Karabiny, miecze i fioletowa świnia. Tak wygląda Space Punks

Świat o tej grze usłyszał stosunkowo niedawno. Zwiastun ukazujący gameplay pojawił się w sieci pierwszego lipca. W swoim poście na fanpage’u Pełnej Kulturki zwróciłem wtedy uwagę, że dzięki takim tytułom polska szkoła gamedev pokazuje globalnie klasę i jakość, której nie trzeba się wstydzić. Dwa miesiące później dorwałem się do kodu na Epic Games Store, który pozwolił mi przetestować tytuł w trybie early access i cóż… Wykazałem się troszkę za dużym hurraoptymizmem.

Studio Flying Wild Hog samo w sobie musi kojarzyć się pozytywnie. To autorzy słynnej serii Shadow Warrior łączącej błyskawiczne starcia przy pomocy broni palnej i mieczy samurajskich z bieganiem po ścianach w perspektywie pierwszej osoby. Ich najnowsze dziecko mocno odbiega od takich rozwiązań. Walka na przemian bronią dystansową i białą jest nadal elementem centralnym, ale już w zupełnie innej otoczce i w coraz popularniejszym ostatnio systemie free to play. Dla niezorientowanych: chodzi o to, że grę będzie można ściągnąć za darmo, ale już w samą rozgrywkę będą wplecione mechaniki „ukochanych” przez graczy mikrotransakcji – zwykle w formie możliwości kupna opcjonalnych dodatków za prawdziwe waluty. Na obecnym etapie rozwoju gra jeszcze mikrotransakcji nie ma i pewnie dlatego wczesny dostęp na Epic Games jest płatny.

To, co miało wyróżniać Space Punks z gąszcza tytułów wymęczonego już mocno gatunku gier hack’n’slash to klimat całej tej zwariowanej przygody. Zasadniczo wyróżnia… Ale jak dotąd trochę mało punku w punkach.

(un)Original Pranksters

Tytułowi space punks to zespół czterech postaci z kompletnie różnych bajek. Nieformalny lider imprezy to przepełniony samouwielbieniem Duke, typ kojarzący się trochę ze Star-Lordem od marvelowskich Strażników Galaktyki, a trochę z legendarnym Dukiem Nukem. Niestety w przeciwieństwie do słynnego imiennika nie rzuca równie soczystymi one-linerami, za to granatami – a i owszem, zostawiając po sobie atrapę siebie, wabik, który zwraca uwagę przeciwników wystawiających się tym sposobem na bombardowanie. Drugi członek teamu to wojowniczka Eris, która zaraziła się w bliżej nieokreślonej przeszłości nanobotami, ale przeprogramowała je i teraz wykorzystuje na przykład jako macki, którymi smaga wrogów po tyłkach. Trzeci pomyleniec to pół-cyborg, pół-modliszka Bob. Jak czytamy w jego krótkiej biografii, prawdziwe imię Boba oznacza “odór”, dlatego woli jak się do niego mówi po prostu Bob. Humanoidalny owad ma cybernetyczne wszczepy zamiast ręki i nogi, co sugeruje bliskie relacje z technologią. Jego najlepszymi kumplami tedy są automatyczne działko zamontowane na plecach i dron, który zapewnia wsparcie ogniowe z powietrza. Cały ten barwny peleton zamyka postać, która z racji nazwy studia deweloperskiego chyba stanowi rodzaj maskotki dla twórców – wielka świnia (a może dzik? Guziec?) z irokezem Finn. Mimo swojego wyglądu Finn jest podobno intelektualistą. Razem z Dukiem był w akademii pilotów, ale podczas gdy Duke wyleciał z niej spektakularnie, Finn zdał z najlepszymi ocenami. Do walki wykorzystuje przede wszystkim wrodzone umiejętności magnetyczne przyciągając do siebie wrogów, by “lepiej ich poznać”.

