Bob Ross. Cichy bohater pandemii koronawirusa

Ubiegłoroczne obostrzenia sanitarne nakazujące pozostawanie w domach odcisnęły silne piętno na całym świecie. Podejrzewam, że za kilka-kilkanaście lat ludzie będą wspominali ten czas trochę jak atak na World Trade Center z pytaniami typu “a jak wy spędzaliście lockdown?” Odpowiedzi będzie oczywiście multum, ale miliony ludzi powiedzą, że zamknięcie przeczekali razem z “afro Jezusem”, odkrywając radość malarstwa.

“The Joy of Painting” było programem telewizyjnym nadawanym w latach 1983 – 1994 w amerykańskiej stacji PBS. Idea szokująco wręcz prosta: Prowadzący program, zawodowy malarz Robert Ross (pieszczotliwie zwany po prostu “Bob”) w każdym odcinku przez około pół godziny malował jakiś pejzaż. W trakcie malowania opowiadał szczegółowo o tym, co robił na płótnie, jakich narzędzi używał, z jakich farb korzystał, jakiego typu pociągnięciami wykonywał obiekty oraz jak uzyskiwał efekty wizualne widoczne na obrazie. Nie używał przy tym skomplikowanego słownictwa ani fachowej terminologii. Językowo przekaz był niemal jak program dla dzieci i najprawdopodobniej sam autor tak do tego podchodził. Już sama nazwa wskazuje, że tu nie chodziło o to, by z telewidzów zrobić następców Rembrandta, Van Gogha czy rodzimego Jana Matejki. Celem było wyłącznie przekazanie – choćby i jednej osobie – że malowanie może dawać szczęście, jakiego wielu ludziom wobec trudów codzienności bardzo brakuje.

Przez 11 lat emisji program cieszył się stałą liczbą widzów, zarówno pasjonatów użytkowej sztuki malarskiej jak i ludzi kompletnie w tematach malarstwa nieobeznanych. Widownia była niezwykle liczna jak na program tego typu, który cieszył się gigantyczną popularnością (z każdym rokiem coraz większą), dlatego stacja PBS i producenci z WNVT (lokalny nadawca z Richmond w stanie Wirgina) produkowali i nadawali “The Joy of Painting” przez w sumie 31 sezonów. Program zakończył swój żywot dopiero, gdy Bob nie był w stanie już go dalej prowadzić ze względu na problemy zdrowotne. Choć dorobek zarówno programu jak i fascynującego prowadzącego był bezprecedensowym hitem w Stanach Zjednoczonych i po części w Europie, to pozostał de facto niedostrzeżony przez społeczność świata. Dodatkowo po zakończeniu emisji pojawiły się problemy natury prawnej pomiędzy właścicielami praw autorskich do programu a spadkobiercami Boba Rossa. Lata mijały, “and some things that should not have been forgotten were lost” – cytując Galadrielę z Władcy Pierścieni.

Wtem mamy ostatnie dwa lata. Pandemia koronawirusa uderza w świat i zmusza go, by wyhamował. Właściwie należy powiedzieć: by stanął w miejscu i przewartościował swoje priorytety. Niekiedy całkowicie je zmienił. Jaki ma to związek z zapomnianym przez bogów i ludzi programem telewizyjnym o malarstwie sprzed 30 lat? Ano taki, że w czasie głębokich mroków lockdownu Internet odkopał Boba Rossa z jego faktycznej i metaforycznej mogiły, by – niczym zmartwychwstały Mesjasz – zbawił smutny świat swoją radosną magią.

Bob Ross przy pracy

“Wash the brush, and just beat the devil out of it”

Żeby zrozumieć fenomen Boba wpierw trzeba poznać jego życiorys. Robert Norman Ross urodził się w 1942 roku w Daytona Beach na Florydzie. Jego ojciec był cieślą, a matka kelnerką. Na co dzień mieszkali w mieście Orlando, również na Florydzie. Jako dorastający chłopiec Bob często spędzał czas spacerując po okolicznych parkach i lasach w poszukiwaniu rannych zwierząt, które zanosił do weterynarzy. Pewnie myślicie, że ratował jakieś ptaszki czy wiewiórki i owszem, takie zwierzątka również, ale także: pancerniki, węże i aligatory – te większe nosił na plecach do najbliższej lecznicy. W późniejszych latach jedną z uratowanych przez siebie wiewiórek zatrzymał i prezentował nawet na antenie swojego programu. Rudy futrzak radośnie biegał po swoim zbawcy, gdy ten malował obrazy. Wielka sympatia do natury we wszelkich jej przejawach towarzyszyła mu przez całe życie. Bob porzucił edukację zasadniczą na etapie amerykańskiej dziewiątej klasy, czyli naszej pierwszej klasy liceum. Pomagał swojemu ojcu w warsztacie, gdzie w trakcie pracy stracił część lewego palca wskazującego. Uraz nie wpłynął później na umiejętność trzymania palety do farb.

