupowej krwi) prezentuje się całkiem plastycznie, tak książę Goro zrobiony w całości metodą CGI bardziej śmieszy niż przeraża, bo przypomina z twarzy… Shreka. Raiden, który powinien być obrazem siły i potęgi (w końcu jest bogiem) kojarzy się raczej z kimś, kto zbiera datki na miskę ryżu w slumsach jakiegoś azjatyckiego miasta. Żeby nie było, że tylko narzekam: bardzo pozytywne wrażenie robi Mileena ze swoim charakterystycznym uzębieniem, które mogłoby reklamować usługi stomatologiczne.

Goro (Mortal Kombat 2021) vs Captain America (MCU) - Battles - Comic Vine
Przeraża czy bawi? Goro w filmie „Mortal Kobmat” przypomina trochę… Shreka.

Flawed victory?

Czytając tę recenzję pewnie odnieśliście wrażenie, że seans mnie zawiódł. Faktycznie, skupiłem się na wadach produkcji, bo kocham serię Mortal Kombat i chciałem, żeby ten film spełnił moje oczekiwania względem adaptacji aspirującej do miana poważnego kina. Tym razem się nie udało, ale to nie oznacza, że stawiam na planowanym od tego filmu całkowicie nowym kinowym uniwersum kreskę. Kinowy „Mortal Kombat” nie jest zły, tylko mocno nierówny. Skacze poziomem od całkiem wysokiego przy scenach ze Scorpionem do bardzo niskiego w momentach, gdzie nieudolnie próbuje tłumaczyć widzowi fabułę. Były momenty, kiedy czułem zażenowanie, ale nie brakło także tych, w których krzyknąłem z zachwytu nad rozgrywającą się na moich oczach wesołą masakrą. Obok kwestii dialogowych Kano i jego uroczych obleg kierowanych do… właściwie wszystkich i wszystkiego nie sposób przejść niezadowolonym. Ten film ma swoje momenty, ale no właśnie… to są tylko momenty i trudno powiedzieć czy tych dobrych jest więcej, czy może jednak tych złych.

Liczę na to, że twórcy wyciągną wnioski z krytyki i następnym razem poprawią niedociągnięcia. Pewnie nadmierną naiwnością byłoby oczekiwanie odwrócenia niesławnej historii “Mortal Kombat” z 1995 roku i “Mortal Kombat: Annihilation” – przyćmienie słabego startu świetnym sequelem – ale czasami jestem trochę naiwniakiem. Zwłaszcza wtedy, kiedy rzecz tyczy się produkcji opartych o franczyzy bliskie memu sercu jak dłoń Kano, która wyrwała mi to serce prosto z klatki piersiowej. Dosłownie i w przenośni.