Niestety, poza ciekawymi historiami i dizajnem tych postaci trudno mówić o wczuciu się w sterowanie nimi. Tytuł z racji formuły grania jest właściwie pozbawiony jakiejkolwiek spójnej fabuły, poza tym, że wedle założeń cała czwórka spotkała się w odmętach kosmosu poszukując sławy i pieniędzy. Mam nadzieję, że pełna wersja gry jednak będzie zawierała jakieś interakcje między postaciami w zależności od sytuacji, bo w przeciwnym wypadku mamy do czynienia ze zmarnowanym potencjałem na fajny scenariusz.

Blizzard, Riot Games i Gearbox wchodzą razem do baru…

Gameplay jak na razie można określić w kilku słowach: Widowiskowy i satysfakcjonujący, ale na dłuższą metę – nudny. Rozgrywka nie odbiega od klasyki gatunku hack’n’slash, których czołowymi przedstawicielami są m.in. Diablo, Titan Quest czy Path of Exile – wykonujemy proste zadania biegając naszą postacią po zróżnicowanej wielkości mapach i czyszcząc je po drodze z wszelkiego rodzaju tałatajstwa. Robimy to przy pomocy opisanych wyżej umiejętności odblokowywanych kolejnymi poziomami oraz podstawowego zestawu oręża w formie różnorakiej broni palnej i białej. Do wyboru mamy tu kilka ciekawych opcji, których liczba narasta w miarę postępów. Począwszy od karabinów, strzelb i pistoletów, poprzez “obrotówę” (minigun), miotacze ognia, a skończywszy na snajperskich railgunach czy broni strzelającej piorunami. Na bliski dystans mamy różnej wielkości miecze (także dwa naraz), młoty oraz oszczepy. Tutaj gra kojarzy się trochę z serią Borderlands. Podobieństwa widać również w ogólnym klimacie i czarnym humorze – tam, gdzie jakiś humor da się odnaleźć.

Interfejs w trakcie przemierzania map z kolei przywodzi na myśl League of Legends. Paski zdrowia przeciwników są niemal kropka w kropkę. Nawet ścinanie ich atakami wygląda w podobny sposób. Te “inspiracje” nie są oczywiście niczym złym, wręcz przeciwnie. Mieszanka wybuchowa z popularnych serii tworzy na ekranie kolorowy miks zniszczenia i satysfakcji, który nawet jeśli po czasie zmęczy pewną powtarzalnością (jak to czasami bywało w Diablo), to potrafi znowu szybko przyciągnąć.

Finn i Bob gotowi do rozwałki

Gdy akurat nie walczymy z robotami i mutantami możemy pozwiedzać Devil’s Gambit – futurystyczne miasto stanowiące rodzaj poczekalni, w której wybieramy kolejne zdania, wymieniamy bądź kupujemy ekwipunek (nie da się tego zrobić w trakcie misji) czy podnosimy poziom postaci. Kolejne poziomy umożliwiają korzystanie z umiejętności przypisanych do danej postaci, ale też dają punkty, które można ładować w klasyczne drzewko talentów – większa siła rażenia, wyższa szybkość, więcej punktów życia etc. 

Chciałbym móc coś napisać o najważniejszym elemencie tego wszystkiego, czyli kooperacyjnym młóceniu zastępów wrogów, ale niestety nie mogę, bo… Mimo kilku(nasto)godzinnego czasu jaki spędziłem w świecie Space Punks serwer ani razu nie znalazł nikogo, kto mógłby dołączyć do moich zmagań. Być może to wina wciąż niewielkiej liczby graczy zainteresowanych tytułem na tym etapie produkcji. Wprawdzie po Devil’s Gambit biegają jacyś ludzie, ale jest ich niewielu i nie można w żaden sposób się z nimi skontaktować, by zaproponować wspólny wypad na misję.

