Gamingowe wakacje last minute. Podróże w świecie wirtualnym

Nie trzeba nikomu mówić, że przyszło nam żyć w ciężkich czasach. Powodów jest wiele, ale jednym z nich niewątpliwie pandemia koronawirusa, która w mniejszym bądź większym stopniu wszystkim podcięła nogi. Obecnie powoli (miejmy nadzieję) wychodzimy z izolacji, co wiąże się między innymi z planami wyjazdowymi na wakacje. Tu zaczynają się schody, bo nadal nie każdy może sobie pozwolić na takie all inclusive czy to z powodu kosztów, czy wciąż obecnych obostrzeń sanitarnych. No ale od czego jest elektroniczna rozrywka?

W takiej czy innej formie każdy z nas zasługuje na odrobinę odpoczynku w zupełnie innym klimacie niż ten, który nas na co dzień otacza. To zresztą nawet nie jest kwestia zasługiwania na cokolwiek. MUSIMY się czasem wyrwać z marazmu domowego, zawodowego, rodzinnego, żeby móc normalnie funkcjonować. Gaming był dla mnie taką odskocznią zanim jeszcze rozumiałem, że w ogóle takowej potrzebuję. Nadal nią jest i może nią być też dla każdej/każdego z Was. Jeżeli z jakiegokolwiek powodu nie możecie albo nie chcecie sobie pozwolić na “realne” wakacje w tym roku, to żaden problem. Konsola i/lub komputer to znacznie tańsza i dużo bardziej długoterminowa inwestycja, a również pozwala na zwiedzanie innych miast w innych krajach czy wręcz światach. Nie wiecie gdzie rzucić się w elektroniczną wyprawę? Po to powstał ten tekst, który jest na poły katalogiem i przewodnikiem po kilku – moim zdaniem – najciekawszych wirtualnych miejscach jakie spłodziła wyobraźnia. Pady i klawiatury spakowane w plecaki? No to ruszamy w drogę…

Londyn, Rzym, Stambuł, Jerozolima, Ateny, Boston, Karaiby… [seria Assassin’s Creed]

Pierwsza propozycja jest niejako tą najbardziej oczywistą. Francuski gigant Ubisoft wszak już od 14 lat rzuca nas po przeróżnych miejscach na całym świecie – głównie w Europie i Ameryce Północnej. Wyprawę do jednego z tych miejsc w wersji cyfrowej polecam szczególnie wszelkim pasjonatom ofert wakacyjnych typu “spalona słońcem Grecja czeka na fanów kultury antycznej”. W cenie oczywiście krótka lekcja historii. Wspomniana kultura antyczna to świetny przykład, gdyż właśnie w starożytnej Grecji rozgrywa się gigantyczne dzieło Assassin’s Creed Odyssey. Do dyspozycji przypada nam mapa o powierzchni około 256 km2 odzwierciedlająca niemal cały obszar ówczesnej Hellady. Nieco dalej na południe, do Egiptu, pokieruje nas Assassin’s Creed Origins. Możemy pozwiedzać tam starożytną Aleksandrię, wspinać się na Piramidy (i zjeżdżać po ich zboczach – świetna zabawa), przepłynąć Deltę Nilu i zobaczyć całkiem spory wycinek pustyni, choć sam obszar do grania jest mniejszy niż wspomniana wyżej Grecja – 80km2.

Skonkretyzowane wycieczki wyślą nas na przykład do Rzymu (Assassin’s Creed: Brotherhood), Londynu (w dwóch odsłonach czasowych, bo albo XIX wiek w Assassin’s Creed: Syndicate, albo IX wiek w Assassin’s Creed Valhalla) czy Damaszku (Assassin’s Creed). Jeśli jesteście pasjonatami aktywnych wakacji, czyli mniej zwiedzania a więcej robienia rzeczy, tu niestety mam kiepskie wieści, bo choć seria zabiera nas w 80 gier dookoła świata, to niestety często te gry po pierwszym efekcie “wow” zaczynają nużyć monotonią dostępnych w nich czynności. Przeważnie jest to masa podobnych do siebie zadań pobocznych. Nie bez przyczyny istnieje w gamingu coś takiego jak “syndrom Assassin’s Creed”, który przypisujemy grom o wielkim i barwnym krajobrazie, ale niewielkiej lub mało ciekawej zawartości świata. Krótko mówiąc: opcja idealna dla typowych turystów. Późniejsze przygody mają tryb fotograficzny, więc nawet zdjęcia można jakieś porobić i pochwalić się na Facebooku czy Instagramie, bo czemu nie?

