Jak odnaleźć pasję do życia? Przepis z animacji: „Co w duszy gra”

Na bajkę do kina tylko z dziećmi? Niekoniecznie! Filmy animowane wcale nie są wyłącznie dla widzów niepełnoletnich, choć taki mit pokutuje wciąż w powszechnym odbiorze. Na film „Co w duszy gra” w reżyserii Pete Docter i Kemp Powers polecam się wybrać, jeśli: jesteście wielbicielami muzyki – zwłaszcza jazzu – szukacie sensu w życiu lub negujecie jego istnienie, wierzycie w życie pozagrobowe albo uważacie, że liczy się tylko dobre przeżycie swojego życia na ziemi. Produkcja została doceniona dwoma Oscarami: za muzykę i za najlepszy pełnometrażowy film animowany. Zwłaszcza ten drugi nie jest przyznany na wyrost.

Jak na animację fabuła „Co w duszy gra” potrafi zaskoczyć każdego widza przyzwyczajonego do klasycznych bajek. W końcu motyw niespełnionych marzeń i śmierci to nie jest standardowy temat takich produkcji. Poznajemy Joe Gardnera, który wiedzie dość monotonne życie nauczyciela muzyki w gimnazjum. Kocha pianino i jazz, marzy o tym, by dołączyć do profesjonalnej kapeli i żyć z grania. Życie jednak płynie, a pragnienia się nie spełniają. Jego niezbyt uzdolnieni uczniowie nie lubią muzyki, a on pracuje na umowie śmieciowej – aż do wymarzonego dnia, kiedy przychodzi wreszcie „ten moment”. Joe Gardner staje przed swoją wielką szansą zagrania z prawdziwymi gwiazdami improwizacji. Pech chce, że w tym samym dniu ulega śmiertelnemu wypadkowi i zamiast przed publicznością, staje… w kolejce do wieczności.

Gardner za wszelką cenę postanawia wrócić na ziemię i kontynuować swoje życie. Nie chce go kończyć w chwili, w której stanął o krok od spełnienia swoich marzeń. Zamiast do swojego ciała trafia jednak do miejsca, w którym nowe dusze przygotowują się dopiero do ziemskiej wędrówki. Poznaje Duszę numer 22, która za nic w świecie nie chce się urodzić. Wspólnie – w dość niezwykłych okolicznościach – przechodzą zaświatowe i ziemskie przygody, dochodząc do często zaskakujących refleksji dotyczących życia.

Kreska

Film jest pięknie rysowany. Z jednej strony mamy pastelowe, bajkowe zaświaty, z drugiej: postaci rządzące duszami, które są wyraźnie inspirowane obrazami Pabla Picassa i jednocześnie wyglądają jak zrobione z neonów. Jest też oczywiście świat ziemski: lekko przerysowane (jak to w animacjach) postacie i bardzo realistycznie odtworzone otoczenie. Na szczególną uwagę zasługują sceny muzyczne: przepiękne operowanie światłem, który nadaje magii dźwiękom wydobywanym z fortepianu, saksofonu, czy perkusji.

Zresztą muzyka to kolejna mocna strona tej animacji. Stworzyli ją Trent Reznor, Atticus Ross, Jon Batiste. Znajdziemy tam świetne elektroniczne i jazzowe kawałki dobrze komponujące się zarówno z klimatem zaświatów, jak i Nowego Jorku.

Film jest przepełniony kulturowymi odniesieniami i żartami. Spotkamy tu Kopernika, Matkę Teresę czy Junga. Pomimo dość trudnej tematyki nie odczujemy znużenia przeciągającymi się rozmyślaniami, bo akcja jest wartka, a dialogi – przezabawne. Muszę jednak przyznać, że dla mnie słowa bohaterów wypowiadane są zdecydowanie zbyt szybko. Dzieciom wręcz uniemożliwia to pełne zrozumienie akcji, ale nawet dorosłym ciężko jest chwilami uchwycić wszystkie niuanse, nie mówiąc już o tym, że dobra dowcipna pointa powinna mieć czas, żeby wybrzmieć. To największy mankament tego filmu. W moim odczuciu odbiorca meczy się, próbując nadążyć za twórcami.