Na razie jest kolorowo, ale za to niestabilnie

Grafika cieszy oko szeroką paletą barw eksplozji, ataków oraz plastycznie zaprojektowanymi lokacjami, gdzie zawsze coś się dzieje. Na skalistej planecie Stopan co rusz trafiamy na kopalnie, w których maszyny kruszą minerały. W bagiennym, dżunglowym świecie Bannik szeleszcząca roślinność przeplata się z komputerowym szumem instalacji badawczych. Wszystko tu nie tylko wygląda, ale również brzmi bardzo przyjemnie i wiarygodnie. Ekranowej rozwałce z głośników towarzyszy hard rockowa muzyka, co dla mnie osobiście jest doskonałym wyborem.

Na większych mapach trochę doskwierała mi jednak eksploracja, z której niewiele wynika poza – oczywiście – starciami i okazjonalną skrzynią z pieniędzmi do kupna sprzętu w sklepach. Wzorem Diablo przydałyby się tu jakieś zadania poboczne odkrywane dopiero w trakcie misji: na przykład po rozmowie z tubylcem albo chociaż przeczytaniu jakiegoś dokumentu. Mamy wprawdzie różne rodzaje zadań i kilka typów misji (konkretnie trzy) w zależności od poziomu trudności oraz nagród przyznawanych za ich ukończenie; trzy to jednak o wiele za mało – liczę w przyszłości na więcej. Oprócz dwóch wspomnianych planet możliwe są jeszcze dwa dodatkowe tryby gry: starcia PVP oraz misje stricte kooperacyjne, w których nie można wziąć udziału bez pełnego, 4-osobowego zespołu. Z racji opisanych wyżej problemów z matchmakingiem nie dane mi było ich przetestować. Teoretycznie “w budowie” są jeszcze dwie inne planety, ale jeśli będzie to więcej tego samego, tylko w innej scenerii, to trochę słabo…

Bardzo przeszkadza też niestabilny serwer, który często wywala z rozgrywki do głównego menu. Zdaję sobie sprawę, że to wczesny dostęp, czyli w najlepszym razie późna beta. Niemniej, jeśli już daje się graczom grę (za pieniądze), to jednak powinno się upewnić, że będą mogli w nią grać, bo to dość fundamentalne.

Daję mocne 3 z plusem na zachętę

Space Punks ma naprawdę sporą szansę tchnąć nieco świeżości w zapomniany już trochę podgatunek gier RPG hack’n’slash – spopularyzowany na świecie przez Blizzarda. Amerykański gigant jednak ostatnio jest trawiony przez skandale i procesy sądowe związane z obleśnym zachowaniem jego pracowników w skali dotychczas w branży niespotykanej. Fala oburzenia związana ze szczegółami seksistowskich i rasistowskich zachowań kadry zarządczej sprawiła, że hype na zbliżającego się powoli Diablo IV znacząco zmalał. Zabrzmi strasznie, ale to może być szansa dla rodzimego, krakowskiego studia deweloperskiego, by ukroić spory kawałek z tego tortu, na który wciąż masa graczy na świecie (w tym ja) ma wielki apetyt. Humor, klimat, zastosowane rozwiązania i potencjał rozgrywki kooperacyjnej sprawiają, że wiążę z tym tytułem duże nadzieje, ale nie ma co mówić o konkurencji dla Diablo, jeśli nie zajdą tu spore zmiany.

Przemyślałbym przede wszystkim czy formuła F2P (free to play) to dobry pomysł. Przypomniałbym, że to właśnie Diablo III zaproponowało na starcie rozgrywkę opartą w dużej mierze o mikrotransakcje i efekty były opłakane. Gracze dosłownie wymusili na Blizzardzie zmianę koncepcji wraz z portem gry na ówczesną generację konsol. Podłubałbym nad urozmaiceniem przemierzania map i jednak wymyśliłbym jakiś (nie musi być nawet wielce skomplikowany) scenariusz. Kosmiczne punki są czarujące w przeciwieństwie do ich realnych odpowiedników (byłem 4 razy na Woodstocku, wiem co mówię). Gracze dadzą im szansę, jeśli twórcy też to zrobią. Premiera pełnej wersji na wszystkie platformy jest zaplanowana na przyszły rok, więc jest jeszcze trochę czasu.