Malcom i Marie. Historia potwornie męczącej rozmowy

Kłóciliście się kiedyś całą noc? Takie kłótnie zazwyczaj odbywają się w długich związkach. Mają swoją dramaturgię, logikę (a raczej jej brak), wzloty i upadki, przeciąganie sił. Nie ma jak uciec z pola walki, bo wyjście z domu jest środkiem zbyt dramatycznym i zbyt znaczącym. Nie ma kontrapunktu, jest tylko zmęczenie materiału. Do niczego nie prowadzą. Wnoszą wprawdzie nowy ból – zadawany zazwyczaj w przypływie „szczerości”, ale przez większość czasu poruszamy się po tych samych, dobrze znanych obu stronom sporu ścieżkach, by na koniec i tak położyć się do tego samego łóżka.  To sytuacja, w której – o ile nie jesteś masochistą – bardzo nie chcesz być. Ktoś jednak postanowił o tym zrobić film.

Ten ktoś nazywa się Sam Levinson. W jego filmie poznajemy wyłącznie dwójkę bohaterów – tytułowych Malcolma i Marie – granych przez Zendayę i Johna Davida Washingtona. Malcolm jest filmowcem, który po premierze swojego filmu wraca do domu z partnerką – Marie. Ta ma do niego pretensje o to, że nie podziękował jej podczas przemowy. Sympatyczny wieczór, który który miał być czasem świętowania sukcesu, przemienia się w koszmar. Para wzajemnie wyciąga sobie różne trudne historie i sprawy w ich związku. Od tego momentu przez cały film odnosimy wrażenie, że tych dwoje jest ze sobą za karę.

Emocjonalny przekładaniec

Problem w tym, że widz zostaje osadzony w tej samej celi, a to już nie jest ani przyjemne, ani ciekawe. Należę do widzów, którzy lubią się pomęczyć oglądając film. Kryminał ma wysilić mój mózg, dramat ma pogrzebać w moim wnętrzu, a komedia ma śmieszyć mnie inteligentnym i różnorodnym dowcipem. Niestety, problemy Malcoma i Marie zupełnie nie trafiły do mojego wnętrza. Ich historia nasycona jest dramatycznymi zwrotami akcji (zdrady, narkotyki, rywalizacja zawodowa, zazdrość), jednak w przedstawionej fabule brakuje subtelności. Tym, co przydarzyło się bohaterom, można by obdzielić kilka życiorysów.

Również same sceny, jak na intymny dramat rozgrywany w czterech ścianach, grane są zbyt mocnymi środkami. Problemem domowego piekiełka jest wszak subtelność i regularność bólu zadawanego partnerowi. Oczywiście charakterystyczne dla takich kłótni jest nieustanne napięcie między miłością a nienawiścią – oba te uczucia muszą być jednak tak mocno wymieszane, by nie dało się odróżnić, co w danym momencie czujemy. Sam Levinson postanowił jednak przyrządzić nam przekładaniec. Nienawiść i miłość dostajemy na zmianę, jak krem pomiędzy biszkoptem. Niby smakuje, ale nie jest to wyrafinowany wypiek. Dodatkowo warstwy naszego ciasta wyszły bardzo nierówno. Niektóre są pyszne, inne mdłe, a jeszcze kolejne ciągną się niemiłosiernie.

Strach być krytykiem

Bywa, że rozmowa Marie i Malcolma dochodzi do ciekawych punktów, jednak tylko wtedy, gdy przestają rozmawiać o sobie, a zaczynają mówić o sztuce filmowej. Scena o krytyce jest urocza i trudno odmówić jej paru cennych uwag (aż trochę strach publikować recenzję, gdy filmowy reżyser radzi krytyczce… próbę dostarczenia sobie przyjemności z pomocą kaktusa). Ciekawa jest dyskusja dotycząca prymatu autentyczności roli nad kreacją. Inspirujące do przemyśleń są rozważania na temat tego, czy krytyka dzieła powinna tak bardzo skupiać się na osobie twórcy, czy nie lepiej byłoby interpretować dzieło jako samodzielny byt, bez wiedzy o kolorze skóry, orientacji, wyznaniu i płci autora. Niestety te dyskusje to tylko rodzynki w mdłym cieście (ewidentnie mam dziś skojarzenia kulinarne).

Jest głębokie – bo film jest czarno–biały

Twórcy zdecydowanie mieli ambicje pokazania czegoś więcej o międzyludzkich relacjach. Jak widać, ambicje to jeszcze w sztuce za mało. Piękni aktorzy, kojąca jazzowa muzyka, ograniczenie do dwóch postaci, a w końcu czerń i biel. To wszystko miało uczynić z „Malcoma i Marie” film głęboki, ponadczasowy, uniwersalny. Czegoś jednak zabrakło i całość nabrała banalności makaronu, który bohaterowie gotują w pierwszej scenie. 

Czy „Malcom i Marie” mogą czegoś nauczyć o związkach? Z pewnością, jeśli tylko jakoś się uchowaliście i nie wiecie, że ludzie w długich związkach potrafią się krzywdzić mocniej, bo znają swoje czułe punkty. Szczerość w związku bywa bronią. Ludzie w długich związkach częściej zazdroszczą sobie nawzajem niż są o siebie zazdrośni. „Muszę ci to robić, bo cię kocham” – to bardzo brzydkie kłamstwo. Jeśli nie wiedzieliście o tym, to już wiecie i zaoszczędziliście sporo czasu (prawda, że warto czytać Pełną Kulturkę).

Z filmu płynie jeden wniosek – nie róbcie tego w domu. Nie oglądajcie i nie inspirujcie się. Nie tkwijcie w relacjach, w których będziecie sobie to robić i nie oglądajcie melodramatów. A jeśli już zaczniecie, to (uwaga: spoiler) zdradzę Wam sekret – nie musicie oglądać do końca. Na końcu nie ma nic, co odmieni wasze życie lub wrażenie o „Malcom i Marie”.