W 1961 roku osiemnastoletni Bob Ross zaciągnął się do wojska i dołączył do amerykańskich sił powietrznych. Jego pierwszym stanowiskiem był “technik archiwów medycznych”. Ostatecznie awansował do stopnia starszego sierżanta podczas służby w klinice bazy powietrznej Eielson na Alasce. Tutaj pierwszy raz w życiu spotkał się ze śniegiem i skalistymi górami, w których z miejsca się zakochał i które potem bardzo często będą motywami jego dzieł malarskich. Tutaj też pierwszy raz zetknął się z malarstwem. Jako oficer wojskowy był na stanowisku, które wymagało od niego, by był twardy i nieustępliwy wobec podkomendnych. Po latach opisywał siebie z tego okresu jako “faceta, który każe ci szorować latryny, który każe ci pościelić łóżko, który wrzeszczy na ciebie, że spóźniłeś się do pracy”. Na niego zresztą też wrzeszczano. Nienawidził tego, dlatego po wojsku obiecał sobie, że nigdy więcej nie podniesie na nikogo i na nic głosu.

“There are no mistakes, only happy accidents”

Bob malarstwo poznał zupełnie przypadkiem, gdy z ciekawości zapisał się na zajęcia artystyczne w ramach organizacji non-profit, która zapewnia różne rodzaje aktywności dla żołnierzy i ich rodzin. Mimo bycia amatorem często spierał się ze swoimi instruktorami. Byli bardzo skoncentrowani na malarstwie abstrakcyjnym. Ross opowiadał o nich, że “mówili ci, co składa się na drzewo, ale nie mówili, jak namalować drzewo.” Pracował na pół etatu jako kelner, gdy zobaczył w telewizji program “The Magic of Oil Painting”, prowadzony przez malarza niemieckiego pochodzenia Billa Alexandra.  Stosował XVI-wieczną metodę malowania “alla prima” (z wł. “pierwsze podejście”), znaną w półświatku artystycznym jako “mokro na mokrym”. Malarstwo olejne polegające na nakładaniu farb bezpośrednio na już mokrą zaprawę, bez wcześniejszych rysunków. Metoda ta umożliwiała Alexandrowi stworzenie pełnoprawnego obrazu w ciągu pół godziny. Bob przejął tę technikę i opanował do perfekcji. Pierwsze obrazy, które udawało mu się sprzedać (z serii “Pejzaże Alaski”) malował na nowiutkich miskach do poszukiwania złota. Zainteresowanie było tak duże, że w końcu dochody z malowania przewyższyły żołd, więc Bob opuścił wojsko w 1981 roku.

Wrócił na Florydę, gdzie podjął dalszą naukę malarstwa już pod okiem swojego mistrza Billa Alexandra. Pomagał mu też w jego firmie rozprowadzającej materiały plastyczne. W ramach tych obowiązków był jednocześnie akwizytorem i korepetytorem. Jedna z jego uczennic – Annette Kowalski – przekonała Boba, że ma dość talentu i wiedzy, by poradzić sobie na własną rękę. Ona, Bob i jego pierwsza żona połączyli swoje oszczędności i rozkręcili firmę, która miała popularyzować malarstwo jako przyjemne zajęcie dla każdego. Biznes niestety początkowo nie radził sobie dobrze. Sytuacja uległa zmianie, gdy Bob został zaproszony przez stację PBS do poprowadzenia własnego programu edukacyjnego na wzór tego, który miał jego mistrz. Szczegóły tego, jak “The Joy of Painting” trafiło na antenę nie są znane. Biznesową stroną przedsięwzięcia zajmowała się Annette Kowalski i jej mąż Walt. Symbolem oraz jednocześnie logotypem zarówno działalności gospodarczej jak i całego programu została charakterystyczna fryzura Boba – trwałe afro. Co ciekawe, Bob nie lubił swojego afro, ale zachował je, żeby upowszechniać znak towarowy. Całe szczęście. 😉

“Let’s get crazy”

