„Mare z Easttown”. Kate Winslet w jednym z najlepszych kryminałów ostatnich lat

Nowy serial zrealizowany na zlecenie HBO nie zna kompromisów. „Mare z Easttown” pod każdym względem trzyma najwyższy poziom. Twórcom udało się uciec od szablonowości serialowej układanki, mimo że każdy z jej elementów wydaje się znajomy. Autorzy „Mare z Easttown” nie wypływają na nieznane wody, nie eksplorują nieznanych dotąd obszarów gatunku, trudno nawet nazwać ich dzieło przełomowym. Nie szkodzi. Kryształowa Kate Winslet w roli głównej, zgrabny scenariusz i świetni aktorzy drugoplanowi składają się na seans, jakiego długo nie zapomnę.

„Mare z Easttown” to historia tytułowej detektyw Mare Sheehan (Kate Winslet), którą spotyka w życiu zbyt wiele nieszczęść jak na jednego człowieka. Na przestrzeni 7 odcinków serialu łatwo odnieść wrażenie, że jej życie składa się w znakomitej większości ze straty, wyrzutów sumienia i mierzenia się z rozpaczliwie trudną sytuacją rodzinną. Mare ucieka od problemów dzięki pracy detektywa lokalnej policji. Choć z trudem radzi sobie z życiem osobistym – a uprawnionym jest też stwierdzenie, że nie radzi sobie w ogóle – kobieta mierzy się z dochodzeniem w sprawie tajemniczego morderstwa, które wstrząsa miasteczkiem.

Z małego miasta wielkie sny

Nie bez przyczyny to postać policjantki wyróżniono w tytule dzieła. To właśnie opowieść o niej jest sercem serialu, podczas gdy śmierć młodej matki – Erin McMenamin – schodzi na drugi plan, stając się do pewnego stopnia jedynie częścią życia zawodowego Mare Sheehan. Policjantka zmuszona jest przyjmować wiele obliczy, próbując połączyć role śledczej, matki i córki, lawirując w dodatku między profesjonalizmem a sąsiedzką życzliwością w miejscu, w którym każdy zna każdego.

Ten obyczajowy aspekt kryminału jest odczuwalny już w pierwszym odcinku, podczas którego poznajemy bohaterów i podczas którego dochodzi do zabójstwa. Zdecydowanie mocniejszy nacisk jest tu położony na zarysowanie charakteru i życiorysu Mare – niemalże do końca pierwszej godziny można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia nie z kryminałem, a z serialem obyczajowym. Łatwo złapać się na zadaniu pytania o to, kiedy „w końcu” dojdzie do zbrodni.

Taki sposób poprowadzenia opowieści dał wcielającej się w Mare Kate Winslet szansę na zbudowanie roli przekonującej i wielowymiarowej. Aktorka jest w swojej kreacji niepowtarzalna. Emocje, które przeżywa Mare, wydaje się być jej własnymi. Brak tu miejsca na perfekcyjność; Mare jest niedoskonała, gubi się w życiowych korytarzach, do perfekcji opanowała jedynie ucieczkę przed własnymi demonami. Kate Winslet cudownie ożywia tę postać, razem z nią się gubi i odnajduje, wspólnie z nią ucieka, wścieka się i płacze.

Układanka życiorysów

Po tych peanach na cześć odtwórczyni głównej roli wydawałoby się, że niewiele już miejsca pozostało dla reszty obsady. Nic bardziej mylnego. Siłą „Mare z Easttown” jest małomiasteczkowa społeczność. Dobrze, że twórcy kryminału w tak znacznym stopniu skupili się na relacjach pomiędzy bohaterami i że postanowili nie spieszyć się z prowadzeniem narracji związanej ze zbrodnią. Taki zabieg pozwolił na klarowność relacji panujących między poszczególnymi postaciami, widzowi łatwiej jest wyczuć motywacje i emocje każdej z nich, a niepospieszana sztucznie akcja oddaje przestrzeń specyfice społeczności Easttown.

Tu warto odnotować wspaniałe kreacje m.in. Jean Smart, wcielającej się w humorzastą (a nieraz też humorystyczną) matkę Mare – Helen Fahey – czy Evana Petersa, grającego detektywa-partnera Mare – Colina Zabela. Nawet w rolach nastoletnich Siobhan Sheenan (Angourie Rice) czy zamordowanej Erin McMenamin (Cailee Spaeny) brak typowej dla młodocianych bohaterów serialowych stereotypizacji. Kto z miłośników kina i telewizji nie ma wrażenia, że niektórzy filmowcy wiedzę o nastolatkach czerpią z magazynów w stylu „Bravo”? Tu udało się takiego wrażenia uniknąć.

Smaku seansowi dodaje fakt, że odpowiedzialny za scenariusz Brad Ingelsby pochodzi z rejonu Easttown, w którym rozgrywa się akcja serialu. To po części tłumaczy tak pieczołowicie oddany obraz małomiasteczkowej społeczności, szalenie ważnej dla serialu.

Trudne dzieciństwo

Oczywiście nadal wiodącym wątkiem pozostaje sprawa morderstwa. Zbrodnia jest o tyle bardziej wstrząsająca, że ofiarą pada na oko 18-letnia dziewczyna, która dopiero co została matką. Początki jej macierzyństwa trudno zaliczyć do udanych: mieszka z ojcem, a ojcu jej dziecka daleko do wzoru głowy rodziny, ba, nie pasuje do niego jak sześcian do okrągłego otworu dziecięcej układanki. Jedno życie się zaczyna, a inne kończy w tej samej atmosferze agresji, egoizmu i obojętności.

Sprawa badana przez Mare ciekawi na każdym etapie śledztwa: od motywu potencjalnego sprawcy (sprawców?), przez mnogość podejrzanych, na pobocznych wątkach i kontekstach kończąc. Co tu dużo mówić – zabójstwo faktycznie owiane jest zagadką. Jej rozwiązanie kryje się w zawiłościach relacji, choć nawet uważnie śledząc przebieg fabuły trudno jest podejrzewać faktycznego mordercę. Jak w porządnym kryminale, „Mare z Easttown” dawkuje wskazówki i zeznania, plącze i miesza, ale nie dezorientuje. Szczęście, że recenzja w swoim zamyśle nie jest formą zakładającą obiektywizm, bo nie mógłbym wówczas wysunąć tezy, że nowy serial HBO nosi znamiona gatunkowej doskonałości. Całkowicie subiektywnie i z nieskrywaną szczerością przyznaję jednak, że „Mare z Easttown” to – jeśli nie najlepszy – jeden z najlepszych seriali kryminalnych ostatnich lat.