„Koleś” ma już 72 lata. Filmy z Jeffem Bridgesem, które musisz znać

Jeff Bridges jest jednym z tych aktorów, których bez problemu poznajemy po
samym głosie. Głęboki ton połączony z subtelną chrypką i wyjątkowo groźnie brzmiącym szeptem to przepis, który zagwarantował „Kolesiowi” rozpoznawalność na całym świecie. „Kolesiowi”, bo to właśnie rola „Dude’a” w filmie „Big Lebowski” zapewniła mu sławę – choć to nie ten występ zapewnił mu statuetkę Oscara. Mając w głowie obraz rozlazłego luzaka ciężko uwierzyć, że 4 grudnia 2021 r. Bridges świętuje swoje 72. już urodziny. Poniżej przedstawiamy najważniejsze filmy z jego kariery.

Jeff Bridges należy do najbardziej rozpoznawalnych aktorów na świecie. Na koncie ma 12 filmowych nagród i masę nominacji. Oscara i Złoty Glob – oba w kategoriach dla najlepszych aktorów – zdobył w 2010 r. za rolę w filmie „Szalone serce”, którą określa się teraz jako jego „rolę życia”. Mimo problemów ze zdrowiem aktor ani myśli o zakończeniu kariery. W ubiegłym roku poinformował, że wykryto u niego chłoniaka. Na szczęście w 2021 r. rak zaczął ustępować – już po diagnozie mówił zresztą, że rokowania są dobre. W tym roku Bridges przeszedł również COVID-19. Koronawirusem zaraził się podczas jednej z sesji chemioterapii. Osłabiony walką z rakiem organizm aktora nie przeszedł choroby zakaźnej łagodnie. „Mój taniec z COVID sprawił, że walka z rakiem była jak bułka z masłem” – przyznał. By móc w miarę swobodnie się poruszać, wymagał podłączenia do aparatury tlenowej.

Nawet po tych przejściach aktor nie zamierza robić sobie przerwy od kina i telewizji. Już w przyszłym roku premierę mieć będzie serial „The Old Man”, w którym gra on główną rolę, pełniąc jednocześnie funkcje producenta. W produkcji nie zabraknie pewnie scen akcji, jako że Bridges wcieli się w emerytowanego funkcjonariusza CIA, za którym wysłany zostaje płatny zabójca. Protagoniście Danowi Chase’owi przyjdzie się zmierzyć ze swoją przeszłością i walczyć o przeżycie.

„Szalone serce”

Bridges wciela się w „Szalonym sercu” w zmęczonego życiem, starszego wykonawcę muzyki country. W tle przewijają się wyglądające jak z pocztówki krajobrazy współczesnego Dzikiego Zachodu, a klimat budują poszerzane jeansowe spodnie, kowbojskie kapelusze oraz, rzecz jasna, towarzysząca seansowi muzyka country.

Główny bohater Bad Blake stacza się po równi pochyłej upijając się whisky, paląc i trwoniąc pieniądze, których i tak nie ma. Bridges świetnie nadaje się do tej roli – wydaje się żyć pasmem niepowodzeń Blake’a, żyć muzyką country, w końcu żyć także knajpianą amerykańską otoczką śmierdzącą whisky i tytoniem. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika farmerskiego życia USA i filmów sentymentalnych.

Jeff Bridges świetnie pasuje do roli emerytowanego muzyka również dlatego, że sam obierając ścieżkę rozwoju swojej kariery myślał o tym, by zostać muzykiem. Za namową matki ćwiczył grę na pianinie, był też utalentowanym gitarzystą, a jego późniejsze występy w kinie i telewizji jedynie to potwierdzają. W 2011 r. wydał album muzyczny, oczywiście w gatunku country, zatytułowany po prostu „Jeff Bridges”.

„Big Lebowski”

Choć „Big Lebowski” nie przyniósł Bridgesowi ani jednej prestiżowej nagrody (a jedynie jedną nominację do Satelit), trudno o bardziej rozpoznawalną na całym świecie komedię pomyłek, a także o bardziej rozpoznawalnego jej bohatera – Jeffreya Lebowskiego, który każe się tytułować „Kolesiem” („The Dude”). Lebowski jest nonkonformistą pierwszej wody, bezrobotnym żyjącym z dnia na dzień, nieprzykładający żadnej wagi do dnia tygodnia i daty. Jego spokój zmącony jest dopiero gdy inny Jeffrey Lebowski, który jest jego kompletnym przeciwieństwem – podstarzałym zrzędliwym bogaczem – staje się celem ataku złodziei. Przez pomyłkę to Dude zostaje napadnięty. Gdy Koleś próbuje odzyskać od Lebowskiego pieniądze za zanieczyszczony przez rabusia dywan, jego życie staje na głowie.