Trekking po (nie)naturalnym krajobrazie Stanów Zjednoczonych [Death Stranding]

Jeśli nie interesują was odmienne kultury i cywilizacje a liczycie raczej na ciszę i spokój natury, to polecam wyprawę do post-apokaliptycznej Ameryki autorstwa japońskiego wizjonera Hideo Kojimy.

Długie spacery i przejażdżki ekologicznymi pojazdami z napędem elektrycznym po wielkich przestrzeniach zieleni, skał, rzek, gór i śniegu bez żywej duszy w promieniu wielu kilometrów – to właśnie Death Stranding. Jednymi z niewielu istot, jakie możemy napotkać podczas tych samotnych wędrówek, są martwe dusze, próbujące zmienić naszą w jedną z nich. Bez obaw! Podręczny zbiornik z niemowlakiem zawsze nas poinformuje, jeśli w pobliżu takowe zagrożenia się pojawią. Wystarczy wtenczas odrobina ostrożnego skradania się i po chwili możemy kontynuować podróż borem, lasem. Zawsze przed podróżą warto zebrać… ekwipunek. Na przykład napój energetyczny, który uchroni nas przed wyczerpaniem z powodu długotrwałej wędrówki. Jest to tym bardziej ważne, że inne elementy niezbędne w trakcie wypraw bywają dość ciężkie i noszenie całego tego majdanu na plecach przez bagna i zaspy śnieżne może się okazać dla niektórych zbyt dużym wyzwaniem. Do takich niezbędnych rzeczy należą na przykład drabiny do wspinania się po wzgórzach albo przechodzenia nad potokami. Czasem jest to kieszonkowy most, jeśli potok rozrasta się w pełnoprawną rzekę albo wieża obserwacyjna do wypatrywania odległych surowców potrzebnych by zbudować prowizoryczny schron. Wiecie, takie tam podstawy podstaw każdego szanującego się wędrownika. Do tego wygodne buty! Najlepiej od razu z drugą parą w zapasie.

Podwodna antyutopia [Bioshock]

W czasie, gdy wasi znajomi będą nurkować sobie u wybrzeży Australii i oglądać Wielką Rafę Koralową, Wy możecie wybrać się batyskafem do podwodnego miasta Rapture i zobaczyć co powstaje, gdy multimiliarder z zapędami megalomanii postanawia stworzyć idealne miejsce dla ludzkości (hej, Jeff Bezos!). Samo miasto jest prawdziwą perłą na dnie oceanu ze swoimi strzelistymi wieżowcami rodem z Nowego Jorku pierwszej połowy XX wieku. Obowiązkowa neonowo-jazzowa stylistyka jak najbardziej na miejscu. Fakt bycia w zamkniętych szczelnie komorach pod wodą może być jednak dla niektórych doświadczeniem z gatunku tych klaustrofobicznych. Mieszkańcy Rapture się trochę na tym przejechali i w ciasnym środowisku oceanicznego raju nieco postradali zmysły. Na drodze do realizacji ideału doskonałego człowieka lokalni przesadzili z modyfikacjami genetycznymi i mają zwyczaj rzucać się sobie (i innym) do gardeł. Wyposażenie samoobronne typu strzelba czy karabin jest tedy niezbędnym, ale to niewielka cena do zapłaty za przykładowo… moc rzucania kulami ognia.

