Nomadland, czyli ucieczka przed stratą. Najlepszy film roku?

„Nomadland” w reżyserii Chloé Zhao to dla mnie najbardziej poruszający film ostatnich lat. Już dawno nie wyszłam z kina tak zapłakana i z poczuciem, że ktoś na ekranie niemal kroił moją duszę bez znieczulenia. Choć życiorys bohaterki jest zupełnie inny niż mój, jest coś wspólnego ponad naszymi peselami, doświadczeniami i okolicznościami życia. Coś bardzo ludzkiego, doświadczanego indywidualnie, ale wspólnego dla całego gatunku. I o tej części jest ten film.

Nomada – wędrowiec, członek grupy ludzi nieposiadającej stałego miejsca zamieszkania, przemieszczającej się z miejsca na miejsce, np. w związku ze zmianami pogody lub w poszukiwaniu żywności, wody, opału albo pastwisk.

Bohaterkę Fern (fenomenalnie szczera w tej roli Frances McDormand, która po prostu jest – niczego nie gra) poznajemy w momencie zwrotu w jej życiu. Upada kopalnia w miejscowości, w której żyła. Wraz z zakładem upada w zasadzie całe miasto. Fern jakiś czas wcześniej została wdową. Pozbawiona rodziny, pracy i domu po sześćdziesiątce jest niemal na starcie. Zaczyna mieszkać w vanie, którego nazwała A-van-garda. Rusza w trasę, podejmuje się sezonowych prac fizycznych i otwiera na zupełnie inne postrzeganie świata. Szybko okazuje się, że istnieje cała społeczność ludzi żyjących w podobny sposób. I to wcale nie młodych szaleńców buntujących się przeciwko systemowi. Fern spotyka starszych ludzi, często schorowanych, którzy znaleźli się w trasie, bo nie mieli innej perspektywy, bo nie odnaleźli się w stacjonarnym życiu, bo odkryli, że to ostatni moment, by zrobić to, na co mają ochotę.

Ludzie

Życie w takim zawieszeniu nie należy do prostych i Chloé Zhao daleko jest do idealizowania losu wędrowca. Każda fizyczna przypadłość, wahania pogody, awaria jest odczuwana mocniej. Fern ciężko pracuje. Chce. „Potrzebuję pracy, lubię pracę” – mówi w pośredniaku. Sprząta toalety, parkingi, stoi przy taśmie w Amazonie, smaży parówki w podrzędnej restauracji.

„Nomadland” to film o odpadkach społeczeństwa, o ludziach, którzy zapełniają  nasze miasta, ale są pomyłką systemu. Starzy, brzydcy, chorzy, bez przyszłości i celu. Jednak spotkani na trasie mają swoją magię, marzenia, chwile chwały i piękna. Po wyrzeczeniu się wszystkiego (rodziny, zawodowych ambicji, domu, pieniędzy) ci nowi nomadzi, wędrowcy po amerykańskich bezdrożach, zyskują rzeczy, których nie da się kupić: wschody i zachody słońca, muzykę, wolność, czas na autorefleksję, przestrzeń na relację z drugim człowiekiem.

Spotkania w drodze, na które składa się „Nomadland”, pozbawione są prostych klisz: rodzina – związek – przyjaźń. Okazuje się, że zbliżenia między jednym odjazdem a drugim są stałym elementem podróży. Nomada z nomadą nie zostają razem na zawsze, ale gdzieś przy ognisku, przy alkoholu, przy pracy, przy zachodzie słońca dzielą się kawałkiem siebie i to być może najszczersza rzecz, jaka istnieje między ludźmi. Bohaterowie sobie pomagają, martwią się o siebie, ale każdy ma swoją trasę i swój los, który trzeba przeżyć samemu aż do końca. Takie zwykłe bycie razem ogląda się niezwykle, zwłaszcza w czasach izolacji i pandemii.

Dom

Nie jestem bezdomna. Po prostu nie mam teraz domu” – mówi Fern do przypadkowo spotkanej dziewczynki, której kiedyś udzielała korepetycji. „Dom to dla ciebie słowo czy coś w środku ciebie?” – ma wytatuowane na ręku jeden z kolegów bohaterki, pracownik Amazona.

N

„Nomadland” stawia pytania o to, czym jest dom i czy jest nam niezbędny. Po angielsku jeszcze wyraźniej brzmi różnica między „home” a „house”. Czy to ściany, w których mieszkamy? A może każde miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie – nawet van? A może dom to bliski człowiek?