Zobacz też:

  • Mobilny „Wiedźmin” z trybem online? Twórcy nie wykluczają [WYWIAD]

    „Wiedźmin. Pogromca potworów” to mobilna gra ze stajni Spokko, dewelopera będącego jednocześnie częścią rodziny CD Projekt. Produkcja miała swoją premierę 21 lipca i od początku kojarzyła się ze słynnym łapaniem stworów w „Pokemon GO”. Nie

    Czytaj dalej


Iskra

Jeśli już wykonamy ten wysiłek, czeka nas bardzo ciekawa refleksja dotycząca życia. Dusze w tzw. „przedświatach” są wyposażane w cechy osobowości – wady i zalety. Następnym etapem przygotowania ich do narodzin jest odkrycie „iskry”. Możemy to różnie definiować: pasja, talent, powód, dla którego powinny znaleźć się na ziemi. Specjalni mentorzy uczą ich o ziemi, pokazują im muzykę, jedzenie, rzemiosło, naukę, sport – oczywiście pokazywanie tego istotom pozbawionym ciała ma czasem niewielki sens, bo co z tego, że dowiemy się o pizzy, jeśli nie mamy smaku i węchu, by jej doświadczyć.

„Co w duszy gra” w znacznej mierze dotyczy wyborów, jakich od każdego młodego człowieka wymaga społeczeństwo i o pogoni za źle pojmowanym sukcesem. // fot. Disney/Pixar

Samo odnalezienie „iskry” jest niezbędnym warunkiem otrzymania przepustki na Ziemię. To buduje taką narrację, że ludzkie życie ma dopiero wtedy sens, jeśli się spełniamy i realizujemy w wybranej przez nas dziedzinie. Samo w sobie odczuwanie, przeżywanie, doświadczanie jest jakby na dalszym planie. Dusza numer 22 nie może odnaleźć swojej „iskry”, a przez to postrzegana jest jako nieudana, bezwartościowa, niegotowa, wybrakowana.

Sardynka, morze i woda

Uważam, że film wzbudza bardzo potrzebną obecnie dyskusję na temat istoty szczęścia. Od najmłodszych lat wkłada nam się do głowy ideę sukcesu jako celu, który należy osiągnąć. Dziecko powinno się jak najszybciej sprofilować, określić swoje zainteresowania, a następnie ciężką pracą osiągać kolejne stopnie wtajemniczenia w danej dziedzinie. Sukcesy to: ukończenie szkoły zgodnej z aspiracjami, zdobycie pracy dającej perspektywę na przyszłość, osiągnięcie uznania w oczach innych dzięki świetnie zagranemu koncertowi, zdobyciu nagrody, napisaniu książki. Sukcesem nie jest budzenie się co rano z ochotą do życia. To za mało. Pasją nie może być oglądanie nieba lub spacerowanie. Muzyka, malarstwo, psychologia, działania charytatywne – tym rzeczom można oddać życie.

Jaka jest cena takiego myślenia? Bardzo wysoka. Spędzamy tygodnie, miesiące, lata w oczekiwaniu na moment, który mitologizujemy. Czekamy na szczęście, które ma przyjść z zewnątrz. A ono nie nadchodzi. A nawet jeśli – to rozczarowuje i zostawia po sobie pustkę. Jeden z bohaterów „Co w duszy gra” opowiada dającą do myślenia historię. Pewna mała sardynka pytała dojrzałej koleżanki, jak dopłynąć do morza. Stara sardynka odpowiedziała, że już w nim są. „To jest morze? To tylko woda… Ja nie chcę jakieś tam wody… chcę MORZE” – odpowiedziała mała rybka.

„Co w duszy gra” to opowieść o bezsensie podążania za „morzem” i umiejętności docenienia „wody”. Według autorów marnujemy się w oczekiwaniu: na gotowość, na szczęście, na sukces, na miłość. O magii smakowania życia tu i teraz – bez oczekiwań, a więc i bez rozczarowań. Możecie powiedzieć, że to banał. Być może, tylko dlaczego tak trudno to zrobić?