Idea stworzenia Rapture sama w sobie nie była najgorsza, tylko po drodze coś jakby nie wyszło. Może to efekt podwodnego ciśnienia, które przekładało się na to psychiczne, a może mieszkańcy miasta wzięli sobie za bardzo do serca maksymę twórcy tego miejsca – filantropa Andrew Ryana – “Żadnych Bogów ani Królów. Tylko człowiek.” Wielki sztandar z tym hasłem przy gigantycznej facjacie Ryana z brązu to jedne z pierwszych rzeczy, które nas witają przed wkroczeniem do podwodnego imperium, w którym teoretycznie każdy jest sam sobie cesarzem. Przebijający się z wielu miejsc kult ojca założyciela jednak przeczy tej wizji i pewnie dlatego pewna część tubylców zbuntowała się przeciwko “reżimowi człowieczeństwa”. Wyprawa do Rapture jest zatem nie tylko podróżą krajoznawczą, ale też filozoficzną, którą zdecydowanie warto zaliczyć. Trzymajcie się tylko z dala od dużych panów w kombinezonach podwodnych. Są bardzo niemili, jak się im przeszkadza, a filozofia nie ma dla nich żadnego znaczenia.

Per aspera ad astra [seria Mass Effect]

Do tej pory proponowałem wyprawy w miejsca, które są ulokowane na Ziemi, ale gaming ma to do siebie, że Ziemia nie jest dla nas ostateczną granicą. Szybki międzygwiezdny skok w nadprzestrzeń przy pomocy jednego z przekaźników pradawnej cywilizacji Protean i lądujemy w Cytadeli – siedzibie międzygwiezdnego rządu składającego się z przedstawicieli różnych ras inteligentnych istot (wspominałem, że nie jesteśmy sami we wszechświecie?).  Krótki spacer korytarzami tej wielgachnej stacji kosmicznej pokaże wam wielobarwne społeczeństwo różnych bytów, przekonań, wyznań i potrzeb złączone w pewną jedność mimo różnic. Takie, jakich w naszym rodzimym świecie niestety brakuje – zwłaszcza w Polsce. Liczne odmiany “kosmitów” zaskakakują nie tylko wyglądem, ale też na przykład formą komunikacji. Nie każda istota bowiem posiada usta, za pomocą których wydobywa dźwięki. Tacy na przykład Hanarzy porozumiewają się za pomocą bioluminescencji odbieranej jako słowa tylko dzięki specjalnej aparaturze. Są sposoby, aby wyostrzyć zmysły na tyle, by odbierać sygnały Hanarów bez mechanicznego wsparcia, ale dla nas (homo sapiens) byłyby śmiertelne. To powiedziawszy wchodzenie w interakcje z innymi mieszkańcami rozległego kosmosu jest nie tylko wskazane, ale wręcz uprzejme i oczekiwane w tej cywilizacyjnej mozaice. Kontakty takie są na przykład elementem kulturowym dla matriarchalnej rasy Asari. Jej przedstawicielki są zachęcane do dobierania się w pary różnych ras. Tworzenie związków w ramach własnej rasy jest uznawane za nieeleganckie, żeby nie powiedzieć świętokradcze.

Nikt jednak nie każe nam siedzieć w jednym miejscu. Na pokładzie naszego międzygwiezdnego okrętu możemy zwiedzać mniej i bardziej odległe zakątki naszej galaktyki i nie tylko. Planety z miastami wielkimi i rozwiniętymi technologicznie jak wspomniana Cytadela oraz miejsca całkowicie dzikie, pełne zróżnicowanych środowisk od arktycznych, przez dżunglowe a na wulkanicznych skończywszy. Któż nie marzył, aby wykonać “mały krok dla człowieka, ale wielki krok dla ludzkości”? Żaden problem, bo niektóre z tych planet są niezamieszkałe przez istoty rozumne, a to znaczy, że możemy tam wetknąć swoją flagę i założyć kolonię (Mass Effect: Andromeda). Oczywiście zawsze może nam się przytrafić jakaś sytuacja zagrożenia w postaci piratów, gangsterów, lokalnej fauny czy wielkich maszyn ze sztuczną inteligencją uważających nas za zagrożenie dla stabilności wszechświata, które trzeba wytępić. No co? Nikt nigdy nie powiedział, że kosmos to bezpieczne miejsce, ale na pewno jego różnorodne piękno jest warte odrobiny ryzyka.