Tajemnica nagłej eksplozji popularności Boba i jego programu po latach staje się jasna dla większości ludzi już od pierwszych minut któregokolwiek odcinka (wszystkie są dostępne za darmo w serwisie YouTube). Sposób, w jaki Bob prezentuje siebie, swoje dzieła, jak zwraca się do widzów w kontekście jego twórczości jest mieszanką łagodnego przysposobienia ze wspierającą wobec widza retoryką. Dla Boba nie ma w malarstwie rzeczy niemożliwych, pomimo że jego dzieła nie należą do najbardziej skomplikowanych w historii tej sztuki. Nie o to zresztą chodzi. Bob po prostu sprawia, że widz czuje się zdolny robić to, co Bob robi na ekranie nie posiadając absolutnie żadnej wiedzy na ten temat czy talentu malarskiego. Jego zdaniem to jak najbardziej możliwe, co podkreśla za każdym razem, w każdym odcinku.

Jednocześnie jego program nie był tylko o malowaniu. Był trochę też takim zbiorczym traktatem filozoficznym o tym jak ludzkość powinna funkcjonować. Nie powinniśmy być dla siebie niemili, niecierpliwi, wymagający, zaborczy – to wszystko wcale nie rozwija (wbrew temu co próbują nam dziś wmówić przeróżni Janusze coachingu), tylko niszczy i gnębi. Zabija kreatywność i skłania ku autonienawiści wobec nieuchronnych porażek. Z drugiej strony samo słowo “porażka” jest czymś, co w słowniku Boba Rossa nie istnieje. Drugi śródtytuł niniejszego tekstu to chyba najsłynniejszy jego cytat – “nie popełniamy błędów, tylko mamy radosne wypadki”. Bob też w trakcie swoich programów jasno pokazywał, co powinno być najważniejsze w życiu każdego człowieka, w sposób tak prosty i klarowny, że bardziej się nie da. Malując przykładowo drzewko, za chwilę domaluje kolejne, mówiąc, że nie chce by pierwsze drzewko było samotne, bo “każdy czasem potrzebuje przyjaciela”. Przekazywał proste rzeczy, cały czas pozostając w konwencji mini-wykładu o malarstwie.

To może brzmi infantylnie, ale w spokojnym, wyważonym i niemal monotonnym głosie Boba Rossa, który jednocześnie bez żadnego trudu tworzy przepiękne pejzaże, jawi się to najprawdziwszą (i najbardziej oczywistą) rzeczą na świecie. Jego głos oraz sposób opowiadania są uspokajające, usypiające niekiedy niczym przyjemna kołysanka. Internauci przede wszystkim na to zwracają uwagę, gdy piszą, dlaczego uwielbiają Boba i jego program. Tutaj też należy upatrywać źródło uwielbienia, które ujawniło się akurat w trakcie pandemii koronawirusa. Ludzie byli smutni, zestresowani i sfrustrowani zamknięciem, niepewnością oraz strachem. Oglądanie i słuchanie Boba, który zapewnia (w miejsce fizycznych ludzi), że “wszystko będzie dobrze”, musiało dla wielu być jak balsam łagodzący w tych trudnych czasach. Ja sam trafiłem na Boba przypadkiem jeszcze przed pandemią i uwielbiam go za to, że pomaga mi się uspokoić, gdy się czymś stresuję. Ludzie oglądają też często jego programy na YouTube, gdy mają trudności z zaśnięciem. Każdy odcinek ma miliony (niektóre nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów!) wyświetleń.

Bob stał się globalną ikoną. Szkoda tylko, że dopiero pośmiertnie. W czasach oryginalnego nadawania programu “The Joy of Painting” większość jego dzisiejszych fanów (w tym ja) miało po kilka, góra kilkanaście lat. Choć są liczne świadectwa wiernych fanów, którzy dzięki telewizyjnym naukom Boba podnieśli pędzle i – nie bójmy się tego powiedzieć – zmienili swoje życia, to jednak dla większości ówczesnej młodzieży był to tylko “koleś z afro, który maluje”. Dopiero teraz, jako dorośli ludzie, wychowani w świecie pełnym stresu i złości, potrafią docenić przekaz, którego wtedy nie rozumieli, mimo jego prostoty. Do tego dochodzą stale wybrzmiewające z programu wątki proekologiczne, które w czasach Boba nie były tak nośne jak dzisiaj.

