„Ojciec”, czyli jak rozpada się mózg. Studium przypadku

Wyobraź sobie, że budzisz się rano i spotykasz w swoim domu obce osoby. Opiekujący się tobą ludzie cię okradają. Bliscy kłamią i manipulują, by sobie ciebie podporządkować i zagarnąć twoją własność. Ciągle ktoś ci o czymś przypomina, traktuje jak niepełnosprawnego intelektualnie, podczas kiedy ty doskonale sobie radzisz sam. Rzeczy w twoim mieszkaniu zmieniają miejsce, jakby działały tam siły nadprzyrodzone albo jakby ktoś złośliwie je chował lub przekładał. Ludzie w twoim otoczeniu wciąż manipulują faktami, udzielają różnych odpowiedzi na te same pytania, w zależności od chwili. Nikt nie pyta cię o zdanie. Zaczynasz zastanawiać się, co za demon wkradł się w twoje życie. Lekarze mówią, że to alzheimer.

Florian Zeller nakręcił bardzo ważny i przerażający film pt. ”Ojciec”. Obraz, dzięki fenomenalnej konstrukcji fabularnej, pokazuje zjawisko starczej demencji zarazem od środka i z zewnątrz. Scenariusz, za który Zeller został nagrodzony Oscarem, jest adaptacją sztuki teatralnej pod tym samym tytułem, stworzonym zresztą przez tego samego twórcę kilka lat wcześniej jako czarna komedia. W wersji kinowej „Ojciec” został z komizmu obdarty i jako dramat przedstawia rzeczywistość tak przerażającą, że można go nazwać dreszczowcem. To thriller, w którym nie ma groźnego mordercy czyhającego na życie bohaterów, potwora i sił nieczystych. Człowieczy los, ułomność ludzkiej natury, starość – pełen niedoskonałości kiepski finał dość szczęśliwego życia – oto demony, które dopadają głównego bohatera.

Konstrukcja fabuły jest jednym z najsolidniejszych filarów „Ojca”. Świat Anthony’ego (w tej roli Anthony Hopkins) poznajemy po części z perspektywy jego córki, a po części od strony gubiącego się w chorobie umysłu staruszka. Razem z nim gubimy się w faktach, kto jest jego opiekunką, z kim w związku jest jego córka, jaka jest pora dnia, w którym mieszkaniu rozgrywa się akcja. To zabieg podobny nieco do tego zastosowanego w „Pięknym umyśle” w reżyserii Rona Howarda. Z tą różnicą, że w „Pięknym umyśle” najpierw wchodzimy w świat bohatera, później odkrywamy, które elementy są pochodną jego schizofrenii, a następnie te dwa światy są już aż do finału wyraźnie rozdzielone. W „Ojcu” zostajemy w tym pomieszaniu aż do końca. W którymś momencie nieustanne zlepianie faktów i układanie ich od nowa zaczyna męczyć nawet widza.

Próbujemy łapać kolejność zdarzeń zwracając uwagę na szczegóły takie jak potrawy i bluzki noszone przez córkę. Te elementy okazują się zawodne, rzeczywistość powtarzalna, a pojęcie czasu nie istnieje, choć bohater nieustannie próbuje nad nim zapanować, obsesyjnie sprawdzając, która jest godzina. Odczuwamy jego bezradność na własnej skórze, nie umiejąc odnaleźć się w fabule filmu.

To właśnie jest ogromna siła tego obrazu. To nie pierwszy film o starości, odchodzeniu i trudnościach, które ma młodsze pokolenie w opiece nad zdziecinniałymi rodzicami. W ubiegłym roku podobnej próby dokonał Viggo Peter Mortensen w swoim reżyserskim debiucie zatytulowanym „Jest jeszcze czas”. Tam również podnoszony jest temat skomplikowania relacji między dziećmi a rodzicami w momencie, w którym odwraca się rola opiekuna i tego, którym trzeba się opiekować; kiedy to rodzic musi się poddać dziecku.

Jednak „Ojciec” to coś więcej. To dzieło o rozpadzie ludzkiego mózgu i zdolności samostanowienia. Jest coś niesamowitego w patrzeniu na twarz Antony’ego Hopkinsa, twarz, która tak mocno wryła nam się w pamięć choćby jako twarz Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”, a w której teraz odnajdujemy starość i bezradność. Widać w niej echa dawnej sławy i mocy. Czy nie to właśnie uczucie towarzyszy dorosłym dzieciom opiekującym się swoimi starymi rodzicami? Oto ten, który kiedyś decydował o wszystkim, wyznaczał domowe zasady, dziś potrzebuje pomocy w założeniu swetra.

Anthony pomimo postępującej choroby desperacko próbuje odzyskać kontrolę nad swoim życiem. // Film4, Viewfinder, Trademark Films, Ciné@

Hopkins jest w swojej roli świetny, a Oscar, którego otrzymał – w pełni zasłużony. Jego Anthony (główny bohater nosi imię aktora) jest naturalny i różnorodny. W jego ruchach, mimice widać postępującą chorobę i to jak z nią walczy jego umysł. Widać zmęczenie sobą. Jego zmaganie z demencją jest jak walka z oceanem. Najpierw próbuje stawiać opór każdej fali, potem chce się im poddać, ale nadal się na nich unosić, by ostatecznie zostać przez nie pochłonięty.

Najsmutniejsza w „Ojcu” jest samotność bohatera. To nie jest samotność wynikająca z braku osób, które się o niego troszczą. Anthony ma kochającą córkę (w tej roli Olivia Coleman), która próbuje pomagać mu na rozmaite sposoby, nie szczędząc sił i środków. Jednak gdy mózg odmawia posłuszeństwa, nikt nie jest w stanie osłodzić samotności. Każdy dobry gest może zostać przez źle działający umysł odbity niczym w krzywym zwierciadle, a chory staje się zakładnikiem własnych urojeń.

Demencja jest procesem, który może dotknąć każdego z nas, a jednak jest kulturowo pewnym tabu. Rodziny wstydzą się, że senior zachowuje się dziwnie. Czują się winne, testując różne „rozwiązania problemu”. Film Floriana Zellera nazwałam ważnym, bo poza tym, że jest po prostu dobrym, artystycznie pełnym dziełem filmowym, to dotyka i pogłębia trudny temat, który chcemy wypchnąć z naszej świadomości. Uchyla nam rąbka tajemnicy odchodzenia, pokazuje piekło cudzej codzienności, która szybciej niż myślimy, może stać się naszą codziennością. Piekielnie trudna prawda, od której chętnie uciekniemy z kinowej sali.