Nocne życie Night City [Cyberpunk 2077]

Skoro o ryzyku mowa, to teraz pora na opcję dla tych, co ryzykowne podróże wręcz uwielbiają. Ryzykowne z wielu powodów. Night City to miejsce nieprzyjazne dla ludzi, którzy albo nie mają pleców wśród bezlitosnych gangów rządzących w poszczególnych dzielnicach niepodzielnie, albo głębokich kieszeni umożliwiających sfinansowanie sobie ubezpieczenia podróżniczego. To drugie koniecznie powinno obejmować ubezpieczenie personalne oraz zdrowotne. Personalne, czyli pokaźna broń wszelakiego typu (osobiście polecam karabiny lub strzelby z systemem samonaprowadzających nabojów SMART) w zestawie z kuloodporną odzieżą. Ubezpieczenie zdrowotne obejmuje pakiet ochronny ratowników medycznych Trauma Team, którzy w razie poważnych obrażeń zjawią się uzbrojeni po zęby by wyciągnąć nas z wszelakiej opresji. Do tego warto się też wyposażyć w różne implanty cybernetyczne, które mogą ułatwić nam nawigację krętych i kolorowych ulic jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie. Nie istnieje coś takiego jak jeden klucz do wszystkich drzwi, ale przekonacie się, że celny cios pięścią wspartą mechanicznymi mięśniami działa równie skutecznie.

Po co to wszystko? Cóż… Uroki futurystycznego miasta grzechu są rozliczne. Od tych cielesnych po wizualne. Skoro turystyka nocna to i można korzystać z wszędobylskich używek (tych całkowicie legalnych, ale jak się zakręcicie w środowisku to i inne się znajdą) czy zapoznać się dogłębnie z usługami miłych pań i panów z Jig-Jig Street. Sceneria tyleż ponura, co piękna skąpana w oślepiającym świetle magentowych neonów i wielobarwnych błysków na dnie lustrzanych wieżowców, z których zieją holograficzne reklamy. Fani twórczości literackiej Phillipa K. Dicka poczują się jakby wkroczyli między słowa swoich ulubionych opowieści. Nadmiar stresu poza alkoholem, narkotykami i seksem można zrzucić w podziemnych klubach bokserskich, które z boksem mają wspólnego tylko tyle, że walczymy w nich wręcz. Wycieczka do Night City to też uczta dla koneserów stylu. Wspominałem, że odzież powinna być kuloodporna na wypadek wypadku, ale poza tym musi też coś sobą reprezentować. Każdy szanujący się mieszkaniec nocnego miasta ma ostatnie krzyki cyberpunkowej mody w małym palcu. Nie zamyka się to zresztą tylko na przeróżnych stylizacjach i krojach godnych paryskich wybiegów mody. Warto po stylowym mieście poruszać się w stylowy sposób, czyli na przykład Rayfieldem Aerondight S9 “Guinevre”, albo Quadrą Type-66 “Javelina”. Absolutnie nie taksówką Delamaina. Z wielu powodów. Nie pytajcie jakich.

Rayfield Aerondight S9 “Guinevre” w pełnej krasie


Night City jest opcją dla fanatyków ryzyka z jeszcze jednego powodu. Wyprawa tutaj wiąże się z ryzykiem załamania nerwowego spowodowanego kiepskim stanem infrastruktury. A to czasami ulica sobie zniknie, gdzieniegdzie auta pojawiają się znikąd, policjanci dosłownie teleportują się za naszymi plecami, budynki znikają, postacie potrzebują chwili, żeby “odzyskać” twarz albo głos, czy w ogóle zaistnieć. Niestety, ale Cyberpunk 2077 mimo ponad pół roku od premiery i kilkunastu patchy nadal jest trawiony przez ogromną liczbę błędów, za które nie warto płacić tyle, ile każą nam jego twórcy. Dlatego jeśli jeszcze nie skorzystaliście z tej wycieczki a macie w planach, to wyjątkowo zalecam jeszcze poczekać aż oferta “last minute” stanie się bardziej czymś w rodzaju oferty “last second”.

Chryzantema i miecz [Ghost of Tsushima]

Na koniec propozycja dla pasjonatów Dalekiego Wschodu, a konkretnie specyficznej, uwielbianej na całym świecie stylistyki feudalnej Japonii. Charakterystycznej w opisywanej tu odsłonie o tyle, że jej urok nie zamyka się li tylko w samej stylistyce kultury japońskiej, ale też w podejściu do niej twórców świata. Najprościej jest bowiem zarysować jakiś świat, wrzucić do niego kilku samurajów i powiedzieć wszelkim maniakom takich aranżacji “bawcie się”. Dużo większą sztuką jest zbudować wokół tych motywów odpowiednią narrację. Zgodną (w miarę możliwości) zarówno z faktami historycznymi, jak i duchem czasów. Japonofile, do których się zaliczam, powinni być tedy usatysfakcjonowani pięknem wirtualnej Tsushimy w zupełności. Owo piękno jest wyrażone w sposób dosłowny i metaforyczny.