– Po latach mój przyjaciel Bernie Glassman, który jest mistrzem zen (buddyjski oświecony, który prowadzi innych na drogę oświecenia – red.) powiedział mi, że w pewnych kręgach Koleś jest również uznawany za mistrza zen. Spytałem, o co mu chodzi, przecież nie poruszaliśmy tematów duchowości czy buddyzmu. Odpowiedział, że to głównie zasługa braci Coen, którzy wyreżyserowali ten film. Koan to w szkole zen pytania, wątpliwości, na przykład „jak brzmi jedna klaszcząca ręka”. Glassman twierdził, że „Big Lebowski” pełen jest współczesnych koanów – mówił w wywiadzie dla GQ Jeff Bridges.

Od czasu powstania „Big Lebowskiego” co roku w Lousville w stanie Kentuchy (ale też w innych miastach USA) odbywa się poświęcony „Kolesiowi” Lebowski Fest. W 2005 r. Bridges postanowił pojawić się na wydarzeniu w Los Angeles i tam wykonał na żywo główny motyw muzyczny filmu – „Man in Me” Boba Dylana.

„Prawdziwe męstwo”

Ponownie Dziki Zachód, ale tym razem bez sentymentów i już nie tak współczesny. „Prawdziwe męstwo” z 2010 r. to western z krwi i kości, będący zarazem kolejnym udanym owocem współpracy Jeffa Bridgesa z braćmi Coen. 

Tu aktor wciela się w bezwzględnego, ale stojącego po stronie prawa podstarzałego szeryfa zwanego „Kogutem”, którego – podobnie jak w „Szalonym sercu” – trawi uzależnienie od alkoholu. Mężczyzna (jego prawdziwe imię to Reuben Cogburn) poznaje 14-letnią Mattie Ross, która prosi go o odnalezienie zabójcy jej ojca. Rozpoczyna się pogoń, w trakcie której okaże się, że każdy z uczestników poszukiwań będzie poddany przez los próbie męstwa. Bohaterowie dość szybko przekonują się, że do czynienia mają nie z pojedynczym złoczyńcą, a z gangiem, za którym trop prowadzi na terytoria opanowane przez Indian. Słowem: western pełną gębą.

„Aż do piekła”

Jeffowi Bridgesowi zdecydowanie do twarzy z kowbojskim kapeluszem. „Aż do piekła” to kolejny w tym zestawieniu film kręcony w Teksasie, w którym klimat amerykańskich Wielkich Równin wręcz wylewa się z ekranu. W tym przypadku Bridges również wciela się w szeryfa, jednak we współczesnych realiach, próbując wytropić sprawców napadów na banki. Równolegle toczy się historia samych rabusi, których życiorysy każą widzom zadawać sobie pytania charakterystyczne dla opowieści braci Coen – o granice, jakie jednostka może przekroczyć w konkretnych życiowych realiach pod wpływem presji społeczeństwa i niespełnienia „american dream”. 

Przez umieszczenie akcji po wielkim kryzysie z 2008 r. zaczynamy wątpić w to, kto naprawdę w tej opowieści jest złoczyńcą: rabusie czy bank. W tym kontekście postać grana przez Bridgesa może dla niektórych być po części również antagonistyczna, bo przecież służąca wielkiej korporacyjnej machinie. Zaznaczyć trzeba, że „Aż do piekła” to film bardzo dobry, ale nie świetny, a rola Bridgesa nie stanowi jego najjaśniejszego punktu. Nadal jednak ogląda się tę kreację z przyjemnością.

„Źle się dzieje w El Royale”

W tym przypadku Jeff Bridges pojawił się już nie w Teksasie, a na granicy Nevady i Kalifornii. „Źle się dzieje w El Royale” to najnowszy film z jego udziałem (premiera w 2018 r.) i trudno stwierdzić, jak go zaklasyfikować. Podobnie jak sam tytułowy hotel, położony po części na dwóch sąsiadujących stanach, tak i fabuła należy do nieco bardziej pokrętnych, łączących różne elementy. Niech za przykład posłuży postać grana przez Bridgesa właśnie, wcielającego się zarazem w księdza Daniela Flynna, którego drugim obliczem jest… Kimś zupełnie innym, którego prawdziwej tożsamości bez spoilerów nie sposób zdradzić. Pewne jest to, że wśród przedstawionych gości El Royale nie ma właściwie nikogo, kto byłby tym, za kogo się podaje. Konstrukcja filmu może budzić wątpliwości i scenariusz może momentami zawodzić – to prawda i wszystkie głosy krytyki wobec twórców są uprawnione, jednak nie można nie docenić ścierania się osobowości, świetnego aktorstwa – tu absolutnie lśni Bridges – i nieoczywistego pomysłu. To też interesująca propozycja dla fanów kina Tarantino, ale i powieści Agaty Christie, której kryminały charakteryzują się wyłanianiem (w tym przypadku przez widza) osób powiązanych w jakiś sposób w zbrodnię pokazaną na samym początku.