Nomadzi z filmu Chloé Zhao przywiązują się do swojego vana lub campera. Auto staje się domem i częścią ich samych, jak skorupa u żółwia. Fern ma problem, gdy staje przed wyborem: inwestować w starego grata czy w nowy sprzęt. Tłumaczy w warsztacie samochodowym, że włożyła sporo czasu, pieniędzy i energii by dostosować swoje auto do siebie. Choć nomadzi żyją w pewnej wspólnocie, chętnie się dzielą i sobie pomagają, rzadko wpuszczają się do swoich aut-skorup. Zazwyczaj tylko wtedy, gdy potrzebują pomocy, gdy zdrowie szwankuje i zawsze jest to nawiązanie pewnej intymnej relacji. Jakby wpuszczali się nie do auta, a do duszy.

Into the wild

Gdy tylko zobaczyłam zwiastun filmu „Nomadland”, skojarzył mi się od razu z jednym z moich ukochanych dzieł – „Into the wild” w reżyserii Seana Penna. Bohaterem jest Christopher, który porzuca rodzinę, a w końcu całą ludzkość i udaje się w samotną podróż w dzikość, dokładnie na Alaskę. Mieszka tam w opuszczonym busie.  Walczy o przeżycie, a ostatecznie zostaje pokonany przez głód, mróz i przyrodę. Produkcja jest oparta na faktach, a prawdziwy bus, w którym Christopher spędzał ostatnie chwile życia, dopiero w ubiegłym roku został zabrany z dzikich terenów, bo był celem pielgrzymek zbyt wielu fanów filmu.

Gdy obejrzałam „Nomadland” odkryłam, jak wiele różni dojrzałą Fern od młodzieńczego Christophera. On sam zrezygnował ze społeczeństwa, czując się od niego lepszym. Ona jest niejako wyrzucona poza nawias przez społeczeństwo, choć w pewnym momencie sama dokonuje wyboru i dwukrotnie odrzuca szanse na inne ułożenie sobie życia. Christopher ucieka od ludzi, Fern ich odkrywa na trasie. W pewnym momencie spotyka nawet takiego młodzieńca jak Christopher. Ich zetknięcie jak dla mnie obrazuje doskonale różnicę w ich życiorysach.

Muzyka i zdjęcia

Oba filmy na pewno łączą przepiękne zdjęcia i muzyka. Przyroda Arizony, Kalifornii i Nevady zdumiewa. W każdym ujęciu Joshuy Jamesa Richardsa (operator) miesza się brudne piękno prawdy i magia natury. Obraz atakuje czystą emocją. Wprawdzie w filmie pada wiele ważnych zdań i słów, ale to długie – często symboliczne – ujęcia zostają w pamięci widza na długo.

Wrażenie potęguje liryczna muzyka Ludovico Einaudiego. To włoski kompozytor i pianista, który ma na swoim koncie wiele albumów studyjnych i koncertowych, a także ścieżki dźwiękowe do filmów takich jak „Nietykalni”, „To właśnie Anglia” i „Samba”. Piękna, nastrojowa, osobista – tak można opisać dźwięki, które perfekcyjnie uzupełniają to, co widzimy na ekranie.

Strata

Choć historia Fern jest osadzona w pewnym wycinku rzeczywistości (amerykańska kultura i kryzys gospodarczy), mówi o uniwersalnych problemach i wartościach. Dla mnie to opowieść o stracie, którą naznaczone jest życie każdego bohatera „Nomadland”. Życiowy partner, praca, dom, zdrowie – wszystko to wydaje się gwarancją stabilności i wszystkie te rzeczy, tak jak miały początek, tak nastąpi ich koniec. Może dlatego wszyscy filmowi nomadzi chcą się z tymi stratami jakoś oswajać. Widok odjeżdżającego samochodu to chyba najczęściej powtarzające się ujęcie w filmie Chloé Zhao. „Do zobaczenia w trasie” zamiast „żegnaj” – mówią bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że widzą się ostatni raz.

Zostają tylko wrażenia. Obraz pustyni ciągnącej się za domem jest trwalszy od samych murów. Wspomnienie młodych jaskółek opuszczających gniazda i skorupek jaj opadających na taflę rzeki staje się najważniejszym życiowym doświadczeniem.

Fern walczy z ostateczną akceptacją straty. Chce zatrzymać osoby w rzeczach: w zdjęciach, porcelanie, gratach zgromadzonych w wynajętym garażu. Gdy to okazuje się niemożliwe, podejmuje życie, w którym wszystko jest tymczasowe, by z założenia uniknąć strat w przyszłości. Jednak i taka „profilaktyka” jest niemożliwa. Strata jest wpisana w ludzkie życie. Można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy trochę jak nomadzi. Wszędzie jesteśmy tylko na chwilę. Zjeżdżamy się i rozjeżdżamy, aż nadchodzi koniec naszej podróży. I choć przedstawienie życia ludzkiego jako drogi brzmi mało odkrywczo, w filmie Chloé Zhao nie ma nic banalnego. To z pewnością opowieść, która zasłużyła na trzy Oscary (najlepszy film, reżyser i aktorka pierwszoplanowa), szereg innych nagród (w sumie 40)  i na swoje miejsce w historii kina.