“There’s nothing wrong with having a tree as a friend”

Amerykańska artystka i krytyczka sztuki Mira Schor porównała kiedyś Boba Rossa do innej legendy telewizji – Freda Rogersa. Jego program “Mister Rogers’ Neighborhood”, który pokazywał amerykańskim dzieciom, czym są emocje, co je powoduje i że mają prawo je odczuwać, był nadawany znacznie dłużej niż program Boba, bo od 1968 do 2001 roku. Jednak podobieństwa rzeczywiście są uderzające pod tym względem, że obaj panowie cieszą się współcześnie statusem “edukatorów pokoleń”. Szacuje się, że przez całe swoje życie Bob Ross namalował około 30 tysięcy obrazów. Mimo tak ogromnej liczby, trudno je znaleźć na rynku sztuki. Rzadkie przykłady osiągają ceny od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Dodatkowo dochodzą kontrowersje związane z ogromną liczbą fałszywek tworzonych przez nieznanych artystów za pokaźne kwoty. Zdecydowana większość oryginalnych dzieł Boba (także tych namalowanych w trakcie programu) znajduje się w posiadaniu firmy Bob Ross Inc., którą obecnie prowadzą potomkowie rodziny Kowalskich. Wywalczyli oni pod koniec lat 90. pełnię praw do zarządzania dorobkiem intelektualnym i wizerunkiem Boba Rossa. Stało się tak wbrew woli samego zainteresowanego. Bob nie chciał, żeby obrazy, które malował na wizji stały się instrumentami finansowymi, stąd dominująca część tych, które faktycznie są w obiegu, pochodzi z czasów sprzed emisji “The Joy of Painting”. Czasami prawni właściciele artystycznego dziedzictwa godzą się na wystawy dzieł w galeriach sztuki. Jedną z takich wystaw zorganizowano w Muzeum Smithsonian w Waszyngtonie.

Annette Kowalski i Bob Ross

Niestety to wszystko nastąpiło dopiero niedawno. Przez całe swoje życie Bob, choć znany w Ameryce, to nie cieszył się tak gigantyczną popularnością jak obecnie. Ross, oprócz tego, że pięknie malował i miał talent do wystąpień przed kamerą, to był też nałogowym palaczem. To – w połączeniu ze stałym narażeniem na odory chemiczne (na czele z wykorzystywanym przez niego w programie bezzapachowym rozpuszczalnikiem) – sprawiło, że zmarł w 1995 roku w wieku zaledwie 52 lat z powodu chłoniaka. Należne mu globalne uznanie przyszło dopiero ćwierć wieku później. Swój udział w tym mają poniekąd Kowalscy, którzy prowadzili i wciąż prowadzą bardzo gorliwą politykę ukrywania faktów z życia Boba Rossa oraz jego osobistych poglądów. Świat nie miał pojęcia, że Bob Ross nie żyje jeszcze wiele lat po pogrzebie. Ukrywanie tego zdarzenia miało na celu jak najdłuższe wykorzystywanie uznania, którym się cieszył. Zdaniem syna Boba – Steve’a – Kowalscy robią tak dlatego, że opinia Boba na ich temat nie była pochlebna. Ponadto, jak podkreśla, postępowanie Kowalskich z jego dziedzictwem sprawia, że „przewraca się w grobie”, a chodzi o agresywną monetyzację wszystkiego, co ma związek z Bobem, łącznie z jego imieniem, nazwiskiem i wizerunkiem. Aktualna szefowa firmy Bob Ross Inc. Joan Kowalski – córka Annette i Walta – kieruje firmą od 2012 roku. W wywiadach twierdzi, że zarzutami Steve’a Rossa jest zaskoczona i zasmucona, bo do niedawna nie miała żadnej świadomości, że istnieją jakiekolwiek animozje pomiędzy Steve’em a firmą. Broni swojej działalności mówiąc, że choć głównym zadaniem firmy jest generowanie zysków, to jednak też popularyzują twórczość Boba i podtrzymują jego ideały.

Na szczęście Bob sam stworzył pomnik trwalszy niż ze spiżu. Jego dziedzictwem nie są tak naprawdę obrazy, pędzle czy farby, których używał. To chyba jedyny przykład w historii sztuki, aby malarz stał się viralową gwiazdą wpierw telewizji a potem – lata później – Internetu i to w absolutnie pozytywnym sensie. Jeśli przejrzycie sekcję komentarzy pod filmami Boba Rossa, to poszukajcie choćby jednej negatywnej opinii. Nie ma takowych. Nawet dla żartu. Negatywnych komentarzy. W Internecie. Gdybym sam tego nie zobaczył, nie uwierzyłbym. Jeśli wy też nie wierzycie, to zachęcam przekonać się. Podziękujecie mi później.