Dosłowny, bo Tsushima na każdym kroku uracza nas cudownymi krajobrazami składającymi się ze strzelistych polan pełnych powiewających melancholijnie na wietrze traw oraz różnokolorowych liści. Przedzierając się przez bambusowe lasy docieramy do tradycyjnych shintoistycznych świątyń wybudowanych na trudnodostępnych wzgórzach czy wysepkach wdzierających się w otchłań Morza Japońskiego. Okoliczne wioski oraz zamki zachwycają architekturą zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz. Cieszą oko i duszę.

Tu płynnie przechodzimy do piękna metaforycznego w postaci potężnego zderzenia z japońską kulturą. Ogrom jej przejawów na Tsushimie może być dla niektórych wręcz przytłaczający. Nie tylko wobec samego faktu bliskiego zapoznania z etosem samurajskim kodeksu bushidō, ale też ze względu na liczne aktywności jakich możemy się tu podejmować. Począwszy od tak prostych, jak gra na flecie podczas spaceru (tubylcy mówią, że ma to moc zmiany pogody – trudno powiedzieć, ile w tym prawdy), poprzez komponowanie wierszy haiku, odnajdywanie ukrytych chramów lisich bóstw inari, zanurzanie się w życiodajnych, gorących wodach onsen a na zbieraniu talizmanów ochronnych omamori skończywszy. Pewnie, że to wszystko odbywa się w trakcie inwazji wojsk mongolskich i przeżywanie wizualne oraz duchowe podróży czasami trzeba przerywać okazjonalnym skrytobójstwem albo starciem samurajskim rodem z filmów Akry Kurosawy. Jednak to samo w sobie też jest ciekawą atrakcją i stanowi kulturową wartość dodaną do i tak bogatego wachlarza doświadczeń.

Bądź gotowy dziś do drogi

Powyższe sześć opcji to oczywiście nie jest nawet promil możliwości podróżniczych, jakie oferuje elektroniczna rozrywka w całej swej okazałości. Mogłem tu wymienić jeszcze masę innych tytułów prezentujących nasz (i nie tylko) świat z różnych perspektyw. Wspomnę tylko o dzikich sceneriach, po których skacze Lara Croft, wyprawach Natahna Drake’a, pożeranych przez naturę ruinach Stanów Zjednoczonych w The Last of Us, smokobójczych misjach w skutym lodem Skyrim czy polowaniu na potwory w butach wiedźmina Geralta. Każda z tych przygód to potencjalnie niezapomniane przeżycie, które może wam umilić przesiadywanie przed telewizorem lub monitorem komputera w pandemicznym zamknięciu.

Pewnie znajdą się ludzie pełni moralnej wyższości, którzy stwierdzą, że “takie wakacje to wstyd”. Pozwolę sobie mieć na ten temat odmienną opinię wspartą doświadczeniami dzieciństwa, kiedy to “takie wakacje” potrafiły mnie uratować od często bardzo niefajnej rzeczywistości dorastania w małomiasteczkowej Polsce przełomu XX i XXI wieku. Nie ma absolutnie nic wstydliwego w graniu. To, co teraz napiszę w wielu kręgach wciąż uchodzi za kontrowersję, ale trzeba o tym mówić cały czas: gry rozwijają nas intelektualnie, motorycznie i poszerzają nasze horyzonty kulturowe nie mniej niż literatura czy kinematografia. Są oczywiście tytuły, które tematyką czy jakością wykonania nie poszerzają w naszych głowach niczego prócz migreny, ale to samo można powiedzieć o niektórych książkach czy filmach. Gra oczywiście nigdy nie zastąpi rzeczywistości i nie powinna, ale w dobie trudnych czasów, których przyszło nam dożyć, może stanowić balsam relaksacyjny, którego uważam, że nam wszystkim ostatnio bardzo potrzeba.